22:22

#4 Kącik "Grawitacja to suka" - Frustracja

Czas na kolejną notkę z kąciku Grawitacji. Poruszyłam już kilka tematów podczas nich, takie jak „Zaufanie” „Jakim cudem” i „Początek przygody”, we wszystkich tych postach podkreślałam jak trzeba współpracować z Katem, jak trzeba mu zaufać, jak przebiegają postępy, a tego czego nie poruszyłam do tej pory to Frustracja, i to przez duże F. Zawsze wszystkim powtarzam, że trzeba myśleć pozytywnie, że nie wolno się poddawać. Trzeba zacisnąć zęby i przeć dalej do przodu. Ale co zrobić kiedy staramy się ze wszystkich sił, a nasze ciało się sprzeciwia? Nie reaguje tak, jakbyśmy sobie tego życzyli? Wtedy właśnie pojawia się frustracja i jest ogromna, w każdym razie u mnie.
Dlatego chce o tym napisać i poznać Wasze opinie.
Co mnie frustruje i doprowadza do białej gorączki?
Przeczytajcie poniżej.

Kiedy zaczynałam ćwiczyć z Katem, byłam negatywnie nastawiona do ćwiczeń, cały czas powtarzałam, że przecież i tak to nic nie da. Skoro lekarze nie wymyślili leku, to sama rehabilitacji nie sprawi cudów. On mówił swoje, ja swoje, nadal podchodzę do tego sceptycznie i nie wyobrażam sobie, że będę biegać, ale teraz wiem, że ćwiczenia poprawią moją kondycje, zdrowie i będę w stanie zrobić więcej niż do tej pory. Nadal nie oczekuję cudów, nie czekam na gwiazdkę z nieba, nie oczekuję, że wszystko zrobi się samo, a ja siedząc cały dzień na wózku, stanę się silniejsza. Wiem też, że nieraz trzeba czekać długo na efekty, należy uzbroić się w cierpliwość i czekać. Tylko, że czekanie nigdy nie było moją mocną stroną i chociaż inni twierdzą, że mam anielską cierpliwość, okazuje się, że nie wtedy kiedy chodzi o coś nad czym pracuje i to ciężko.
Tutaj właśnie pojawia się frustracja, jej pierwsze zalążki. Kiedy mięsień, który powinien napinać się przy pracy, czy unosić rękę do góry po prostu mówi „Nie tym razem, złotko”. Gorzej się robi, kiedy z czasem okazuje się, że więcej mięśni odprawia cie takimi słowami. Razem z Katem wymyślamy nowe sposoby jakby do nich przemówić i jak sprawić, by zechciały współpracować. Ale one nie poddają się, obstawiają cały czas przy „Nie pracuję”. Nawet nie wyobrażacie sobie, jaka to jest frustracja, irytacja, wściekłość kiedy wiemy, że w ciele szacuje się jest około 360 mięśni, a Wasze ciało połowy z nich prawie w ogóle ich nie używa, a część z nich jest na etapie zaginięcia lub wyparowania w magiczny sposób. I nie ważne jak bardzo się stara człowiek i jak miło przemawia do danego mięśnia, jak go masuję, próbuje napinać to on i tak nie chce działać.
To sprawia, że wiele osób się w tym momencie poddaje, nie chce walczyć i sprawić by nasze ciało nas słuchało. Wiele osób woli się przyznać do porażki i usiąść spokojnie w fotelu, bez perspektyw na lepsze jutro, zamiast walczyć. U mnie jest inaczej, kolejny raz odbiegam od reguły, jestem inna niż większość społeczeństwa. Kiedy moje ciało mówi mi stanowcze „nie”, ja mu odpowiadam środkowym palcem i dalej ćwiczę, bo jestem bardziej uparta. I Kat i Łukasz i nawet moja przyjaciółka wiedzą, że jeśli się na coś uprę to nie ma zmiłuj, nic nie jest wstanie mi stanąć na drodze. Rozjadę przeciwności moim wózkiem, zostawiając za sobą tumany kurzu. Tak właśnie widzę walkę z moimi mięśniami. One są tą przeciwnością losu, która staje przede mną, zapiera się z całej siły i uparcie mówi „Nie pójdziesz dalej”.
Jednak zadajmy sobie pytanie. Kto rządzi naszym ciałem. My? Czy może pozwalamy robić mu co chce? Jestem zwolenniczką pierwszej odpowiedzi, to ja mam mówić danemu mięśniowi, że ma w tej chwili się napiąć i np., podnieść moją nogę do góry, to ja rozkazuję swojemu ciału jak ma pracować, ja mu każę słuchać się impulsów, które wysyłam. Jeśli mówię sobie w myślach „ręką do góry” to ta ręka ma choć odrobinę drgnąć, wykonać jakiś ruch w tym kierunku, i nie ma, że boli, że nie ma siły, że się nie chce. W takich chwilach musi się chcieć, musimy walczyć.
Tak, przyznaję, jestem cholernie sfrustrowana, że moje ciało mimo ćwiczeń nadal żyje swoim życiem, i tak jest mi czasem przykro, kiedy chce sięgnąć daną książkę, a ona się okazuje za ciężka i wypada mi z rąk. Ale zastanówmy się... kim bylibyśmy bez tych wyzwań, bez tych oporów jakie stawia nam los/przeznaczenie/Bóg/życie? Człowiek musi mieć jakiś cel, musi do czegoś dążyć i nie poddawać się. Jestem upartą bestią, bardzo, nie znajdziecie bardziej upartej i zawziętej osoby. Moje ciało może i ma inne zdanie na ten temat, ale to ja będę mu pokazywać, że jednak przegrywa walkę i coś drgnie bardziej niż do tej pory.
Moje cele są różne, Wasze zapewne też, ale spełniajmy je i nie dajmy się frustracji, która nas opanowuje. Ja się nie daję, trzymam kciuki, byście i Wy się nie dali.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger