17:21

Własne strachy czyli mój pokonany lęk

Rehabilitacja. To słowo stało się moją piętą Achillesową już kilkanaście lat temu. Kiedy słyszałam to stwierdzenie, w moich oczach pojawiał się strach, a dłonie robiły się zimne. Każdy kto poruszał ten temat w mojej obecności trafiał na ogromny mur nie do przebicia. Nie docierały do mnie słowa przyjaciół i rodziny. Gdybym mogła, to bym uciekała z krzykiem gdzie pieprz rośnie. Wszystko za sprawą dzieciństwa i kilku lat właśnie takowej rehabilitacji.
Chcę Wam przedstawić mój pogląd na ćwiczenia, jaki miałam przez te lata i jaki mam teraz, a także co sprawiło, że zaczęłam się głębiej zastanawiać nad sensem tych cierpień.

Jako dziecko, kiedy jeszcze nie rozumiałam co dzieje, czemu tak się dzieje, ani o co w tym wszystkim chodzi, chodziłam na rehabilitacje, która miała pomóc wstrzymać rozwój rdzeniowego zaniku mięśni. Wtedy wydawało mi się to naturalne, że siostra i mama prowadzą mnie do pani rehabilitantki, gdzie przechodzę przez serię masaży, ćwiczeń z pomocą tej pani jak i takich, które miałam wykonywać sama. Wtedy myślałam, że może jak będę się starać, to naciągnięte ścięgna i przykurcze nie będą tak boleć, a może nawet kiedyś nie będą mnie dotyczyć. Jednak im starsza się stawałam, tym coraz bardziej się zniechęcałam, a każda wizyta u pani Ani stawała się obowiązkiem, a nie przyjemnością. Aż w końcu nastał dzień kiedy przestałam tam chodzić, już nawet nie pamiętam przyczyny, która skłoniła moją mamę od wstrzymania tego rytuału. Zdarzały się tylko okazjonalne pojedyncze rehabilitacje, na które szłam, ale kończyły się płaczem, gdyż kolejny raz naciągnęłam ścięgno któregoś kolana.
Zaprzeczenie:
Od tamtej pory minęło kilkanaście lat, nigdy więcej nie miałam ochoty na powtórkę, a każdemu kto mówił, że rehabilitacja ma mi pomóc i powinnam ćwiczyć, kazałam się po prostu odwalić, brzydko mówiąc. Byłam jak zdarta płyta, która powtarzała, że pod żadnym pozorem, dobrowolnie nie zgodzę się na ćwiczenia, a każdy kto dotykał moich nóg (moja pięta Achillesa) dostawał reprymendę i instrukcje, by niczego mi nie zrobił. Każdy w moim domu wie jaką histeryczką potrafię być na tym punkcie. Dlatego też nie widziałam wizji ponownej rehabilitacji. Zarzekałam się, że jeśli zgodzę się na coś takiego to od razu mają mnie zamknąć w psychiatryku. Może wydawać się Wam, że przesadzam, jednak szybko łapie blokady w głowie jeśli w jakiejś sytuacji powtarza się uraz. Nie zliczę już tych wszystkich razy kiedy miałam naciągnięte ścięgna, mięśnie, a także skręcone kostki, to wszystko sprawiło, że jakiś pstryczek w mojej głowie się zablokował. Nie ważne jakimi argumentami do mnie mówiono i jakimi sposobami próbowano, nic nie docierało. Na tym punkcie byłam jak takie uparte dziecko, które najchętniej zatkałoby uszy i krzyczało „lalalala”. Ale.... zawsze jest to „ale” które zmienia wszystko. U mnie był to ból pleców.
Przemiana:
Jakiś rok temu (dawno, wiem) zaczęły się bóle kręgosłupa. Wspomnę tylko, że mam skrzywienie kręgosłupa w takim stopniu, że lekarze się dziwią, jak to możliwe. Wiedziałam, że kiedyś odegra się na mnie i zafunduje mi niezłe dolegliwości. Jednak przez wiele lat, gdy pytano mnie, czy nie bolą mnie plecy, odpowiadałam z radością „Nie”, ale właśnie rok temu zmieniłam zdanie i odpowiedziałabym stanowcze „Tak”. Lecz zanim przeszłam z etapu bólu do etapu „pójdę z tym do lekarza” minęło kilka miesięcy, a ja już prawie nie mogłam siedzieć, tak bolało. Przedstawię Wam jak to wyglądało.
Moja mama na przełomie maj - czerwiec miała wizytę u lekarza, który miał zlecić jej ćwiczenia/rehabilitację. Z wielkim wysiłkiem powiedziałam jej, żeby załatwiła mi jakieś naświetlania na plecy, bo inaczej skonam. Kiedy wróciła, powiedziała, że zapisała mnie do tego lekarza i mam czekać na telefon, gdyż będziemy załatwiać domową rehabilitację. Zanim zadzwonił telefon, doczekałam się września, a także zdążyłam zmienić zdanie milion razy. Co chwilę mówiłam co innego, sama siebie miałam już dość, a co dopiero ci, co musieli mnie słuchać. Ale przyszła Pani doktor, która kiedyś była moim lekarzem rodzinnym, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Znałam ją dobrze, dlatego pozwoliłam się przebadać, a nawet i dotknąć nóg. Wszystko, byle tylko plecy przestały boleć. Aż nastąpił moment kiedy zostałam wpisana na listę oczekujących, która przesuwała się do połowy grudnia. Kiedy zadzwonił Pan rehabilitant by się umówić na pierwsze spotkanie, niby wszystko okay i cacy, gdyby nie to, że dwa dni przed spotkaniem wylądowałam w szpitalu i musiałam przełożyć wszystko aż do początku stycznia.
Wtedy nastąpiło dziesięć dni kiedy przychodził pan i masował mi nogi, plecy, a także ćwiczyliśmy nad rękoma. Myślicie, że poszło gładko i pięknie? Jeśli tak, to jesteście w błędzie.
Nawrócenie:
Pierwszy dzień kiedy miałam dobrowolnie wznowić te tortury, był straszny i aż się dziwię, że kolejnego dnia ponownie przyszedł, nazwijmy go, Pan R. Wszyscy, który mnie znają, wiedzą, że potrafię być niemiła i okropnie oporna jak się na coś uprę. Tego właśnie musiał doświadczyć Pan R pierwszego dnia. Nie szczędziłam sarkazmów, zgryźliwych komentarzy, a nawet i lekceważących spojrzeń. Sama mogę się porównać do tych zgryźliwych starych bab, które warczą na każdego. Pan R od razu został surowo poinformowany, że jestem na „nie” jeśli chodzi o ćwiczenia, wyginanie nóg, a tym bardziej ich prostowanie czy zginanie. Chyba był w niemałym szoku, gdy zamiast słodkiego świergotu usłyszał, co mu wolno, a co nie. Do tej pory pamiętam jego spojrzenie, jakie mi posłał gdy na każde jego pytanie odpowiadałam „nie”
„ – Czy możesz wyprostować nogi?
– Nie”
„ – Czy podniesiesz nogi do góry?
– Nie”
„ – Dasz rade usiąść?
– Nie”
I wiele, wiele innych pytań, na które odpowiedź była przeważnie taka sama. To właśnie był moment, gdy oboje coś sobie uświadomiliśmy. On, że wpakował się w wielkie bagno i czeka go sporo roboty, a ja, że możliwe popełniłam błąd rezygnując z rehabilitacji. Postanowiłam także, że dam temu szansę i zobaczę co z tego wyniknie i jak będę się czuła po tych ćwiczeniach.
Nasze ćwiczenia trwały pół godziny, obejmowało to masaż nóg, na lepsze krążenie, ćwiczenia ramion, a także masaż dolnej partii pleców. Proste? Proste, ale nawet nie wyobrażacie sobie jaka byłam po tym zmęczona, dosłownie zasypiałam na siedząco po wyjściu Pana R. Nic nie pomagało, próbowałam jakoś zająć czymś myśli, by nie spać. Ale mój organizm był po prostu zmęczony i musiał się choć odrobinę zregenerować. Trwało to przez prawie cały pierwszy tydzień. W końcu spytałam się Pana R czemu tak się dzieje. Przecież wszędzie jest głoszone, że ćwiczenia sprawiają, że mamy więcej siły, energii i chęci do życia, a tymczasem u mnie działo się na odwrót. Pan R sam był zdziwiony „Przecież nie robimy nic takiego ciężkiego, byś była tak zmęczona” to jego słowa, przez co jeszcze bardziej zgłupiałam. Jednak powiedział także, że to przez to, iż przez tyle lat nie robiłam najmniejszych ćwiczeń i muszę się przestawić na nawet niewielki wysiłek, że powinno się polepszyć niedługo. I miał rację, zmęczenie z każdym dniem mijało.
Jednak dziesięć dni minęło tak szybko, że nawet nie zdążyłam zaobserwować jakiś większych zmian w moim ciele, jedyne co się zmieniło przez te magiczne dziesięć dni to moje myślenie. Kiedy zauważyłam, że Pan R nie chce zrobić krzywdy moim kochanym nóżkom, ani że nie robi nic co włączyłoby czerwoną lampkę to dałam mu garstkę zaufania. Nie na tyle, bym pozwoliła na wielkie rzeczy, ale na tyle, że w ostatnich dniach rehabilitacji przeszliśmy nawet do ćwiczeń nóg. To czym zapulsował u mnie to fakt, że kiedy mówiłam „Okay, starczy, mocniej nie”, słuchał tego, nie próbował znanej mi metody „Wiem, że boli ale spróbuj wytrzymać jeszcze trochę”. Przy takim zdaniu mój mózg przekreśla daną osobę i już nie dostanie mojego zaufania, a kończy się moją niechęcią i brakiem współpracy z mojej strony. Pan R, przyznaję się, umiał mnie podejść, pomimo moich zahamowań i blokad jakie posiadam sprawił, że zmieniłam zdanie co do rehabilitacji.
Tak, mówię to dobrowolnie i nikt za mnie tego nie napisał. Te dziesięć dni uświadomiło mi, że powinnam bardziej się postarać, że może nie będę miała poprawy w swoim stanie, że nagle nie będę podnosić po kilka kilogramów, ale przynajmniej moje stawy i wszystkie sztywne gnaty dostaną chwilę ulgi. Moje plecy po całym dniu siedzenia w jednej pozycji, chętnie wyciągają się na łóżku, a podejrzewam, że bardziej byłyby zadowolone z masażu. To samo tyczy się moich nóg, może w głowie mam uraz i blokadę, do której szyfru nie znam, ale moje nóżki nie pogniewałyby się, gdybym dostarczyła im niewielkiego wysiłku. Rączki również byłyby zadowolone z odrobiny ćwiczeń (chociaż po napisaniu tej mega długiej notki, mają dość).
Czemu to wszystko piszę? Bo chcę pokazać, że pomimo tylu lat upartości i oporów da się przekonać do czegoś od czego się wzbranialiśmy. Aby to potwierdzić, to mówię, że zapisana jestem na kolejne dziesięć dni rehabilitacji, a także szukam kogoś na stałe, by przychodził chociaż dwa razy w tygodniu i pomógł mi potrenować. Po prawie dwunastu latach blokad i upartości zmieniłam zdanie i się nawróciłam. Czy na dobrą drogę? Nie wiem, gdzie mnie to zaprowadzi. Jednak wiem, że długa drogą przede mną i mam nadzieję, że moje ciało wybaczy mi, że zaniedbałam je na tak długi czas. Teraz chcę dostarczyć mu przyjemności jaka płynie z rozciągania się i zginania. Wiem, że będzie boleć i to pewnie nie raz będę pluć sobie w brodę, mówiąc „Zgłupiałam”, ale w tej chwili uważam, że warto.
Ale dobrze, kończę te moje wypociny i liczę, że ktoś dotarł do tego momentu. Napiszcie mi jak wy postrzegacie takie blokady psychiczne i jak je pokonujecie.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

1 komentarz:

Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger