20:57

Muzyka w sercu - Moja książka

Prolog
Życie robi z nami co chce i doświadcza okrutnymi sposobami.
W wieku czternastu lat mało która nastolatka martwiła się tym, co ją spotka, szaleje i przechodzi bunt. Nie myśli za dużo, po prostu działa. Nie przejmuję się opiniami innych, myśli, że to ma zawsze racje, a wszyscy inni się mylą. Tak robiły moje koleżanki i ja. Zabawna, zadowolona z egzystencji nastolatka, która nie patrzyła na innych, tylko kierowała się pragnieniami. Miałam świat, w który się zagłębiałam i nie wpuszczałam tam nikogo. Byłam po prostu szczęśliwa. Ale do czasu. Wszystko stało się to nagle i niespodziewanie, musiałam dorosnąć. W ciągu kilku miesięcy życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni.
Zaczęło się niepozornie.
Moim ulubionym zajęciem w wolnych czasie, było chodzenie na polanę niedaleko domu, gdzie przesiadywałam i odpoczywałam, myślałam, po prostu bezczynnie leżałam na zielonej trawie, bawiąc się kwiatami polnymi. Właśnie podczas tych spacerów zaczęło się to, czego się nie spodziewałam. Najpierw niespodziewanie uginały się pode mną nogi. Raz na jakiś czas, potem coraz częściej. Jeden raz w tygodniu, dwa razy, aż w końcu byłam na tyle słaba, że nie mogłam chodzić sama w ulubione miejsce. A z kimś nie chciałam, bo to była świątynia, azyl. Jednak następstwem słabnięcia, było krążenie po lekarzach i specjalistach . Aż w końcu trafiliśmy do jednego, który był na tropie. Zlecił szereg badań, z neurologami, ortopedami. Kłucia igłami różnymi wielkością nie było końca, dziwne maszyny i ludzie, którzy nic nie chcieli mi mówić. Aż w końcu nadeszło badanie genetycznego, po którym minęło kilka tygodni, a my otrzymaliśmy telefon że mamy się stawić u doktora Jackowskiego jak najszybciej.
I tak się stało, umówiliśmy się na najbliższy termin i razem z rodzicami wybrałam się na spotkanie.
No, córciu, już prawie jesteśmy na miejscu. Za niedługo wszystko się wyjaśni. – Z zamyślenia wyrwał mnie głos mamy, Teresy. Spokojna z natury kobieta, wybuchała tylko w wyjątkowych okazjach. Jednak tego decydującego dnia była kłębkiem nerwów. Nie wystroiła się jak zawsze w gustowną garsonkę, a włosów nie ułożyła starannie, nawet się nie umalowała jak zawsze, tylko przejechała tuszem po rzęsach co wyciągnęło głębie brązowej tęczówki. W dżinsach, niebieskim sweterku z włosami zebranymi niedbale w kucyk na karku wyglądała najwyżej na trzydzieści lat, a nie swoje czterdzieści. Z reszta ojciec nie był lepszy. Starszy niby o pięć lat, ale prezentował się jak kiedyś, szerokie barki, na których wciąż widniały muskuły, jedyne co zdradzało jego wiek to pojedyncze siwe włosy przy skroniach.
Dojeżdżając na miejsce tata wysadził mnie i mamę przed wejściem, bym nie musiała za dużo chodzić, a sam pojechał zaparkować, by po chwili do nas dołączyć. Siedziałam i czekałam jak na ścięcie, nie mogłam się doczekać aż będziemy mogli wejść do środka. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ani co takiego odkryli, że musieliśmy stawić się natychmiastowo.
Proszę wejść, lekarz czeka na państwa. – Na głos pielęgniarki zerwaliśmy się z twardych krzeseł i ruszyliśmy wąskim korytarzem, który kończył się białymi drzwiami z tabliczką „dr. Jerzy Jackowski. Neurolog”.
Dzień dobry państwu. – przywitał się, starszy mężczyzna siedzący za dębowym biurkiem, na dodatek nie wyglądał na pozytywnie nastawionego.
Witamy. – odpowiedzieliśmy równocześnie. – Proszę nam powiedzieć co dzieję się z naszą córką? – Mama jak zawsze gdy się niecierpliwiła, pytała bezpośrednio i nie czekając na pozwolenie.
Czy mogliby państwo zostawić mnie z córką? Chciałbym najpierw z nią porozmawiać, wiem, że to może nie jest etyczne, ale zależy mi na tym. – Poprosił patrząc na nich. Na mnie nie spojrzał od kiedy weszliśmy. Jakby bał się wzroku, albo tego co zobaczę w jego oczach. Rodzice z niechęcią kiwnęli głowami i powoli wyszli, zamykając drzwi.
Proszę powiedzieć, co się dzieje? Mam już dość tej niepewności, chce mieć to za sobą, jednak widząc pana minę czuję, że nie będzie mi lżej, jak się dowiem. – Odezwałam się po chwili krępującej ciszy, jaka zapadła między nami. Serce waliło w piersi jak oszalałe, dłonie zrobiły się zimne jak lód.
Drogie dziecko, jak wiesz zrobiliśmy masę badań, wyniki dostałem już jakiś czas temu. Ale dla pewności, by nie wydać błędnej diagnozy, porozmawiałem z kolegami i zgodnie uznaliśmy, że moje domysły są prawdziwe – przerwał na chwilę biorąc głęboki wdech. – Przykro mi to mówić, ale to rdzeniowy zanik mięśni. Dostaniesz ulotki i telefon do psychologa, ponieważ na pewno będzie ci ciężko przestawić się na nowe życie – powiedział nazwę, która kompletnie mi nic nie mówiła.
Ale nie rozumiem, na czym to polega? – spytałam zaniepokojona. Nowe życie do którego będę musiała się przyzwyczaić? To na pewno nic dobrego.
Jak zauważyłaś, słabniesz z każdym dniem. Na tym polega ta choroba, osłabia mięśnie na tyle, że w końcu nie będziesz mogła samodzielnie się poruszać, będzie ci potrzebny wózek inwalidzki. Będziesz potrzebowała pomocy innego człowiek, bo nie dasz rady wszystkiego sama zrobić. Nie wiem, co więcej powiedzieć, Diano, nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co czujesz. Przeważnie ta choroba uderza w małe dzieci, rzadko kiedy staje się to w tym wieku, w którym jesteś – przestałam przyswajać jakiekolwiek informacje. Patrzyłam tępo na mężczyznę, który praktycznie unikał mnie wzrokiem, patrzył na moje ramię, bark, gdzieś nad czołem, ale ani razu nie spojrzał się mi prosto w oczy.
Ale przecież to niemożliwe, mam dopiero czternaście lat. Nie mogę teraz… – głos mi się załamał. Wszystko docierało jak z oddali, jakby z innego wymiaru.
Jak przez mgłę widziałam rodziców wchodzących do pokoju. Mamę płaczącą tak jak nigdy, ojca, który próbował ją pocieszyć, jednak jego oczy też były zaszklone. Jak się przytulają i po dłuższej rozmowie wyprowadzają mnie otępiałą z gabinetu, a następnie z budynku. Działo się to poza mną. Moja dusza i ciało były dwoma osobnymi stanami, jedyne co je łączyło to wielki i niewyobrażalny ból.
Od tego sądnego dnia minęły cztery długie lata, które nie były łatwe. Od wizyty u lekarza zmieniło się bardzo wiele, niekoniecznie na plus. Rehabilitacja miała pomóc, ale nie pomogła, słabłam. Kilka tygodni po tej wizycie skończyło się samodzielne życie, byłam zależna od innych. No i od wózka, który musiał się stać moim przyjacielem. Nie była to łatwa droga, nie chciałam go, broniłam się jak mogłam. Przesiadywałam na wszystkim innym tylko nie na nim, ale kiedy byłam sama w domu i musiałam się przemieścić do innego pokoju, nie mogłam. W takich chwilach wiele razy upadałam i płakałam. Nie chciałam, by ktoś widział moje łzy, okazywały moją słabość. Nie chciałam, by rodzice i brat denerwowali się jeszcze bardziej, nie mogłam ich jeszcze bardziej zasmucać. Razem ze mną cierpieli z tego powodu. Złościli się, bo nic nie mogli zrobić. Razem ze mną przechodzili różne etapy akceptacji tego stanu.
Tyle łez wylałam w ciągu pierwszych miesięcy, tyle bólu i cierpienia. Cztery kółka, które stały się moimi nogami, stały się nie od łączną częścią mnie samej. W każdym miejscu, o każdej porze dnia, potrzebowałam wózka, potrzebowałam go by w miarę normalnie funkcjonować. Mogłam chociaż dzięki niemu przemieszczać się między pokojami.
Momenty, gdy kiedyś podnosiłam przedmioty różnej wagi, odeszły w niepamięć. Kilogram cukru był już dla mnie tak ciężki, że w gorsze dni nie mogłam go podnieść. Nie rozumiałam tego wszystkiego. Czemu mnie spotkało takie coś? Co to przeżycie miało mnie nauczyć, ani do czego to wszystko prowadziło.
Aż w końcu pogodziłam się z życiem, z tym co los przygotował. Stałam się twarda, zamknęłam uczucia za drzwiami i nie pozwalam im się zanadto wychylać. Moim prawdziwym „ja” obdarowuję nielicznych, tylko rodzina wie jaka naprawdę jestem. Ale nawet przed nimi się zamknęłam. Jednak postanowiłam zmienić życie. Klasa maturalna, niedługo pełnoletność, wracam do szkoły, koniec nauczania w domu. Nie będzie więcej strachu, nie będzie niepewności i gdybania. Biorę się za siebie i jestem pewna, że coś osiągnę. Nie będę kolejną niepełnosprawną osobą, która użala się nad swoim losem i chowa się po kontach. Łapie byka za rogi i prę do przodu.
Jestem Diana Wrzosowska i zapraszam na swoją historię życia.
___________________________
Witam!!! Dziś mam dla Was coś innego niż wywiad i recenzja. Dziś wstawiłam Wam prolog mojej książki nad którą aktualnie pracuje. Postanowiłam podzielić się z Wami moim skarbem i zasięgnąć Waszej opini. 
Jesteście ciekawi dalszych losów Diany?

4 komentarze:

  1. Mogę zadać niedyskretne pytanie? Też na to chorujesz? Wydaje się, że znasz temat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak choroba jest taka sama jak moja, ale cała reszta jest tylko moją wyobraźnią :)

      Pozdrawiam:)

      Usuń
  2. No, stara ! Bardzo mi się spodobał ten prolog! Chce przeczytać całą opowieść! :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger