13:10

#161 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Luonto" Melissy Darwood

Nie warto denerwować matki natury, bo ona umie się odpłacić.
Premiera: 26 kwietnia 2017r.
Melissa Darwood to autorka, o której słyszałam wiele dobrego. Czytelnicy ją uwielbiają, ona sama wydaje się miłą kobietą. Kiedy w zapowiedziach Filii pojawiła się kolejna jej książką, wiedziałam, że tym razem nie odpuszczę i po prostu muszę ją przeczytać. Miałam ogromną ochotę na fantasy, a po opisie mogłam się spodziewać, że będzie fantastycznie. Nie byłam pewna, kiedy i czy w ogóle książka do mnie dotrze, ale udało mi się ją zdobyć przedpremierowo. Nie czekałam długo, tylko zachęcona słowami innych czytelników w weekend usiadłam i zaczęłam czytać. Jednak co się okazało, gdy dorwałam się do tej powieści? Czy moje oczekiwania zostały spełnione, czy raczej się zawiodłam? I przede wszystkim co sądzę o Melissie jako polskiej autorce?
Chloris jest nastolatką, która jest uczulona prawie na wszystko, ma astmę i wiele innych dolegliwości. Mama chcąc, by córka odpoczęła i pobyła na świeżym powietrzu, wysyła ją do cioci na wieś, gdzie ma spędzić jakiś czas. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że dziewczyna nie cierpi tego miejsca, pragnie znaleźć się ponownie w mieście. Kiedy Chloris jest na spacerze zaczyna się pod nią trząść ziemia, rozstępuje się, dziewczyna prawie wpada w przepaść, ale w ostatniej chwili ratuje ją wielki orzeł. Po chwili, gdy Chloris wyrywa mu się ze szponów i spada na ziemie, orzeł ląduje i zmienia się w człowieka – chłopaka Gratusa. Okazuje, że jest on Homanilem – ludzie, którzy zostali wyróżnienie przez matkę naturę i pod wpływem silnych emocji zmieniają się w zwierzęta. Aktualnie zadaniem Homanili jest sprowadzenie zwierząt do Luonto – jedynego miejsca, którego nie zniszczy matka natura. Co się stanie, gdy Gratus sprowadzi tam zwykłego człowieka? Czy matka natura da ludziom drugą szansę?

Ziemia między jej nogami wyglądała jak popękana skorupa od jajka.
Co jest?
Drżenie ziemi przeszyło jej ciało. Nim zdążyła się zorientować w sytuacji, pęknięcie rozsunęło się pod jej nogami jak zardzewiałe wrota. Chciała uskoczyć w bok, ale nie zdążyła. Gleba się osunęła i utworzyła szczelinę długą na kilka metrów.”

Lubię książki katastroficzne, tak samo filmy, jeszcze bardziej lubię romanse, a już naprawdę uwielbiam dobre fantasy. Tak zaczynała się ta powieść, było ciekawie, intrygująco, pojawiła się tajemnica, akcja się rozwijała, a ja coraz bardziej się wciągałam. Jednak gdy dotarłam do około dwusetnej strony, pojawiło się takie „bum”, „lol”, puf” i cała akcja się poplątała. Odłożyłam książkę na kilka minut, bo nie mogłam ułożyć w głowie tego. co autorka tam zrobiła. Jest taki drastyczny, nieoczekiwany, dziwny i odważę się powiedzieć absurdalny zwrot akcji, że zgłupiałam. Moi znajomi mogą potwierdzić to, jak bardzo się piekliłam, że byłam dosłownie wściekła, bo nie mieściło mi się w głowie, by zrobić coś takiego. Nie chce nic spoilerować, ale to taki zwrot akcji, że równie dobrze, tych pierwszych dwustu stron mogłoby nie być.
Przeważnie, gdy książka jest taka zła, odkładam ją na półkę i mówię stanowcze „nie”, ale widząc pozytywne oceny Luonto, to stwierdziłam, że muszę dać jej niewielką szansę i doczytać do końca. Byłam bardzo ciekawa czy powieść rzeczywiście kolejny raz zmienia bieg wydarzeń i wszystko wskoczy na swoje miejsce, czy może autorka robi coś innego, genialnego, że docenimy tę lekturę. Jednak niestety mnie to nie spotkało. Im dalej brnęłam tym bardziej się zastanawiałam się, po co tak gmatwać, dlaczego autorka postanowiła tak zrobić i przede wszystkim, czemu zdecydowała się to napisać. Rozumiem fabułę, że matka natura jest wkurzona na ludzi za niszczenie ziemi i niedocenianie tego co mamy, naprawdę to kumam i mogłoby to być naprawdę coś super, gdyby zostało poprowadzone inaczej. A tymczasem autorka zamiast trzymać się jednego głównego wątku, to dodała w książce mnóstwo innych rzeczy, które moim zdaniem były niepotrzebne. Naprawdę pierwsze dwieście stron było super i ciekawie, naprawdę wciągnęłam się, ale potem ta zmiana co następuje, jest na niekorzyść całej powieści. Nie wspominając, że akcja dzieje się w Polsce i w pewnej chwili jedna z postaci idzie rozmawiać z polskim rządem na temat ochrony środowiska. Widzicie to? Bo ja nie.

I wtedy zdarzyło się coś niewiarygodnego.
Ptaszysko zetknęło się z ziemią i otrząsnęło się jak mokry pies. Jego pióra zaczęły się kurczyć i wnikać w skórę, aż w ich miejscy pojawiło się gołe ciało. Monstrualne skrzydła przeistaczały się w ręce, łapy w nogi, szpony w stopy, korpus w klatkę piersiową, czemu towarzyszył odgłos łamanych kości. […] W zaledwie kilka sekund wielki opierzony zwierz zmienił się w człowieka.”

Naprawdę nie wiem co sądzić o tej powieści. Bo początek jest dobry, środek jest zły, a zakończenie co najmniej dziwno-śmieszne. Dosłownie jak się skończyło to się roześmiałam i pokręciłam głową z takim „Serio?”. Książka jest niewielka bo ma lekko ponad trzysta stron, jest napisana stylistycznie poprawie, autorka ma dobre pióro i patrząc pod kątem polskich pisarzy to pisze bardzo dobrze, no ale gdyby nie ta fabuła... No naprawdę nie wiem o co w tym chodzi, chyba nawet nie chce wiedzieć i prawdopodobnie po inne książki Melissy nie sięgnę, bojąc się, że znowu będę tylko się denerwować.
Niestety, ale nie jestem w stanie polecić tej książki. Bardzo mi przykro, bo liczyłam naprawdę na dobre fantasy, a dostałam cóż... Fani autorki, pewnie mnie zjedzą, ale jestem szczera i ta powieść nie dotarła do mnie. Jedynie po mojej głowie krąży pytanie „Czemu wydawnictwo postanowiło wydać tę powieść?”
Moja ocena to 3/10. Nie dałam jeden tylko dlatego, że początek jest dobry.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Filia
Autor: Melissa Darwood
Tytuł: Luonto
Stron: 320
Za książkę dziękuję


4 komentarze:

  1. No to pojechałaś po bandzie :D Kiedy ostatnio wystawiłaś tak słabą ocenę?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja ten zwrot postrzegam mega pozytywnie, bo mogło być typowo i banalnie przewidywalnie, a wyszło coś wyjątkowego, głębokiego i uderzajacego nie tylko do serducha, ale i do głowy. Coś co nie jest tylko lekką młodzieżówką, których na rynku książkowym nie brakuje. Bo życie nie jest różowe i nie wszystko podyktowane jest happy endem, chociaż wiadomo, różowe zakończenie jest kojące, byłoby milutko i w ogóle. Czuję nadal rozdarte serce, ale zdecydowanie jestem za tego typu końcem powieści (od czasu do czasu oczywiście):D

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmm... Już miałam pisać, że czytałam "Lartistę" i mnie nie zachwyciła, więc raczej nie sięgnę po "Luonto", a tu nagle wstawka o tym dziwnym zwrocie akcji i... kurczę, zaciekawiłaś mnie :D Wiem, że to raczej nie była Twoja intencja, ale chyba ją kiedyś przeczytam. Jak się trafi okazja, może znajdę w bibliotece... A potem najwyżej zjadę na blogu. Przecież potrzeba badziewi, żeby docenić naprawdę dobre książki ;)

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Po przeczytaniu Twojej recenzji niezbyt wiem co mam zrobić. Z jednej strony nie mam ochoty czytać czegoś co jest słabe a z drugiej bardzo mnie zastanawia ten nieoczekiwany zwrot akcji. Ciekawi mnie co takiego autorka wymyśliła. Przejrzałem sobie Twojego bloga i spodobały mi się recenzji i layout. Będę zaglądać po inspiracje bo podobnie jak Ty uwielbiam fantasy. Zapraszam również do mnie
    Pozdrawiam

    Czytankanadobranoc.blogspot.ie

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger