20:24

#1 Kącik "Grawitacja to suka" - Początek przygody

Jakiś czas temu pisałam o moim nawróceniu co do rehabilitacji i ćwiczeń. Opisałam Wam moje postrzeganie tego kiedyś i dziś(TUTAJ). Tamten post był takim początkiem, bo jak wiadomo nie od razu człowiek oducza się własnych odruchów. Mam tak samo, czeka mnie jeszcze daleka droga do momentu kiedy będę mogła bez zahamowań i strachu ćwiczyć. Nie jest to proces jedno-krokowy, raczej składa się z miliona powolnych małych kroczków, do przodu ale jak i do tyłu. Dlatego też postanowiłam zacząć ten kącik po prostu o rehabilitacji, bym mogła wyrzucić swoje strachy, myśli, wątpliwości, ale i radości oraz sukcesy. Nie od dziś wiadomo, że w mojej głowie kłębią się tysiące myśli na sekundę, są sprzeczne ze sobą i mało kiedy się zgadzają. I też w tej chwili wkracza kącik „Grawitacja to suka”, pozwoli on mi wyrzucić z siebie wszystkie sprzeczności, ale także opisać Wam każde spotkanie z rehabilitantem i jak one przebiegają.
Cztery pierwsze spotkania mamy za sobą. Pierwsze sprawdzające grunt odbyło się we wtorek tydzień temu, nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo byłam przerażona i jak się denerwowałam tym jaki będzie nowy rehabilitant, jak będzie się obchodził z moim przykurczonym ciałem i jak będzie traktował moje kochane nóżki.
Czy moje strachy były słuszne?

Absolutnie nie! Tak miło zaskoczona już dawno nie byłam. Przyszedł Łukasz, który okazał się przemiłym facetem nie robiącym niczego na siłę. Pierwsze spotkanie odbyło się na zasadzie oględzin. Oboje musieliśmy zapoznać się z tym drugim, sprawdzić jak się dogadujemy, a przede wszystkim musiałam sprawdzić jak będzie się obchodził z moimi nogami. Na początek zaczęliśmy od rozciągania nóg. Moje przerażenie w skali od 1-10 było na 100, dokładnie czułam już jak mnie będą boleć kolana zanim on tylko je dotknął. Jednak nie poddałam się, zacisnęłam zęby, uśmiechnęłam się i dałam szanse. Okazało się, że zasłużoną, gdyż Łukasz naprawdę przejrzał mnie w ciągu dwóch godzin, z czego miałam nie lada ubaw. Nie naciskał na mocne zginanie czy prostowanie, a ja widząc to pozwalałam na więcej. Doszliśmy do niemego porozumienia, ja nie panikuje i wytrzymuje tyle ile mogę, a on stara się być delikatny. Naprawdę gdyby te kilkanaście lat temu, tak wyglądały moje ćwiczenia, to może nie musiałabym tego wszystkie pisać i nie miałabym takich oporów, ale... moje kochane „ale”, które się zawsze pojawia:). Ale nie mogę gdybać co by było, gdyby... zamiast tego muszę się wziąć za rady i polecania Łukasza (co nie jest specjalnie łatwe, dla mojego upartego charakteru).
Może się wydawać Wam, że to wszystko brzmi prosto. Ot przychodzi facet, pozginają sobie nogi, porozciągają się i tyle. Ale wierzcie mi, tak to nie wygląda. Moje ciało nie bardzo chce współpracować z moim rozkazami, a wręcz nieraz je całkowicie ignoruje. „Napnij nogę jakbyś chciała ją wyprostować” takie niby od lekkie ćwiczenie... tylko kiedy ja spinam się, skupiam na tej czynności i napinam mięśnie tak mocno jak mogę, za moment słyszę „Napinasz?”, jego wątpliwości są zrozumiałe, gdyż noga nie ruszyła się ani o milimetr. W takich chwilach ciśnie mi się jakaś cięta riposta, ale zamiast tego wypowiadam potulnie „Tak”. Moja frustracja sięga zenitu w takim momencie i nic nie mogę na to poradzić. Wiele razy już myślałam, by darować sobie te ćwiczenia, no bo w końcu, tyle lat żyłam bez tego i jakoś ciągnę, ale wtedy pojawia się w mojej głowie złośliwa myśl „Kobieto, ogarnij się, twoich mięśni prawie nie ma w tym ciele. Zanikły, wyparowały, długo tak nie pociągniesz”. To działa jak kubeł zimnej wody, za każdym razem, gdy mam chwilę zwątpienia, wmawiam sobie, że to naprawdę jest mi potrzebne, nawet jeśli nie będzie jakiejś wielkiej poprawy.
Mam za sobą cztery spotkania po około półtorej godziny. Półtorej godziny, zaciskania zębów, śmiechu, frustracji, nadziei, złości, a przede wszystkim rozciągania i napinania. Nie jest lekko, jest ciężko i pewnie jeszcze długo tak będzie, ale kto wie jakie będą efekty, może żadne, a może będę mogła poruszyć nogą o kilka centymetrów, kilkanaście. Nie ważne, ważne jest to, że chce spróbować i sprawdzić czy to coś da. Przede wszystkich muszę się nauczyć słuchać poleceń, nie lekceważyć ich, a nawet i spełniać je z taką sumiennością jaką powinnam. Łukasz wie, że jestem oporna i jak do tej pory jego „zadania domowe” są raczej niespełniane, ale idzie mi coraz lepiej.
Uczę się tego co powinnam robić sama i jak to może pomóc we wspólnych ćwiczeniach. Jak to będzie działać? Czy będzie poprawa? I jak długo wytrwam w tej walce? Nie wiem, naprawdę nie mam bladego pojęcia, ale mam nadzieję, że bardzo długo. Możecie być pewni jednego. Będę Wam o tym pisać aż do znudzenia. W końcu muszę gdzieś dać ujście tym emocjom, myślom jakie we mnie krążą. Liczę, że będziecie mi towarzyszyć w tym wszystkim, a może i ktoś z taka awersją do ćwiczeń jaką ja miałam, nawróci się, dzięki temu kącikowi? Oby.
Pozdrawiam i do następnego wyznania
Wasza Dominika

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger