17:27

#110 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Calder. Narodziny odwagi" Mii Sheridan

Kiedy uczucie jest silniejsze niż zakazy i kiedy miłość może pokonać każdą przeszkodę. Wtedy wszystko wydaje się inne, wystarczy mieć kogo kochać.
Data premiery: 15 czerwca 2016r.
Mia Sheridan z jednej strony zawładnęła moim sercem całościowo, ale z drugiej przy Stingerze trochę się zawiodłam na niej (recenzja TUTAJ). Mam wrażenie, że jestem na tym etapie, że przeczytam każdą jej książkę, by znaleźć taką, która będzie równie wspaniała co „Bez słów” i przedstawiony tam Archer. Przy Calderze obniżyłam trochę oczekiwania, gdyż ostatnio wszystko w jakimś stopniu mnie zawodziło, ale nie traciłam nadziei, że tutaj się uda, że zakocham się i nic tej miłości nie zabije... jednak.. No właśnie. Książka okazała się wielką nieznajomą, która po części kopnęła mnie w tyłek, na który boleśnie upadłam i jednocześnie pokazała coś naprawdę pięknego.
Rozwińcie by zobaczyć co mnie zniechęciło, a co rozkochało.

Calder od dziecka mieszka w Akadii, apokaliptycznej społeczności, która uchodzi za sektę i na której czele stoi Hector. Wszyscy wierzą, że nadejdzie dzień, kiedy na ziemie przyjdzie wielka powódź i wszyscy zginą. Dlatego Hector przez wiele lat poszukiwał wybranki, która zostanie jego żoną i poprowadzi ich wszystkich do Elizjum. Kiedy Hector sprowadza do Akadii Eden, jest ona dzieckiem, tak samo jak Calder, mimo to od pierwszego spojrzenia między tą dwójka przeskoczyła nić porozumienia. Kiedy Calder i Eden dorastają do wieku osiemnastu lat, ich uczucia są jeszcze silniejsze, każda rozmowa, każdy gest jest niczym najlepszą nagroda i pieszczota. Oboje wiedzą, że nie mogą być razem, że Eden musi zostać żoną Hectora, takie jest przeznaczenie, tak kazali bogowie. Jednak żadna siła nie jest silniejsza niż prawdziwa miłość, ani nic nie jest w stanie jej zniszczyć, szczególnie, gdy ta para podejmuję ryzyko i chce być ze sobą pomimo sprzeciwu innych.
Był idealny. I kochałam go. Byłam w nim zakochana bez pamięci.
Tymczasem moim przeznaczeniem było poślubienie Hectora. Albo tak mi powiedziano. Z tym że przeznaczenie o nic mnie nie pytało. Bo jeśliby spytało, odparłabym, iż jestem zupełnie pewna, że moim przeznaczeniem jest Calder Raynes – a w każdym razie błagałabym je, aby tak było.”
Ta książka ma dwa różne konteksty w jakich ją odbieram. Najpierw ten gorszy... przysięgam, że w życiu nie słyszałam takich bredni, jakie przedstawiał Hector, jego postać doprowadzała mnie do stanu, gdy miałam ochotę rzucać książką. To jak cała wspólnota/setka oddawała mu cześć, to jak on prawił kazania, na temat tego, że trzeba go słuchać, czcić, jego słowo jest święte i to on ma prawo karać innych i korzystać ze wszystkich luksusów, a reszta ma żyć jak w epoce kamienia łupanego(dobra przesadzam, ale jak on mnie drażnił...). Cała ta sprawa z setką moim zdaniem psuła trochę tę historię, wprawiała w niesmak i odpychała, nie wspominając o mega i prze irytującym Hectorze. Moim zdaniem to wszystko zostało za bardzo szczegółowo opisane. Dobrą stroną tej książki na pewno jest Calder i Eden oraz uczucie jakie ich łączy. Silne, przedstawiające wytrwałość, poświęcenie i walkę jaką musieli stoczyć, by zyskać niewiele chwil razem. Gdyby oddzielić ich od tej całej sekty i od Hectora, to sądzę, że wyszłaby dużo lepsza książka.
Eden od kiedy poznała swojego opiekuna Hectora, czuła, że w jej życiu zajdzie wiele zmian. Przez to, że jest wybranką, żyje pod kloszem, każdy patrzy na jej czyny, każdy obserwuje co robi, przez co nie ma za grosz swobody. Czasami czuje, że pilnują jej aż za bardzo, dusi się w tym miejscu, gdyż chciałaby zaznać choć odrobiny przygody, nim zostanie zmuszona oddać swoje życie przeznaczeniu.
Calder od zawsze mieszka w Akadii, zna panujące tam zasady i nie ze wszystkimi się zgadza. Chciał dostać się do rady, która nadzoruje wszystko w sekcie i pomóc im spojrzeć na niektóre sprawy pod innym kątem. Wszystkie plany odchodzą w niepamięć, gdy zakochuje się w Eden i postanawia, że nie odda jej bez walki Hectorowi. Pełen odwagi i samozaparcia, do tego zniewalająco przystojny, uroczy, czuły i wiedzący czego chce. Calder jest postacią, którą się kocha od momentu poznania.
„– Przepraszam – powiedziała cicho. – Po prostu chciałam...cię pocałować. Tylko raz. Nawet trochę wbrew twojej woli. – Lekko pokręciła głową, a z jej twarzy można było wyczytać kruchość, a zarazem niezłomność, ostrożność, ale i siłę, które od początku wzbudzały mój podziw. Od pierwszego razu, gdy ze sobą rozmawialiśmy; od dnia, w którym zapytała, czy może się z nami pobawić, czułem w niej jakąś determinację.”
Ogólnie książka jest dobrze napisana, bo widać, że autorka włożyła w nią bardzo dużo czasu, dopracowała każdy szczegół związany z tą sektą, jak i związek Caldera z Eden, który jest naładowany emocjami. Widać, że Mia Sheridan ma głowę pełną pomysłów i nie jedno jeszcze pokaże w swoim wykonaniu. Jednego możemy być pewni, jej bohaterowie są silni, pewni siebie i rozpalają nasze zmysły do czerwoności.
To wyjątkowa recenzja, bo nie będzie oceny, ani polecania, bo z jednej strony poleciła bym z całego serca, a z drugiej kazała trzymać się z dala. Dlatego tym razem nie będę ani zachęcała, ani zniechęcało, zróbcie to co mówi wam serducho. Jeśli chcecie przeczytać to śmiało, a jeśli nie to cóż, może inna książki Mii tobie się spodoba.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Septem
Autor: Mia Sheridan
Oryginalny tytuł: Becoming Calder (A Sign of Love #1)
Stron: 376
Za książkę dziękuję

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger