22:05

Wywiad z Magdaleną Kołosowską

Magdalena Kołosowska wyznaje czemu uwielbia pisać, co ją napędza, a także czemu sprawiła swojej bohaterce tyle bólu w książce „Dlatego mnie kochasz”. Wywiad z nią na pewno da wielu nam do myślenia i sprawi, że głębiej zastanowi się nad sensem fabuły.
Zapraszam do poznania bliżej polskiej pisarki, która nie pisze błahych historii, tylko takie, które poruszają nasze serca i dusze.

Dominik Szałomska: Jak długo zajmuje się Pani pisaniem?
Magdalena Kołosowska: Nie wiem, czy to, co robię w wolnych chwilach i co sprawia mi ogromną przyjemność można nazwać, że „się tym zajmuję”. To hobby, sposób na spędzenie wolnego czasu, które towarzyszy mi od czasów szkoły podstawowej. To wówczas zapisywałam swoimi historiami czyste zeszyty, w mojej głowie pojawiały się przeróżne postaci i jednocześnie chęć, by choć ich cząstkę zatrzymać na dłużej, ubrać w słowa to, co przeżywają i wracać do tego.
Jeśli więc mogę tak powiedzieć, to zajmuję się pisaniem od bardzo, bardzo dawna.

DSz: Co zainspirowało Panią do napisania książki o tak trudnej fabule?
MK: Początkowo miała ona wyglądać zupełnie inaczej. Pojawiła się Agata. Kiedy zaczęłam pisać, wiedziałam, że to będzie znajomość na dłużej. Chciałam opisać historię miłosnego trójkąta, historię zdrady. Nawet nieźle mi szło :), tylko że po jakimś czasie stwierdziłam, że to po prostu nie jest to, że to wcale nie chodzi o to, aby Agata zdradziła Marcina i wówczas pojawił się pomysł, aby dać jej powód, dla którego szuka uczucia gdzie indziej. Pierwszy cios Marcina był dla mnie samej zaskoczeniem, długo musiałam przekonywać samą siebie, że tak się dzieje, że to właśnie może być to. Polubiłam Agatę, chciałam, aby w jej życiu wszystko się układało, więc ten pierwszy raz był i dla mnie dość nieoczekiwany. Poza tym to, co robił Marcin było w opozycji do tego, jakie stanowisko zajmował. Przecież nikt nie oskarżyłby kompetentnego, wysoko postawionego pracownika banku o to, że znęca się nad żoną. A później... później Agata się zmieniała. Wahała się. Robiła krok do przodu i natychmiast dwa do tyłu, a Marcin stawał się coraz bardziej wyrazisty. Ta historia ewoluowała i może dobrze, bo nie zastanawiałam się, że fabuła rzeczywiście robi się trudna. Dla mnie to po prostu była kolejna historia, coraz bardziej skomplikowana. Gdybym sobie od razu założyła, na początku, że ta książka będzie tak wyglądać, to być może nie powstałaby wcale. Zdarzało się bowiem podczas pisania, że bałam się, że to jest zbyt trudne, że nie dość dobrze to wszystko opisuję.
A inspiracje? Tak naprawdę nie miałam żadnych prócz pomysłu w głowie. Dopiero później, kiedy historia była już gotowa, poznałam dziewczynę, której doświadczenia życiowe były podobne do tych Agaty. A później następną i następną. Dwie z nich rozstały się ze swoimi partnerami, jedna w takim związku żyje.

DSz: Agatę i Marcina łączy szczególny rodzaj miłości. Kochają się, ale mimo to zadają sobie ból. Łączy się w tej powieści wiele wątków miłosnych, ciekawi mnie czemu tak Pani to napisała? Czemu związek, który tak się zaczął, tak się skończył?
MK: Jest to tylko jedna z wielu historii, mówiących o nieudanym małżeństwie, a tych wokół nas jest coraz więcej. Jak powiedziała Agata „ Każda miłość kiedyś się kończy”. Ta wyglądała tak, od euforii i totalnego szczęścia, po rozczarowanie i ślady na ciele i na psychice.
Agata pokochała Marcina pierwszą, młodzieńczą miłością, to przy nim stała się kobietą i nie zauważała tego, jaki on jest. A przecież pierwsze symptomy były na długo przed ślubem. Nie widziała jednak tego. Nie znając historii związku rodziców Marcina, nawet do głowy jej nie wpadło, że można w zachowaniu chłopaka dopatrzeć się czegoś niepokojącego. Może gdyby wiedziała od początku, inaczej patrzyłaby na niego? Może wówczas nie starałaby się za wszelką cenę doszukiwać błędu w sobie i swoim postępowaniu, może nie musiałaby naprawiać siebie i być idealną? Może wówczas nie krzywdziliby siebie nawzajem, tylko wspólnie pracowali nad związkiem? Tego nie wiem. Być może.
Agatę i Marcina połączyła miłość, cudne uczucie, które dodaje ludziom skrzydeł i sprawia, że mają motyle w brzuchu. Czasami jednak ciężar wspomnień, balast przeżyć jest tak duży, że nie pozwala cieszyć się z tego, co jest, przeszkadza, a czasem wręcz uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Tak było w przypadku Marcina. On naprawdę kochał Agatę, niestety potrzeba kontroli, odcięcia się od przeszłości i trzymania wszystkiego w ryzach okazała się niszcząca. Tak bardzo chciał, aby wszystko było idealne, tak inne od tego, na co patrzył w domu, że … wyglądało dokładnie tak samo. To jest historia młodych ludzi, chociaż wiek akurat nie ma tutaj nic do rzeczy. W końcu człowiek stworzony jest do miłości i szuka jej przez całe życie. Nie inaczej było z moimi bohaterami. Jakkolwiek Agata znalazła dość szybko swój wentyl bezpieczeństwa, to Marcin nie skierował swych uczuć ku komuś innemu.
Poza tym ich historia jest o tyle szczególna, że Agata po prostu uzależniła się od Marcina. Kochała go i coraz bardziej zapętlała się w absurdzie, nie potrafiła – mimo obecności wokół siebie osób, które były chętne jej pomóc – powiedzieć „nie”. W takich wypadkach bardzo łatwo jest ranić drugą osobę. Na dodatek to jest historia, jaka mogłaby się wydarzyć tuż obok nas. Ludzie się zakochują i odkochują, a wątki? To jest po prostu życie.

DSz: Przygotowywała się Pani jakoś bardziej do przystąpienia pisania czy prace ruszyły nagle?
MK: Kiedy w mojej głowie pojawia się pomysł, a wraz z nim bohater/ka, powoli krystalizuje mi się obraz, jak to wszystko miałoby wyglądać. Z reguły jest tak, że potrzebuję jakiegoś czasu, kilku godzin czy dni, aby sobie poukładać co i jak, aby oswoić się z nową bohaterką i z sytuacją. A potem siadam i piszę... nie przygotowuję się jakoś specjalnie, ufam swojej intuicji i kiedy czegoś potrzebuję podczas pisania, wówczas dopiero tego szukam, zadaję pytania, czytam. Nie nastawiam się, że ta historia będzie wyglądała tak i tak, i później trzymam się dokładnie konspektu. Nie. Jestem spontaniczna i pozwalam swoim bohaterom na całkowitą swobodę, dlatego sprawia mi to tyle radości.
Tak też było z Agatą. Po prostu usiadłam i zaczęłam pisać. O Agacie, o Marcinie, o Tomku...

DSz: Oceny „Dlatego mnie kochasz” są bardzo wysokie. Spodziewała się Pani, aż takiego pozytywnego odbioru?
MK: Czułam, że napisałam fajną historię, która może spodobać się kobietom, ale tego, co się stało, nie spodziewałam się w ogóle. Tym bardziej cieszy :)

DSz: Kto najbardziej wspierał Panią przy pisaniu? Jak w ogóle wyglądał cały proces powstawania książki?
MK: Pisanie jest dla mnie tak intymną rzeczą, że kiedy piszę, nie potrafię się tym dzielić z nikim. Nic nie mówię. Nikomu. Nie przedstawiam swoich pomysłów, nie pozwalam czytać. Inaczej jest, kiedy dana historia jest skończona. Mam przyjaciółkę, pierwszą recenzentkę, która czyta i dzieli się ze mną swoimi wrażeniami. Jest bardzo obiektywna, cierpliwa i drobiazgowa. Polegam na jej opiniach. Kiedy czytała Agatę normą były jej SMS-y do mnie o przeróżnych porach. Raz pisała do mnie „Jak mogłaś to zrobić Agacie?” by za chwilę przyznać „Płakałam” lub „Mam nadzieję, że nie jesteś jakoś szczególnie zżyta z tym maszynopisem, bo przeleciał przez całe mieszkanie i kartki się pomieszały”. To wówczas dotarło do mnie, że ta historia może wywoływać aż takie emocje.
Agata powstała dość szybko, jednak przeleżakowała bardzo długo, bo wciąż było w niej coś, co nie zadowalało mnie w pełni. Wracałam do niej, dopisywałam, wykreślałam, zmieniałam tytuły, zakończenia i wciąż mi czegoś brakowało. W międzyczasie skończyłam jedną książkę, wydałam, napisałam drugą... Agata czekała na swoją szansę i myślę, że bardzo dobrze się stało. Mogłam ją dopieścić, lepiej zrozumieć, poznać. Czułam, że w tym wypadku trzeba być cierpliwym, że nie warto się spieszyć. Wymagała ode mnie dużo czasu i uwagi i ja jej to dałam. Zżyłam się z bohaterami, mimo że nie popierałam ich wyborów, czasami mnie irytowali innym razem śmiałam się z nimi. To jednak nie była jedna z tych historii, jakie się pisze ot tak sobie, pstryk i jest. Musiałam dobrze poznać swoich bohaterów, by wiarygodnie przedstawić ich emocje. Czytając teraz recenzje mam poczucie dobrze wykonanej pracy. I to jest najlepszą nagrodą za cierpliwość.

DSz: Czytając książkę, miałam wrażenie, że można było skończyć ją szybciej. Czemu tak przedłużała Pani moment rozstania Agaty i Marcina?
MK: Ta historia powinna się była zakończyć w momencie kiedy Marcin zaczął pokazywać swoją prawdziwą twarz. Agata powinna była zerwać z nim i poszukać uczucia gdzie indziej. Jakież to byłoby sprawiedliwe! Niestety w życiu nic nie jest proste, a bywają chwile, kiedy kierujemy się uczuciami a nie rozumem. Tak właśnie było z Agatą. Kochała i jednocześnie popełniała masę błędów, była głucha i ślepa. Wciąż wierzyła, że ich związek da się jeszcze uratować, chciała przecież stworzyć idealną rodzinę dla dobra swoich córek. Odkładała wciąż podjęcie ostatecznej decyzji, bo zdarzały się „dobre momenty”.
To nie ja przedłużałam ich rozstanie, ten czas był im potrzebny na podjęcie decyzji.
Niedawno, na promocji książki, jedna z obecnych tam kobiet powiedziała, że Agata podjęła decyzję bardzo szybko, że miała szczęście, że zajęło jej to tylko dziesięć lat, bo „niektóre kobiety potrzebują znacznie więcej czasu”. Znam kobietę, która odeszła od męża mając pięćdziesiąt lat, po trzydziestu spędzonych razem, inna po dwudziestu latach małżeństwa wciąż nie zdecydowała się na rozwód. Prawda jest taka, że bardzo trudno jest taką decyzję podjąć i to właśnie starałam się pokazać. Powody bywają różne: strach, niepewność, niskie poczucie własnej wartości. Trzeba pamiętać, że kobiety żyjące w taki związku są od męża uzależnione i – paradoksalnie – nie wyobrażają sobie bez niego życia. A on to wykorzystuje, wikła je umiejętnie w sieć zależności, sprawia, że kobieta staje się bierna, zastraszona, niepewna i bezbronna. Bardzo trudno jest wyjść z takiego układu. To tylko z zewnątrz może się wydawać, że to takie proste – wstać, zabrać dzieci i wyjść, albo wystawić walizki męża za próg.
Agata potrzebowała czasu. Potrzebowała wsparcia. Kiedy je znalazła powolutku, krok za krokiem zaczęła realizować swój plan. Może nieudolnie, może zbyt często się cofała, zmieniała zdanie, ale nie miała złych intencji.
Moim zdaniem ta książka nie miałaby takiej siły przekazu, gdyby skończyła się wcześniej. Nikt by o niej nie dyskutował z zapamiętaniem, nikogo nie irytowałoby postępowanie Agaty, gdyby zachowała się tak, jak tego oczekiwaliby czytelnicy. Byłoby jak z Harleqiunem – każdy wie o co chodzi i jak to się skończy. A przecież życie jest nieprzewidywalne!

DSz: Wiem, że pracuje Pani nad kolejną książką. Zdradzi Pani nam rąbek tajemnicy o czym będzie?
MK: Niech tym rąbkiem będzie motto, jakie jej przyświeca. „Człowiek to rzeczownik, a rzeczownikiem rządzą przypadki”, Krystyna Siesicka, „Zapałka na zakręcie”.

DSz: Co najbardziej Pani się podoba w pisaniu książek? Który etap jest najprzyjemniejszy?
MK: Wszystko. Najkrócej mówiąc. Uwielbiam ten moment, kiedy wpada mi do głowy pomysł, gdy pojawia się nowa postać. To jest cudowne, bo wyobraźnia pracuje wtedy na pełnych obrotach i niemal od razu wiem jak mniej więcej potoczy się ta historia. Zwykle się okazuje, że bardziej mniej niż więcej :) Potem jest moment napisania pierwszego zdania. Nie musi być ono pierwsze w ogóle, może się później znaleźć w innym miejscu bądź zostać wykreślone, ale od czegoś trzeba zacząć. A później już z górki... Bardzo mi się podoba to, w jaki sposób rozwijają się moi bohaterowie. Lubię im się przyglądać. I o nich pisać. Czasami to jest hardcore, palce nie nadążają stukać w klawisze, bo tyle myśli, zdań i dialogów kłębi się w głowie. Bardzo przyjemne jest napisanie słowa „Koniec”, kiedy wiadomo, że już nic więcej nie ma do dodania. No i bardzo, ale to bardzo przyjemna jest praca z redaktorem, gdy książka przygotowywana jest do wydania. Osoba, która nie jest emocjonalnie związana z bohaterami, wnosi świeże spojrzenie, pozwala dostrzec niedoskonałości.
Nie mam więc jakiegoś ulubionego etapu. Każdy jest inny i przyjemny na swój sposób. Kocham to od początku do końca, bez wyjątku :)

DSz: Co Pani robi, kiedy nie pisze? Jakieś inne pasje?
MK: Czytam książki. To mój nałóg :) Poza tym lubię gotować, a ostatnio połknęłam fotograficznego bakcyla i staram się – na ile pozwala mi na to czas – robić zdjęcia. Na razie jednak jestem – jak sama powtarzam – w grupie fotograficznych maluchów i przede mną dużo, dużo pracy :)

DSz: Wydawnictwo Feeria ostatnimi czasy ma coraz lepsze pozycje wydawnicze w swojej kolekcji. Jak wyglądała Pani współpraca z nimi?
MK: I znów mogę to określić jednym słowem: cudownie! Poznałam tam fantastyczne osoby, które rozumiały mnie i to, co chciałam powiedzieć, znosiły moje maile, telefony, pytania i moje gadulstwo :) Niezwykły profesjonalizm, otwartość, kreatywność a przy tym przyjemna, niesamowita atmosfera. Począwszy od pierwszej rozmowy telefonicznej, pierwszego maila. Praca z tymi ludźmi dostarczyła mi mnóstwo satysfakcji. Szczególnie z Mają i Anią. To dwie niesamowite dziewczyny, które kochają to, co robią i robią to najlepiej na świecie. Agata nie mogła wymarzyć sobie lepszych opiekunów! Ja też.

DSz: Dziękuję za odpowiedzi i życzę kolejnych sukcesów z innymi powieściami.
MK: Dziękuje :)

2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy wywiad, aż mam ochotę zapoznać się z książkami tej autorki :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger