13:00

Późne rozmowy przy herbacie i winie – czyli wywiad z Agnieszką Lis.

Niektóre książki zapominamy kilka dni po przeczytaniu, o niektórych pamiętamy latami, a jeszcze inne sprawiają, że mamy ochotę przemaglować autora i dowiedzieć się, co też mu wpadło do głowy, by napisać daną książkę.
Zapraszam do wywiadu i rozwinięcia.

DSz: Pierwsze pytanie jest u mnie standardem. Skąd pomysł na tę książkę?
AL: Z życia oczywiście. To banał, wybacz...
Obserwowałam życie korporacyjne przez kilkanaście lat. Widywałam rzeczy różne, ale raczej straszne i mało śmieszne. Ludzką zawiść, złośliwość, podłość. Zdarzały się dobre odruchy, ale ginęły raczej w tym smutnym świecie. I tak zaświtało mi, że powinnam opisać chociaż kawałek tego świata złotych krat. Potem pomysł się rozrósł. Pojawiła się znajoma z opowieścią o przyjaciółce w ciąży, która w ósmym miesiącu ciąży dowiedziała się o zespole Edwardsa... a reszta była już rozwinięciem, które powstawało i w trakcie tworzenia konspektu (głównie) i ewentualnie już w trakcie pisania książki (mniej).

DSz: Właśnie ten pomysł z korporacją mnie zaskoczył. Mało kto przedstawia w tak realny sposób ten temat. Książka jest raczej smutna, czy od początku zakładałaś, że taka ma być?
AL: Trochę tak. Gdzieś z tyłu głowy mam myślenie, że żyli długo i szczęśliwie jest zarezerwowane dla romansów. Że jest nudne i banalne. Zresztą, bohater musi zmagać się z problemami. O czym inaczej miałby pisać pisarz? Musi być konflikt. Jednak moja książka kończy się pogodnie, prawda? Daje nadzieję? To było (i jest) dla mnie ważne - może być smutno, może być trudno, ale nie chcę, aby było beznadziejnie.

DSz: Beznadziejnie nie jest, wprawia człowieka w zadumę z pytaniem na ustach "Czy moje życie idzie w dobrym kierunku? Czy na pewno chcę to robić?". Zadałaś sobie kiedyś takie pytanie?
AL: Zadaję je sobie bardzo często. Bardzo. I dlatego przestałam pracować w korporacji. Prawdę mówiąc, z ostatniej zostałam zwolniona, i był to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Sama pewnie bym nie odeszła - stabilizacja, comiesięczny przelew... ale poczułam nieprawdopodobną ulgę, gdy stałam na firmowym parkingu i wyjmowałam swoje rzeczy z samochodu, który musiałam natychmiast na tymże parkingu zostawić. To pytanie powoduje, że teraz piszę, codziennie określoną ilość znaków. Poza pracą zarobkową - po prostu piszę i już. To właśnie chcę robić. Czasem kosztem snu, czasem kosztem jakiś przyjemności. Piszę, bo to kocham. Dla rozmowy z Tobą dzisiaj nie piszę... doceniasz to, prawda?

DSz: Myślę, że wiele czytelników to doceni czytając ten wywiad. A jak już przy pisaniu jesteśmy... Masz na koncie napisaną serię dla dzieci o Przygodach Pana Parasola. Czemu? Skąd pomysł? I przede wszystkim jak udaje Ci się ogarnąć tak różne gatunki jak książki dla dzieci i powieści dla kobiet? Wow dużo pytań mi tu wyszło.
AL: No jak to dlaczego? Przecież ja mam dzieci! Seria powstała dla mojego starszego synka, wtedy przedszkolaka. Bajki wygrały ogólnopolski konkurs "Na dobrą powieść", co bardzo mnie połechtało. Myślę, że tu nie ma co ogarniać. Po prostu zabieram się do pisania wyobrażając sobie, co chcę powiedzieć. Na etapie planowania tekstu muszę wiedzieć, kto będzie odbiorcą. Inaczej przecież pisze się do dzieci, inaczej dla dorosłych, a jeszcze inaczej biznesowy cykl na temat tworzenia szkolenia. W mojej kilkunastoletniej praktyce w biznesie i takie rzeczy pisałam. To dotyczy języka, w tym zwrotów, których się używa, konstrukcji tekstu, tematu oczywiście... wszystkiego. Źle się czuję w horrorze. Nie umiem pisać poezji (chociaż bardzo bym chciała). Ale pozostałe gatunki... próbuję się z nimi mierzyć, z lepszym lub gorszym skutkiem. To także kwestia doskonalenia warsztatu i rozwijania swojej wyobraźni. A uczyć się musimy do końca życia.

DSz: Czyli możemy ciebie zobaczyć w typowym babskim romansie?
AL: Oj nie podpuszczaj... żyli długo i szczęśliwie... chyba jednak nie. Tak nisko mnie cenisz? Fabuła bez konfliktu? Bez dziania się? Czy Ty naprawdę lubisz moje książki?

DSz: (śmiech) Przyznaję się, że Pozytywka jest moją pierwszą Twoją książką.
AL: Hmmm... i aż tak Ci się nie podobała?

DSz: To zobaczysz w recenzji. A Twoje poprzednie książki? "Jutro będzie normalnie" i "Samotność we dwoje" o czym są? Jeśli ktoś tak jak ja zaczyna od Pozytywki, którą książkę powinien przeczytać drugą?
AL: Uważam, że Pozytywka jest lepsza od poprzednich... a może tylko mam taką nadzieję. Może to dlatego, że chciałabym się rozwijać, że pracuję nad warsztatem. "Jutro będzie normalnie" to historia dziewczyny, czy raczej młodej kobiety, która obarczona traumą dzieciństwa z domu dziecka próbuje sobie ułożyć życie. Jednak najważniejsza na końcu, i w sumie dominująca, okazuje się jej relacja z teściową. No cóż, prawie każda mężatka wie, jak to bywa trudne... "Samotność we dwoje" jest z kolei pamiętnikiem faceta zdradzającego żonę.

DSz: A kolejna książka? Pracujesz nad czymś? Zdradzisz coś ?
AL: Pracuję. Historia choroby młodej matki.... Smutek i nadzieja. Wybacz, ale nie mogę wiele więcej powiedzieć. Poza tym mam kilka rzeczy w szufladzie. Może do nich wrócę, "podrasuję" trochę i będzie z tego książka?
Napisałam na przykład zbeletryzowaną historię muzyki dla dzieci. Teraz chciałabym nagrać z tego tekstu audiobooka, właściwie jestem w trakcie projektu. Nie do końca wiem jeszcze co z tego wyjdzie, ale... trzymaj kciuki. Poza tym mam napisany jednoaktowy monodram, może ktoś chciałby zagrać? Aktorka w średnim wieku potrzebna.

DSz: Jesteś wielobranżowa, można by rzec. A muzyka? Wiem, że ją także kochasz, kiedy znajdujesz na to wszystko czas?
AL: Kocham? Ja jestem zawodowym muzykiem... Z akademickim wykształceniem... chociaż masz rację, to nie jest równoznaczne. Tak, kocham muzykę. Uczę gry na fortepianie. Najbardziej lubię pracę z małymi dziećmi. Są niesamowicie twórcze, odkrywcze. Żałuję, że tak szybko dorastają...Nie wiem, jak znajduję na to czas. Po prostu mam bardzo uporządkowany dzień.
Mam konkretny limit znaków na dzień, pięć dni w tygodniu. W określonych, zaplanowanych godzinach prowadzę zajęcia. Odbieram dzieci ze szkoły, odrabiam z nimi lekcje... Mało spontaniczności jest w moim planie dnia. Jeśli już - jest to odstępstwo zaplanowane. Nie wyobrażam sobie na przykład, żeby odwołać zajęcia w szkole, bo coś tam ciekawego mi wypadło. Zapalenie gardła może mnie usprawiedliwić, nagły wypadek, ale nie kaprys. Wiem, że moi uczniowie byliby zawiedzeni, nie mogę na to pozwolić. Poza tym nie oglądam (w ogóle) telewizji. Nic nie wnosi... Wiele lat temu zdarzyło się, że telewizor w naszym domu się zepsuł. Przez kilka dni panowała u nas cisza. Ze zdumieniem odkryłam, że rozmawiamy ze sobą! I że wcale tego wcześniej nie robiliśmy... Po powrocie z pracy człowiek mył ręce, po drodze do łazienki pstrykał pilotem i do wieczora towarzyszył nam, chciany czy niechciany, telewizyjny bełkot. Odkryłam, że do niczego nie jest mi/nam potrzebny. Wyeliminowałam go więc z życiorysu. Bez żalu i żadnej straty. Wręcz przeciwnie. Jakość życia rodzinnego uległa znaczącej poprawie

DSz: Ach, kocham fortepian. A co było trudniejsze? Nauczenie się wszystkiego o muzyce, czy o pisaniu?
AL: O pisaniu dopiero się uczę... o muzyce też... skąd mogę wiedzieć? Tak naprawdę myślę, że proces uczenia się nie kończy się nigdy. Ten, kto nauczył się już wszystkiego, musi być strasznie biedny...

DSz: Bardzo mądrze powiedziane. A kto pierwszy czyta Twoje teksty/książki?
AL: Różnie. Zależy od tekstu. Trochę nad tym boleję, ale nie jest to mój mąż. Ma zbyt emocjonalne podejście do moich tekstów. Na ogół polegam na opinii wybranych przyjaciół i przede wszystkim zaprzyjaźnionych redaktorów. Jednak i tak nikt nie jest dla moich tekstów bardziej surowy niż ja...

DSz: Jesteś perfekcjonistką, to już wiemy, a jakie masz wady?
AL: Ja? Perfekcjonistką? Czy Ty sobie z mnie kpisz? Co za pytanie, oczywiście, że kpisz. Mam same wady...
Nie lubię rano wstawać. Uwielbiam czytać przy jedzeniu. Codziennie się maluję (to chyba też wada?). Ech, bez liku tego. Nie dam rady wszystkiego wymienić do jutra. Odpuść mi.

DSz: (śmiech) Patrząc na to jak masz ułożone wszystko w ciągu dnia to raczej jesteś perfekcjonistką, ale porozmawiamy o tym za kulisami.
AL: Dobrze... ostrożnie się z tym zgodzę... delikatnie tylko wystawiając kolce...

DSz: Jesteś przemiłą kobietą, dobrą pisarką, podejrzewam też, że cudowną matką i żoną. Nie mogę znaleźć na Ciebie haka... powiedz chociaż, że nie umiesz gotować.
AL: Mam Cię! Umiem i lubię. I co teraz? I co? (śmiech) … Choć przyznam się... nie cierpię sprzątać...
DSz: To się nie liczy, nikt chyba nie lubi. Tym miłym akcentem będziemy kończyć tę rozmowę, ale na koniec może dodasz parę słów od siebie. Chciałabyś jakoś dopełnić ten wywiad? Oddaję to w Twoje ręce.
AL: Trochę polecę banałem. Zgodzisz się?
Chciałabym powiedzieć wszystkim Czytelnikom - Twojego bloga, moich książek, Czytelnikom w ogóle, żeby nigdy nie ustawali w dążeniu do realizacji swoich marzeń. Marzenia dają nam siłę, napęd do życia. Realizując swoje życiowe cele mamy powody do uśmiechu i zadowolenia. Oczywiście, tak przestawiony świat jest idealny, proza życia bywa mniej rozkoszna, niemniej – marzenia realizować warto. Warto się wysilać, pracować, trudzić. Życzę wszystkim Czytelnikom aby udało im się bezkonfliktowo realizować swoje pasje i spełniać marzenia. Powodzenia!
DSz: Dziękuję bardzo za przemiłą rozmowę!

2 komentarze:

  1. Też lubię obserwować ludzi tak jak pani Agnieszka. Ludzką złość i zawiść łatwo zauważyć patrząc z boku. Pod nieszczerym uśmiechem, często kryją się gorsze emocje... niestety.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow mega wywiad i tak wiele można się dowiedzieć z kilku pytań 😃

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger