12:14

#149 Recenzja książki "Reap" Tilie Cole

#149 Recenzja książki "Reap" Tilie Cole
Przemoc rodzi przemoc, dobroć rodzi dobroć, ale czasem trzeba połączyć te dwie rzeczy, by wyszło coś bardzo dobrego.
Seria Poranione dusze pojawiła się na polskim rynku w październiku zeszłego roku. Wtedy przeczytałam pierwszy tom Raze, ale nie napisałam recenzji, bo po prostu czytałam dla siebie. Raze okazało się strzałem w dziesiątkę, historia była inna, bardziej mroczna i przesycona agresją, walkami, seksem. Dawno nie czytałam takiej książki i wtedy poczułam miły powiew świeżości, wiedziałam, że jak tylko pojawią się kolejne tomy to na pewno przeczytam. Tak też się stało. Niedawno była premiera Reap, czekałam na tę pozycję bardzo długo i wręcz nie mogłam się doczekać, aż dorwę w swoje łapki. Szczęśliwy traw chciał, że dostałam egzemplarz od Wydawnictwa Filia, było to kompletną niespodzianką, nie miałam zielonego pojęcia, że mi wysłali. Jednak jak już trzymałam w swoich łapkach, nie mogłam się powstrzymać, tylko musiałam przeczytać!
221 jest jak dzikie zwierzę, nie ma uczuć, jest perfekcyjnym i najskuteczniejszym zabójcą wśród gruzińskich gangów. Każdy kto go poznaje powinien się go bać, gdyż 221 jest faszerowany narkotykami, które sprawiają, że jest posłuszny swojemu panu, nie zatrzyma się dopóki nie dostanie rozkazu. Pewnego dnia wszystko się zmienia, ktoś go porywa i zamyka, by wszystkie narkotyki z jego ciała wyparowały. Okazuje się, że został wywieziony do domu, w którym przebywa Talia. Początkowo dziewczyna boi się mężczyzny i nie zbliża się do niego, jednak w końcu, ciekawość zwycięża. Talia schodzi do piwnicy i poznaje 221, który jest jak zwierzę zamknięte w klatce. W pierwszej chwili chce zabić kobietę, ale szybko rodzi się nić porozumienia, a 221 zaczyna odczuwać potrzebę chronienia Talii przed wszystkimi. Tych dwoje łączy silna więź, ale niebezpieczeństwo jest jeszcze większe. Tajemnice wychodzą na jaw, śmierć czai się na rogu, twoim jedynym sprzymierzeńcem jest walka.

221 – powiedział Pan. Moje mięśnie stężały, palce zacisnęły się na sai. – Sasaklo!
Zarżnij.
Zrobiłem krok do przodu w chwili, w której tamtych sześciu rzuciło się na mnie jednocześnie. Czerwona mgła zasnuła mi wzrok, gdy wykonałem pierwsze uderzenie, a krew chlusnęła mi na pierś.”

Nie wiem co jest w tej serii, że jest tak genialna, a czyta ją się tak szybko. Wątek miłosny w tej książce to coś pobocznego, mało istotnego, najważniejsza jest zemsta, walka, agresja. I nie mówię o tym, bo to coś złego, wprost przeciwnie. Dla mnie ta surowość, wielkie pokłady agresji i zwierzęcego instynktu działa na plus, nie mogłam się oderwać od czytania. Odłożenie książki, by iść spać to była jedna z najtrudniejszych decyzji, jakie musiałam podjąć w tym tygodniu. Jednak rano, zaraz po wybudzenia nie opierałam się i od razu sięgnęłam po Reap, by dalej czytać. Wiedziałam, że jeśli nie dowiem się co się stało z 221 to nie będę mogła pracować i cały dzień będę wracać myślami do tej książki.
Tilie Cole jest autorką, która wie co zrobić, by czytelnik był gotowy poświęcić każdą wolną minutę jej książkom. Posiada niesamowicie lekkie pióro, słowa jakby same wylewały się spod jej palców, przy okazji tworząc niebanalne historie. Nie wiem czy po angielsku czyta to się równie łatwo, ale myślę, że spróbuję, gdyż ciekawość i zakończenie Reap, jakie sprezentowała Tilie jest idealnym argumentem ku temu. Chciałabym powiedzieć coś więcej, chciałabym wam zaspoilerować i rozwinąć jakoś bardziej tę recenzje, ale prawda jest taka, że zostałam w zawieszeniu. Książka była taka dobra, tak wciągają, porwała moje myśli całkowicie i cały czas siedzę myśląc o 221 i Talii. Bardzo mi się spodobało, że w książce znajdziemy nie tylko narracje od 221 i Talia, ale także innych bohaterów. Reap łamie wszystkie moje zasady: nie lubię brutalności, a w Reap, im bardziej brutalnie tym lepiej, nie lubię narracji z kilku punktów, a w Reap, uważam, że to jest genialnym zabiegiem. Ta książka naprawdę nie wpasowuje się w moje gusta i to chyba jest tym plusem, bo jest powiewem świeżości i czegoś nowego.

Zaal spuścił głowę i zobaczył kajdany na nadgarstkach i kostkach. Odwrócił się i zaczął ciągnąć za łańcuch, sprawdzając wytrzymałość metalu.
Z każdym oddechem jego wielkie mięśnie napinały się, a z piersi jednocześnie dochodził ryk. Kiedy nie mógł się uwolnić, zaczął chodzić tam i z powrotem. Jego twarz była napięta do granic możliwości, gdy wpatrywał się w ścianę przed sobą...”

Musicie wiedzieć, że nie jestem typem czytelnika, który czyta horrory, thrillery, czy nawet kryminały, więc raczej nie lubię, gdy w książce pojawia się przemoc, a już na pewno nie jakaś wielka, jestem typem łagodnej osoby (jaaaaasneee). Jednak przy Raze i Reap, dzieje się ze mną coś dziwnego, bo im brutalniejszy jest dany zawodnik, tym bardziej mi się podoba. Nie wiem czemu tak jest, ale w tej chwili jestem totalnie zakochana w Reap. Sprawdzając Goodreads widziałam, że są kolejne tomy i szczerze mówiąc, nie mogę się doczekać aż Filia wyda je wszystkie.
Świetni bohaterzy, napięcie od pierwszej do ostatniej strony, krew, przemoc, seks, akcja, wszystko w tej książce jest genialnie wymyślone i jeszcze lepiej napisane. Nie znalazłam chyba rzeczy, która by mnie raziła po oczach, albo wkurzała. Jestem zachwycona i może to dziwnie brzmi, ale zakochałam się w tej brutalnej powieści. Polecam wam z całego serca i jeśli czytaliście, którąś z części to napiszcie mi w komentarzu, którą i czy wam się podobała!
Moja ocena to 10/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Filia
Autor: Tilie Cole
Oryginalny tytuł: Reap
Stron: 408
Data premiery: 15 lutego 2017r.
Za książkę dziękuję


12:22

[147,148] SerioMania - Mia Sheridan! Bez słów, Bez winy, Bez szans

[147,148] SerioMania - Mia Sheridan! Bez słów, Bez winy, Bez szans
Mia Sheridan to autorka, którą wiele z nas pokochało i nie mogło się oprzeć, by sięgać po kolejne jej książki. W tej chwili dwa wydawnictwa wydają jej powieści, Otwarte i Helion (editio red), w dzisiejszym poście, chciałabym się skupić na pozycjach wydanych przez to pierwsze z nich. Książki Bez słów, Bez winy, Bez szans, nie są jako tako serią, bo nie są połączone, ale przez podobieństwo okładek i tytułów można sądzić inaczej. Nie się da się przejść koło nich obojętnie, mnie się nie udało. Dlatego właśnie powstał pomysł, by zrobić notkę o tych trzech książkach, które robią furorę wśród czytelników. Pochwał nie ma końca, ale czy, aby na pewno? Czy są warte ocen, jakie zdobywają? Powiem prawdę i tylko prawdę, nawet tę najboleśniejszą! Wszystko znajdziecie poniżej.
Opisze to w takiej kolejności w jakiej zostały wydane.

[BEZ SŁÓW] Premiera: 30.03.2016r.
Ta książka była totalnym hitem! Rok po przeczytaniu wciąż jestem w szoku i nie umiem zapomnieć Archera i jego historii. To właśnie dzięki niej, pokochałam Mię i będę jej zawsze wierna. Jednak w skrócie to tak...
Archer to pustelnik, nie rozmawia z nikim, nie przyjaźni się z nikim, nikt go nie lubi, a raczej większość uważa go za dziwaka i się go boją. Jednak do miasteczka przyjeżdża Bree, która chce zapomnieć o przeszłości, kiedy widzi Archera nie może się powstrzymać by do niego nie podejść i nie zaproponować przyjaźni. Tych dwoje od pierwszych chwil łączy wyjątkowe uczucie, któremu nie mogą się oprzeć. Tylko czy tajemnice Archera tego nie zniszczą?
Okay, starczy opisu, muszę się pozachwycać się tą lekturką. Ta książka o ile się nie mylę, była w notce „10 najlepszych książek 2016 roku”, jakie przeczytałam. Czytanie było samą przyjemnością i nie mogłam się oderwać. Powieść dostałam rano, a po południu miałam skończone czytanie, podczas którego uroniłam łzy, i wzruszałam się nie raz. Absolutnie ta książka jest najlepsza, jaką do tej pory przeczytałam od Mii Sheridan. Znalazłam w niej radość, smutek, zagadkę, niesamowitego bohatera, który mnie poruszył do głębi i te emocje... tak to zdecydowanie jedna z najlepszych książek. Mój egzemplarz zdobi ścianę, z 6 półkami najlepszych lektur, jakie kiedykolwiek przeczytałam!



[BEZ WINY] Premiera: 28.09.2016r.
Z tą częścią było inaczej, bo sięgnęłam po nią długo po premierze. Kusiła mnie, ale to nie było to samo, nie miałam czasu i chęci. Zaczęłam czytać w sumie z braku zajęcia, chęci zabicia czasu. W środku znalazłam...
Kira jest bez pieniędzy, nie wie co ma robić, nie wie gdzie się udać. Kiedy jest już na granicy załamania, poznaje Greysona, który jest w podobnej sytuacji co ona. Kira proponuje Greysonowi układ, który może być korzystny dla nich obojga, jeśli tylko dojdą do porozumienia, wszystkie ich problemy odejdą w niepamięć, a oni przy niewielkim poświeceniu, będą mogli robić co chcą i spełnić swoje marzenia. Miał to być tylko czysty układ, korzystny dla obu stron, ale kiedy w interesy wkradają się uczucia, sprawy się komplikują i nic nie jest proste.
I tutaj przyznaję, zawiodłam się odrobinkę. Historia była fajna, miło się czytało, ale miałam wrażenie, że czytam harlequina, a nie powieść od Mii Sheridan. Naprawdę po Bez słów, spodziewałam się czegoś równie genialnego i porywającego, a spotkałam się ze zwykłym romansem, zabarwionym scenami erotycznymi i garstką emocji. Może miałam ciężki dzień, może gdybym przeczytała kiedy indziej to inaczej bym ją odebrała... może, może, może. Spekulować mogę bez końca, ale faktem jest, że po prostu mnie nie porwało, szczerze mówiąc niewiele pamiętam z tej książki. Poleciłabym dla tych, którzy mają wolny wieczór, chcą zabić czas, a nie wiedzą jak. W takiej chwili ta powieść sprawi się idealnie, gdyż zrelaksujecie się, wypoczniecie, ale na następny dzień będziecie mogli normalnie pracować, bo kac książkowy wam nie grozi.



[BEZ SZANS] Premiera: 1.02.2017r.
I ostatnia książką, którą chcę wam przedstawić to najnowsza powieść Mii Sheridan, która miała premierę niecały miesiąc temu. Miałam jej nie czytać, jeszcze przez kilka najbliższych tygodni, ale nie mogłam oprzeć i po prostu jednego dnia, przeczytałam.
Tenleigh (Ten) i Kyland mieszkają w przyczepach, w biednej dzielnicy, gdzie każdy martwi się o siebie i stara się wiązać koniec z końcem. Ludzie łapią się każdej okazji, a nastolatkowie marzą by wyrwać się z tej dziury. Kiedy Ten i Kyland się poznają, rodzi się między nimi nić porozumienia, przy dotyku pojawia się iskra, a myśli wciąż wracają do wspólnie spędzonego czasu. Uczucie jaki się między nimi rozwija jest wyjątkowe i rzadko spotykane, jednak oboje wiedzą, że kiedy tylko szkoła się skończy jedno z nich wyjedzie i prawdopodobnie nigdy więcej się nie spotkają. Związek od początku narażony na tragiczny koniec, dwoje młodych ludzi, którzy kochają się całym sercem i są w stanie zrobić dla siebie wszystko, byle tylko temu drugiemu lepiej się wiodło. Które z nich przerwa w takiej miłości, a kto się zmieni nie do poznania?
To jest Mia, które kocham! Historia może nie jest jakoś szczególnie wyjątkowa, fabuła nie ma porywającego wątku, który nas rozwala na łopatki, ale są niesamowite emocje, które wynagradzają nam wszystko. Autorka naprawdę się postarała i stworzyłam nam bardzo realnych bohaterów, z którymi bardzo prosto się zidentyfikować, nie mamy żadnego problemu, by poczuć to co oni. Wciągamy się w historię od pierwszych stron i nie możemy oderwać aż do ostatniej. Kiedy kończymy czytać, nie mamy kaca książkowego, ani nie pozostaje żaden niedosyt, jesteśmy po prostu spokojni i napełnieni dobrą energią, którą możemy jakoś spożytkować.

Bardzo się cieszę, że skusiłam się na tę część i nie dałam się zrazić wcześniejszymi książkami. Uważam, że Bez słów i Bez szans to najlepsze książki Mii wydane w Polsce. Tytułów jest dużo więcej, ale te dwa są najbliższe mojemu sercu i mnie w żadnym stopniu nie zawiodły, a raczej sprawiły, że dalej będę wyczekiwać kolejnych książek tej autorki.
To już tyle w tej SerioManii, mam nadzieję, że przypadła wam do gustu. Zostawcie komentarze i powiedzcie, czy czytaliście, którąś z tych części i która podobała wam się najbardziej.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

14:47

#146 Recenzja książki "Podbój" Elle Kennedy

#146 Recenzja książki "Podbój" Elle Kennedy
Na kampusie dzieją się różne rzeczy, lepsze i gorsze, ale największe miłości rodzą się właśnie tam!
Elle Kenedy jest autorką, którą poznałam rok temu i przy pierwszej książce „Układ” zakochałam się w niej. Drugi tom „Błąd” czytałam tylko jako ebook i w sumie było dobre, ale nie do tego stopnia bym się zakochała, ot taka sobie typowa młodzieżówka. Miło spędziłam czas, ale szybko zapomniałam o czym była. Teraz przyszedł czas na trzeci tom i w sumie bardzo długo mnie kusił, ale się opierałam i stwierdzałam za każdym razem, że mam dość książek i nie dobieram więcej. Jednak nieoczekiwanie jednego wieczoru, gdy odpoczywałam już pod kocykiem, zadzwonił domofon, a tam mój ukochany kurier pocztowy, który wręczył przesyłkę. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, bo na nic nie czekałam, a jeszcze większe zdziwienie nastąpiło, gdy otworzyłam kopertę, a tam wypadła ta książka.
Allie dopiero zerwała ze swoim wieloletnim chłopakiem, z którym już kilka razy wracali do siebie po zerwani. Jednak tym razem dziewczyna jest zdecydowana, by zostawić to za sobą i nie wracać do tego co było. Niestety jest to trudniejsze niż myślała, pomocą jej służy przyjaciółka Hannah, która wysyła ją do mieszkania przyjaciół, by tam nocowała. Wszystko okay, gdyby nie fakt, że w mieszkaniu jest również Dean, największy kobieciarz na kampusie, filtruje ze wszystkimi kobietami i żadnej nie przepuści. Kiedy Allie jest w mieszkaniu nic nie wskazuje na kolej wypadków jaka ma nadejść, nikt się nie spodziewał, że film okaże się nudny, że Dean wyciągnie tequile, ani, że rano obudzą się razem w łóżku, całkiem nadzy i po niesamowitym seksie. Allie jest zawstydzona i nie może uwierzyć w to, co się stało, chce o tym jak najszybciej zapomnieć, ale to się nie udaje, gdyż Dean chce więcej. Co wyniknie z tego nieoczekiwanego wieczoru? Czy Dean przekona Allie by dała mu szanse? A może oboje szybko zapomną o tym i ruszą dalej?

„Bardzo nagi Dean leży rozciągnięty na brzuchu. Jego goły tyłek drwi ze mnie, nie tylko swoją absolutną perfekcją, ale z powodu czerwonych zadrapań na napiętych pośladkach.”

Przyznaję, że miło się bawiłam i nie oczekiwałam takiej historii. Myślałam, że będzie bardziej podobne do drugiego tomu, a tutaj niespodzianka, bo poczułam podobne wibracje jak przy pierwszym. Jestem bardzo zadowolona, że wydawnictwo wysłało mi ten egzemplarz i tym samym sprawili, że kilka godzin spędziłam na zabawie i śmiechu. Przyznaję, że kocham książki, które wywołują u mnie śmiech, a wierzcie mi, to jest nie łatwa robota, gdyż ciężko osiągnąć stan, w którym śmieję się w głos i nie mogę przestać. Jednak Elle Kennedy przychodzi to z łatwością, ma jakiś dar do pisania zabawnych dialogów i sprawiania, że czytelnicy czują się wyjątkowi. Nie wspominając o talencie do pisania scen seksu. Przysięgam, tylko kilka autorek moim zdaniem umie pisać sceny erotyczne, które nie tracą czaru, nie są przesadzone, idealnie wyważone, dzięki czemu nie odstają od fabuły. W niektórych książkach widać, że takie sceny zostały wciśnięte na siłę w fabułę, ale nie tutaj. Elle Kennedy umie idealnie wyważyć, by seks był urozmaiceniem, gorącym dodatkiem, a nie czymś co musi być, by się dobrze sprzedało.
Może teraz skupmy się trochę na bohaterach, skoro tak bardzo rozpisałam się na temat seksu w książce. Allie jest bohaterką, która może ciut irytować, to jej niezdecydowanie na początku lektury, gdzie niby nie chce być z byłym chłopakiem, ale ledwo może mu się oprzeć, jest dość denerwujące, masz ochotę nią potrząsnąć i powiedzieć „ogarnij się laska!”. Jednak kiedy do akcji wkracza seksowny i nieprzejmujący się niczym Dean wszystko się zmienia. Przede wszystkim, robi się dużo, dużo zabawniej, fabuła się rozkręca, a my nawet nie wiemy, gdzie minęły te godziny czytania i jakim cudem jesteśmy już na ostatniej stronie. Bardzo miłe, że autorka nie zapomniała bohaterów z poprzednich części i cały czas oni nam towarzyszą i wciąż są tak samo genialni jak wtedy. Lekki styl, dobrze zbudowane postacie i przemyślana fabuła stworzyły nietuzinkową książkę, do której miło się powrócić już kilka godzin po przeczytaniu. Nie powiem, kiedy wybierałam cytaty, zatrzymałam się w kilku momentach i czytając ponownie się śmiałam. Dla mnie to znak, że powieść jest dobrze napisania, a czytelnik miło spędzi przy niej czas.

„Dean nie przestaje sekstować.
Ja nie przestaję ignorować.
Nasza bitwa na silną wolę trwa ponad godzinę i nie mogę powiedzieć, że jego upór nie zrobił na mnie wrażenia. Nie wspominając już o bogactwie świńskiego języka.
Gdy zauważam jak wierci się przy stole, posyłam mu zuchwały uśmiech...„

Nie będę w tej recenzji się jakoś bardzo rozpisywać, bo po co macie czytać cały czas zachwyty i co chwile widzieć, że piszę to samo. Napisałam już wyżej, że książka jest super i nie kłamałam, fabuła jest dużo lepsza niż w drugiej części, która niezbyt trafiła do mego serca, ale trzeci tom jest godny polecenia i jest równie genialny co pierwszy. Seria Off-Campus jest lekka, przyjemna, nasycona gorącymi scenami i niesamowitymi facetami, których od razu kochamy.
Bardzo się cieszę, że miałam okazję przeczytać ten tom i polecam wam go. Nie wahajcie się, jeśli polubiliście Układ, to Podbój was rozwali na łopatki, jest dużo bardziej odważny, gorący i porusza nasze serduszka!
Moja ocena to 10/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Elle Kennedy
Oryginalny tytuł: The Score
Stron: 448
Data premiery: 13 luty 2017r.
Za książkę dziękuję

16:12

#145 Recenzja książki "PS: I Like You" Kasie West

#145 Recenzja książki "PS: I Like You" Kasie West
Nieoczekiwane wydarzenia, nieporozumienia i oporne rodzeństwo – to naturalne rzeczy w życiu nastolatki. Niby nic nowego, ale czasem wyskoczy coś niespodziewanego.
Są tacy autorzy, których kochasz ponad wszystko i możesz o nich mówić bez końca. Są też tacy, których kochasz, ale powiedzenie czegokolwiek o ich książce jest ciężkie, bo mimo że się podobało, to napisanie kilku zdać oprócz „bardzo mi się podobało” jest ogromnym wyczynem. Tak jest ze mną i Kasie West, mimo że ją kocham ponad wszystko i po prostu uwielbiam jej książki to pisanie recenzji, którejś z powieści to wielkie wyzwanie. Nie wiem czemu tak się dzieję, bo zawsze jak tylko dostanę książkę Kasie to rzucam wszystko i lecę czytać, by jak najszybciej przenieść się do wymyślonej przez nią historii i by znowu poczuć to ciepło w sercu, które zawsze się pojawia przy jej książkach. Dlatego kiedy dostałam PS: I like you nie wahałam się ani chwili tylko zabrałam się za czytanie, ale napisanie recenzji... czekało bardzo długo...
Lily jest na pozór normalną nastolatką, ma plany na przyszłość, dobre oceny w szkole, super przyjaciółkę i pełną rodzinę. To wszystko widać na pierwszy rzut oka, jednak kiedy wchodzimy do jej domu to widzimy prawdziwy chaos; starsza siostra, która ciągle jest zajęta, młodsi bracia, którzy tylko broją i czasem ma się ich po prostu dość, rodzice, którzy muszą to wszystko ogarnąć i totalny brak prywatności. Pewnego dnia w szkole Lily pisze na lekcji na ławce wers ze swojej ulubionej piosenki. Niespodziewanie, kiedy następny raz dziewczyna siedzi na tej lekcji widzi odpowiedź. Lily nie wie kim jest ta tajemnicza osoba, ale im więcej wiadomości wymieniają, tym bardziej czuje się związana z tym kimś. Z jednej strony bardzo by chciała dowiedzieć się kto to jest, ale z drugiej strony, życie w takiej nieświadomości zapewnia jej całkowitą anonimowość i dzięki temu nie zostanie odrzucona. Tylko czy aby na pewno uda się utrzymać to w tajemnicy? Co się stanie, kiedy Lily odkryje prawdę?

Musisz po prostu wyskoczyć z kimś więcej niż raz… czy dwa… a się przekona, jaka jesteś fajna – zaprzeczyła Isabel, regulując paski swojej torby. – Nie widzę, żebyś była niezgrabą.
Przy tobie też jestem totalną niezgrabą, ale ty się nie palisz, żeby zacząć mnie całować, więc to tolerujesz.
Isabel się zaśmiała i pokręciła głową.
Nie dlatego to toleruję. Wytrzymuję to, bo cię lubię. Musimy tylko znaleźć chłopaka, przy którym będziesz mogła być sobą.”

Ach Kasie, Kasie... coś ty mi zrobiła? To była moja pierwsza myśl po przeczytaniu tej książki i to nie do końca pozytywna. Kocham Kasie i w to nigdy nie wątpcie, przeczytam każdą jej powieść, nawet najkrótszą i będę się cieszyć każdą stroną. Jednak tutaj mam taki niewielki, tyciuteńki niedosyt. Książka była fajna, bawiłam się przy niej cudownie, śmiałam się w głos i odprężyłam się niesamowicie, potrzebowałam tego i jak zwykle Kasie mi to zapewniła. Zabrakło mi jakiegoś takiego punktu, który ściska moje serduszko i ono już do śmierci kocha daną powieść. Nie wiem jak to ująć, bo wszystko jest na swoim miejscu, jest lekko, przyjemnie, prosty język, genialny styl, wciąga od pierwszych stron, ale brakuje mi tego czegoś. Rozmawiając z innymi osobami, które czytały tę książkę, niektórzy mają podobne odczucia, a niektórzy po prostu się ze mną nie zgadzają, ale tak bywa.
Kasie West jest absolutną mistrzynią romansów dla młodzieży, gdzie głównym przewodnikiem jest ogromna dawna humoru i jeszcze większe ilości pozytywnej energii. Tak właśnie kończy się czytanie książek tej autorki, jesteś naładowany energią i chcesz ją spożytkować w jakiś niesamowity sposób, który dostarczy radość nie tylko tobie, ale też innym ludziom. Uważam, że pióro Kasie się wyróżnia spośród innych autorów, bo wszyscy teraz chcą wcisnąć jak najwięcej w daną powieść, ale nie Kasie, ona trzyma się jednego głównego wątku i on jest naszym przewodnikiem po książce. To właśnie wyróżnia powieści Kasie West, gdyż fabuła nie zawiera miliona różnych rzeczy, które musisz zapamiętać, by orientować się w książce. Po prostu siedzisz, czytasz i się relaksujesz, dajesz swojemu ciału i umysłowi odpocząć po ciężkim dniu. Zaufajcie Kasie, ona wie co zrobić by czytelnik miło spędził czas.

„– Tu jest napisane: ,,Dzisiaj zajęcia laboratoryjne w sali trzysta jeden"- powiedział Cade, wymawiając wolno każde słowo.
Odwróciłam się, mając ochotę strzelić go przy tym łokciem, ale trzymałam jednak ręce bezpiecznie przy sobie.
– Wiem, przeczytałam.
– Stoisz tu tak długo, że nie byłem pewien.”

Nie wiem co dużo mówić, bo jak pisałam na samym początku, ciężko mi cokolwiek napisać o książkach Kasie West mimo że ją kocham. Bohaterzy są wykreowani super, najbardziej pokochałam młodsze rodzeństwo Lily, które było bardzo … kreatywne. Osobiście byłam fanką tajemniczego przyjaciela od pisania po ławce niż pewnego osobnika, za którym rozglądała się Lily (zrozumiecie po przeczytaniu :D) Nie mam się do czego przyczepić – fabuła, akcja, bohaterowie, zakończenie, emocje... no naprawdę wszystko jest bardzo dobre i na wysokim poziomie.
Nie ma co przeciągać tej recenzji, nie będę „lała wody” po prostu wam ją polecę, przeczytajcie i sami zasmakujcie talentu Kasie West. Polecam PS: I like you i wszystkie inne jej książki.
Moja ocena to 9/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Feeria Young
Autor: Kasie West
Oryginalny tytuł: PS: I like You
Stron: 392
Data premiery: 11 stycznia 2017r.
Za książkę dziękuję

19:44

#144 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Manwhore+1" Katy Evans

#144 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Manwhore+1" Katy Evans
Wielka miłość, która nie zdarza się często, ale wystarczy jeden malutki ruch, by wszystko przepadło.
Premiera: 17 lutego 2017r.
Malcolm Saint nie jest świętym, o tym już przekonaliśmy się w pierwszym tomie. Wiele z nas się w nim zakochało i „zaklepało” sobie tego pana, my czytelniczki uwielbiamy takich bohaterów, a autorki, chyba kochają nas nimi raczyć – a już na pewno Katy Evans. Zakończenie jakie nastąpiło w pierwszym tomie, było niszczące i wiele z nas miało złamane serce, no bo jak tak można? Ja się pytam, jak można kończyć w takim momencie? To powinno być zapisane w jakiś zasadach bycia pisarzem. Czekanie na kolejną część było męką, mnóstwo osób sięgnęło po drugi tom w oryginale. Byłam jedną z tych osób, ale nie zdążyłam przeczytać całości, tylko początek, bo czytanie po angielsku to wciąż nie mój konik i potrzebuje na to więcej czasu. Jednak kiedy już miałam wersję polską, to nie poleżała za długo, jedynie dwie lub trzy godzinki zanim po nią sięgnęłam i zatraciłam się w lekturze. Co pokazał Manwhore+1? Czy jest równie dobry jak pierwsza część?
Rachel nie może sobie wybaczyć po tym co zrobiła Malcolmowi, wie, że postąpiła źle nie mówiąc mu prawdy i pozwalając by dowiedział się o wszystkim w taki sposób. Teraz Rachel musi wymyślić, co zrobić, by Saint jej przebaczył, by znowu jej zaufał, a to nie będzie łatwe. Podczas pierwszego spotkania po długiej przerwie, Malcolm się zamknął w sobie, nie widać w ogóle uczuć, każdym czynem i gestem zdaje się gardzić Rachel. Jednak kobieta się poddaje i stara się jak może, by odzyskać swojego ukochanego. Miedzy tą dwójką cały czas jest taka sama chemia, cały czas przyciąga ich do siebie, ale jeśli oboje nie zaryzykują i nie zostawią za sobą trosk, może być za późno. Malcolm musi w końcu zostawić przeszłość i nie dawać się jej prowokować, Rachel musi w końcu zaufać Saintowi, że zrobi wszystko dla niej i nie dopuści by stało jej się coś złego, że zadba o nią. Uczucie jakie ich połączyło jest wyjątkowe i silne, ale by przetrwało w codziennym życiu potrzeba wiele wysiłku i starań. Czy Rachel i Malcolm wygrają wielką miłość, czy pozwolą przeszłości i niepewności zniszczyć to, co jest między nimi?

Wbijam wzrok w kolana i przetrawiam to, co właśnie usłyszałam.
Sin nie chce ze mną rozmawiać.
Moja obecność prawie nie robi na nim wrażenia,
Zadzwonił do mnie po czterech tygodniach z powodu tego.”

Jak pisałam wyżej, pierwszy tom zrobił na mnie ogromne wrażenie, nie mogłam się doczekać kolejnej części, bardzo się niecierpliwiłam i już po prostu chciałam przeczytać dalsze losy tej pary. Kiedy już się zabrałam za czytanie to oczywiście nie mogłam się oderwać, nie jest to żadne zaskoczenie. Katy Evans jest mistrzynią w pisaniu książek, które od pierwszej do ostatniej strony przyciągają i nie pozwalają się oderwać choćby na chwilę. Było gorąco, zniewalająco, namiętność się czuło w każdym akapicie, a fabuła rozwijała się z biegiem czasu. Można by powiedzieć, że ideał, ale... zawsze znajdę jakieś „ale”. Zabrakło mi trochę dramaturgi jaką spotkałam w pierwszej części. Rozumiem, że to jest romans i trzeba zbliżyć parę do siebie itp., ale jakoś został mi taki niedosyt po zakończeniu. Pierwszy tom zakończył się „O mój boże!!! Nie! Nie możesz mi tego zrobić, nie wolno kończyć w takiej chwili!”, a drugi tom to raczej takie „Ach to już? Buu, szkoda trochę”. Jaśniej się tego nie da napisać, bo mniej więcej ta to wyglądało.
Manwhore+1 to niesamowita historia o miłości, namiętności, pasji i robieniu tego co się kocha, a także pokonywaniu barier. Czyta się szybko, przyjemnie i nie żałujesz ani jednej minuty poświeconej tej książce. Może zakończenie zostawia niewielki niedosyt, trudno tego nie czuć, jeśli musimy rozstać się z Panem Saintem na kolejne miesiące nim doczekamy się kolejnego tomu. Katy Evans jest autorką, która potrafi zrobić ze zwykłego pomysłu na romans, genialną książkę, której się nikt nie opiera, czytelniczki walczą o to, czyj jest Malcolm, Ramy (seria Real), czy Matthew (seria Mr. President nie wydana w Polsce). Katy wie co zrobić, by kobiety na całym świecie pokochały jej książki i to robi genialnie, nie spuszcza z tonu, każda kolejna powieść jest lepsza od poprzedniej, a my czytelniczki cóż... błagamy o więcej.

„– Tylko odrobinę? – Patrzy na mnie szelmowsko i zanurza kciuk w winie.
Serce mi zamiera, kiedy przesuwa nim po moich ustach. Ta mokra pieszczota sprawia, że każdy centymetr mojego ciała krzyczy z pożądania.
Co ty robisz? – pytam bez tchu.
Coś, czego nie powinienem – odpowiada chropowatym głosem. Oczy ma poważne, ale widać w nich szatański błysk.”

Podsumowując książka jest cudowna, świetnie się bawiłam czytając i mimo lekkiego zawodu i niedosytu to polecam tę powieść. Z resztą, jeśli czytaliście pierwszą część i wam się podobała to nie oprzecie się, by nie przeczytać drugiej. Nawet jeśli będzie próbowali to przestańcie, przeczytajcie tę książkę bo warto. Mnie się bardzo podobało i Pan Saint zostawił po sobie lekkiego kaca książkowego, ale nie żałuję, ba szukając cytaty nie mogłam się oderwać i czytałam po raz drugi.
Moja ocena to 9/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Kobiece
Autor: Katy Evans
Oryginalny tytuł: Manwhore+1
Stron: 384

Za książkę dziękuję

14:35

#143 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Pod presją" Michelle Falkof - Patronat

#143 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Pod presją" Michelle Falkof - Patronat
Czasem presja jest tak wielka, że nie wiemy co mamy zrobić. Zamiast dążyć do ideału oddalamy się od niego i zaczynamy błądzić po niebezpiecznych rejonach życia.
Premiera: 15 lutego 2017r.
Początek roku jest dla mnie bardzo aktywny i pracowity. Jeśli nie pilnuję siostrzenicy to czytam, piszę recenzje lub swoją książkę, a jak nie piszę to uczę się na kurs marketingu. Dosłownie pełne ręce roboty, a doba taka króciutka. Dlatego ostatnimi czasy troszeczkę zaniedbałam bloga i notki. Jednak już wróciłam i będę miała kilka przedpremierowych recenzji i kilka o książkach, które już czytałam jakiś czas temu. Wszystko staram się nadrabiać, a na sam początek mam przedpremierową recenzję książki, którą mam okazję mieć pod patronatem medialnym. Dla mnie wielki zaszczyt, a dla was mam nadzieję kolejna opinia, która pozwoli zdecydować czy ta powieść jest warta poświęcenia jej czasu.
Kara od dziecka sobie powtarza, że musi być idealna, że wszystko musi robić perfekcyjnie, że tylko wtedy będzie miała idealnych przyjaciół, szkołę, życie. Wszystko układa się po jej myśli do dnia, kiedy na twarzy wyskakuje jej pryszcz i zaczyna się ukrywanie przed światem, przed przyjaciółmi. Spełnienie oczekiwań ludzi, rodziny, nauczycieli i przede wszystkim swoich, staje się wręcz nieosiągalne, a presja ciągle rośnie. Kara stara się wszystkiemu sprostać, ale nie daje rady, kiedy podczas egzaminu mdleje z nerwów, wie, że nie będzie perfekcyjna, jeśli choć trochę nie opanuje swoich ataków paniki. Kiedy Kara jest już w momencie, gdzie nie widzi wyjścia jak poukładać sobie życie i jak dać sobie rade ze wszystkim, pojawia się Alex – zwariowana dziewczyna, która pomaga Karze pozbierać się i znaleźć złoty środek na wszystkie problemy. Jednak to nie jest koniec kłopotów, sprawy przybierają nieoczekiwany obrót. Czy Kara w końcu będzie perfekcyjna? Jaką cenę musi zapłacić by być taka?

Myślałam, że tego właśnie chcecie. Perfekcyjna Kara i jej perfekcyjne GPA*.
Nigdy nie oczekiwaliśmy, że będziesz perfekcyjna – zaoponował tata. – Skąd ci to przyszło do głowy?
Chyba sobie żartujesz. Wymagacie tego ode mnie, odkąd byłam małą dziewczynką. Od momentu, gdy mama zaczęła przynosić do domu książki z zagadkami, jedyne co słyszałam, to możesz-zrobić-to-lepiej-Karo i musisz-popracować-trochę-ciężej-Karo.”

Michelle Falkoff jest autorką, którą pokochałam dzięki książce Playlist of the dead, to był absolutny strzał w dziesiątkę i do tej pory nie mogę o niej zapomnieć, cały czas wracam do niej z jakimś sentymentem. Dlatego kiedy zobaczyłam katalog od Feerii Young i dostałam możliwość objęcia patronatem medialnym kolejnej książki tej autorki nie wahałam się ani chwili. Kiedy przyszedł czas na czytanie to miałam małe problemy, bo nie mogłam się na początku wciągnąć. Może dlatego, że akurat obok mnie szalała siostrzenica, a może początek nie jest jakiś porywający. Jednak im dalej brnęłam tym bardziej się wciągałam i nie mogłam przestać rozmyślać nad rozwiązaniem tej zagadki, jaką znajdziecie na stronach książki. Możecie mi wierzyć miałam nie małą zabawę podczas odgadywania, kombinowałam na wszystkie strony, a w końcu, gdy tajemnica została rozwiązana, moje „Haa!!” słyszał cały dom.
Kara jest bohaterką nieidealną, to muszę powiedzieć. My jako czytelnik, mamy wrażenie, że jest po prostu głupia, bo jej zachowanie, strach i obsesja na punkcie idealności są czasem irracjonalne i kompletnie głupie, mówiąc kolokwialnie. Jednak jeśli zagłębimy się bardziej w temat, to zrozumiemy pod jaką presją jest dzisiejsza młodzież na całym świecie. Może nie wszyscy, ale spora część nastolatków zostaje ścigana przed ambicje rodziców, albo czują zbyt duży nacisk i nie dają rady. Myślę, że to właśnie autorka po części chciała nam pokazać. Może przedstawiła w nieco nieoczekiwany sposób i ciut oklepany, ale uważam, że historia ma drugie dno. Wiem, że nie wszyscy się ze mną zgodzą i część będzie uważać tę powieść za wkurzająca, ja jednak będę podchodzić do niej tak, jak napisałam wyżej.

Nie mogę uwierzyć, że to się stało. Tyle się uczyłam, a teraz tak bardzo mi wstyd i nigdy nie pójdę na studia, i nie wyjadę stąd, i wszyscy to widzieli, i teraz będą o tym mówić, i moi rodzice będą tacy rozczarowani, i… – Znów zaczęłam siąkać nosem, tak że nie mogłam wykrztusić nic więcej.”

Książka nie jest idealna, ma swoje niedociągnięcia i trochę ciężko się w nią wciągnąć, ale myślę, że ma też swoje dobre strony. Super zagadka, która naprawdę ciekawi i nasz mózg nie może przestać pracować nad jej rozwiązaniem, zaglądamy do psychiki nastolatki, która ma ogromne problemy ze sobą. Ponownie zagłębiamy się w styl Falkoff, który jest specyficzny i może nie na miarę Sparksa, Kinga czy innych wybitnych pisarzy, ale uważam, że jest dobry, lekki i dzięki temu przyjemnie, a także szybko się czyta.
Polecam Wam tę książkę nie tylko dlatego, że to mój patronat, ale również dlatego, że mimo kilku niedociągnięć to podobała mi się ta powieść i uważam, że ma w sobie jakieś przesłanie. Naprawdę jestem ciekawa waszej opinii i tego co powiecie, po jej przeczytaniu.
Moja ocena to 8/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Feeria Young
Autor: Michelle Falkoff
Oryginalny tytuł: Puching Perfect
Stron: 320

Za książkę dziękuję

Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger