16:54

Inteligentna Bomba Silly i jej autor u mnie na dywaniku – czyli wywiad z Marcinem Brzostowskim

Inteligentna Bomba Silly i jej autor u mnie na dywaniku – czyli wywiad z Marcinem Brzostowskim
Marcin Brzostowki. Fot z prywatnej galerii
Dominika Szałomska: Dzień dobry, oto pierwsze pytanie. Kiedy zaczęło się Twoje pisanie?
Marcin Brzostowski: Moje pisanie rozpoczęło się jakieś 12 lat temu, właśnie wtedy debiutowałem książką Pozytywnie nieobliczalni.
Czyli teraz, podczas promocji na Gęsiach, to wersja rozbudowana? Czy to ta pierwsza? Sprzed 12 lat.
To jest drugie wydanie, czyli wersja poprawiona. A było co poprawiać...
Aż tak źle? Czy po prostu parę rzeczy Ci się nie podobało?
Zaryzykuję twierdzenie, że po tych kilku latach od debiutu nieco inaczej patrzę na tekst i kwestie techniczne. Dlatego było co robić.
Mówi się, że pisarz dojrzewa z każdym swoim dziełem.
Zdecydowanie, zresztą to bardzo fajna sprawa, że widzi się swoje słowa i zdania w nowym świetle.
A masz tak, że czytasz coś swojego sprzed kilku lat i mówisz: „Wow, ja to napisałem”?
(śmiech) Czasami. Raczej załamuję ręce i biorę się ponownie do roboty.
A jak to robisz, że średnio co dwa lata pojawia się nowa książka? Zdarzyło się nawet kilka powieści w ciągu jednego roku.
Wszystko zależy od organizacji pracy. I oczywiście od pomysłów. Jeśli jest czas (Cud!) i pomysł, to z resztą jakoś już idzie.
Co tak zajmuje Twój czas?
Myślę, że to samo co u wszystkich z nas, czyli praca i przeróżne obowiązki. Pisanie odbywa się zawsze kosztem czegoś.
Czemu z tylu możliwości wybrałeś właśnie pisanie?
Kiedyś to była muzyka, zespół. Jednak w którymś momencie wybrałem pracę solową. Można się wtedy bardziej zorganizować i odpowiadasz za błędy tylko przed sobą.
Jesteś miłym i niesamowicie pozytywnym człowiekiem, skąd więc w Tobie pomysły na takie właśnie książki, jak Bomba Silly, Pozytywnie Nieobliczalni i wiele innych?
Nie lubię pisać o dupie Maryni. Chcę poruszać i komentować ważne sprawy, przynajmniej dla mnie. Na przykład wyścig szczurów czy też wszechogarniającą władzę państw, korporacji. Po prostu staram się patrzeć szeroko otwartymi oczami na rzeczywistość.
Może pytanie i oklepane, ale muszę je zadać: jak wpadłeś na pomysł, by napisać książkę o inteligentnej bombie? Czegoś takiego jeszcze nie spotkałam na rynku.
Długo myślałem o czymś właśnie nowym, oryginalnym choćby w części. I pewnego dnia zobaczyłem tę „Silly”, jak przemierza mój pokój i pyta o drogę... Poza tym wszystko ze mną ok.
Imię lub nazwa „Silly” po przetłumaczeniu na polski oznacza „głupi”. Czy to jakiś Twój prywatny żart czy przypadek?
Może bardziej głupiutka, niedojrzała, naiwna. Trochę jak dziecko, które poznaje świat.
Czyli jednak jest jakieś nawiązanie do tych dwóch słów?
Do tego jednego, to tak.
Widziałam, że książka Słodka bomba Silly jest także przetłumaczona na angielski. Skąd taki pomysł? Czemu akurat ta książka?
Mam nadzieję, że przesłanie tej książki jest uniwersalne, dlatego jest i tłumaczenie. Sweet bomb Silly jest dostępna na całym świecie, np. Amazon. I właśnie o to mi chodziło.
Osobiście uważam, że ta książka ma duże szanse na stanie się bestsellerem. Zamierzasz zostać przy thrillerach czy może planujesz coś nowego?
Miło mi, że tak myślisz. To bardzo miłe. Po mistrzostwach świata w piłce nożnej zabieram się do kontynuacji Zemsty kobiet i przygód inspektora Franco Foga. A zatem tym razem to będzie kryminał.
Czyli na romans nie mam co liczyć? (śmiech)
Ależ tak! Mam już w głowie część fabuły do romansu.
A zatem jesteś wielogatunkowy. Taki pisarz ma ogromne szanse na wybicie się. Chciałbyś być rozpoznawalny na świecie?
Chyba każdy by chciał, ale nie liczę na to zbytnio. Ale chcieć zawsze można…
Czyli plany na książki są. A jak myślisz, prościej wydać książkę papierową czy e-booka?
Zdecydowanie e-booka. Zresztą e-booki to przyszłość.
Czemu? Nie wierzysz w papierowe wydania?
W papierowe wydania wierzę, tylko w polski rynek książki nie wierzę.
(śmiech) No tak, spora różnica. A polscy pisarze? Jak ich oceniasz?
Jako osoba pisząca, nie będę oceniał poczynań kolegów i koleżanek. A jako czytelnik mogę polecić Sławka Łuczaka, Krzysztofa Vargę, Andrzeja Stasiuka... To z tych żyjących.
I mnie. (śmiech)
To na pierwszym miejscu!
Dziękuję. Myślę, że wszytko już mam. Dziękuję bardzo za udzielenie wywiadu.
Dominika, to ja bardzo dziękuję. A przede wszystkim życzę powodzenia z Twoją książką.
Nie dziękuję, lepiej nie zapeszać. I ja również życzę powodzenia i czekam na romans w Twoim wykonaniu.
(śmiech) Kiedyś będzie. Obiecuję.

Za możliwość wywiadu dziękuję Polacy nie gęsi i swoich autorów mają

18:14

Marta Bilewicz goniąc swoje marzenia, wydała kilka książek, a kolejne na to czekają - Wywiad

Marta Bilewicz goniąc swoje marzenia, wydała kilka książek, a kolejne na to czekają - Wywiad
Każdemu zadaję to pytanie więc i zadam Tobie. Kiedy zaczęła się Twoja historia z pisaniem? Co spowodowało, że wybrałaś właśnie je?
Oj, dawno to już było ;) Pamiętam dokładnie tamten wieczór, kiedy siedziałam z kartką papieru i nagle przyszedł mi do głowy pomysł na to coś, do końca właściwie nie wiedziałam, jaka to będzie forma. Tak naprawdę to był pomysł na książkę "Zdążyć przed świtem" i chociaż później zostawiłam ją w szufladzie na długie lata, to ziarenko zostało zasiane właśnie wtedy. Od tamtej pory minęły - żeby nie skłamać - dwadzieścia cztery lata. Jednak wcześniej, jako dziecko, pisywałam krótkie opowiadania, jedno z nich nawet wygrało międzyszkolny konkurs. Uznałam, że jest to coś, co daje mi satysfakcję, lubiłam znikać w swoich wyimaginowanych światach. W szkole pisywałam kroniki, stale od dziecka opowiadania i wiersze, w końcu napisałam swoją pierwszą książkę. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie pisać.
Czemu kryminały? Raczej rzadko spotyka się kobietę piszącą taki gatunek.
Czemu rzadko? A Agatha Christie? ;) Nie żebym usiłowała jej dorównać w pisaniu czegokolwiek.
A poważnie: osobiście wcale nie uważam, że to, co piszę, to kryminały. Dla mnie mistrzem gatunku kryminału jest właśnie Agata Christie, Joe Alex, Arthur Conan Doyle. Ja piszę po prostu powieści, często z wątkiem sensacyjnym lub lekko kryminalnym połączonym z historią romantyczną lub obyczajową. Myślę, że do kryminału to im jeszcze daleko. Ktoś mnie kiedyś zapytał, czemu wobec tego nie napiszę po prostu romansu... Bo to zupełnie co innego. Nie czytuję i nie lubię cukierkowych ckliwych romansów, więc też takich nie piszę. Lubię, kiedy w książce coś się dzieje, kiedy napotykamy jakieś ciekawe zwroty akcji, kiedy bohaterowie muszą zmagać się z czymś więcej niż tylko szczęśliwa lub nieszczęśliwa miłość. Bardzo lubię połączenie romansu (tylko nie takiego różowego w stylu Barbary Cartland lub Diany Palmer) z thrillerem lub sensacją. Lubię je czytać i lubię je tworzyć.
Kilka książek za Tobą, jak to robisz, że tak szybko wychodzą nowe? Masz ich już tyle napisanych?
Czy ja wiem, czy to szybko? Pierwszą książkę wydałam w roku 2001, drugą dopiero jedenaście lat później, w 2012, trzecią w 2014. To chyba nie jest tak szybko, ale rzeczywiście mam napisanych kilka książek, które czekają na swój czas na rynku wydawniczym. W chwili obecnej mam dwie powieści już po mojej autorskiej korekcie i są one gotowe do wysyłki do wydawnictw. Trzecia się właśnie pisze, poza tym jeszcze dwie czekają na korektę i poprawki, do dwóch następnych mam ukończone plany. Jest też kilka luźnych pomysłów, które czasem zapisuję i później wykorzystuję.
Co sprawia, że każda powieść jest inna?
Musi być inna, taki mam zamysł. Inaczej mogłaby nie zyskać zainteresowania czytelników, a przecież zdobycie czytelników to dla każdego autora sprawa priorytetowa. A co sprawia, że jest inna... Myślę, że na początek nietuzinkowy pomysł, coś, czego jeszcze nie było, coś, czego nie było w moich poprzednich książkach, ciekawi bohaterowie, zaskakujący czymś nowym. W końcu nowe miejsca, w których obsadzę akcję i postaci. Staram się unikać podobieństw w swoich książkach, bo chyba nie byłoby to ciekawe nawet dla mnie, ciągle więc szukam czegoś innego i czegoś nowego.
Goniąc cienie” to jedna z wcześniej napisanych kryminałów, czy raczej nowa?
"Goniąc cienie" powstała z opowiadania. A raczej z czegoś, co miało nim kiedyś być. Zafascynowana twórczością Tycjana i jego obrazami (zwłaszcza Wenus z Urbino i Pokutującą Marią Magdaleną) postanowiłam napisać coś z tajemnicą obrazu w tle. Napisałam, ale później odłożyłam to na jakiś czas - miało to wówczas tytuł "Zaginiony Tycjan". Leżało, leżało, w końcu dwa lata temu dojrzało i po ukończeniu innej książki (która jeszcze czeka na swoje pięć minut), wróciłam do Tycjana. Uznałam, że warto to rozwinąć i tak powstała książka "Goniąc cienie".
Ile czasu zajęło Ci napisanie jej i przygotowanie do wydruku? Denerwowałaś się?
Samo napisanie "Goniąc cienie" zajęło mi nie więcej niż cztery miesiące. Tamtego roku napisałam w sumie trzy książki i wszystkie trzy słałam do różnych wydawnictw. WFW odezwała się po niespełna dwóch tygodniach pisząc, że "Goniąc cienie" najbardziej im się z nadesłanych podoba i chcą podpisać umowę. Książka miała ukazać się w przeciągu trzech miesięcy, ale było małe opóźnienie, ponieważ jednak w ramach rekompensaty dostałam dodatkowe egzemplarze autorskie, to i tak byłam zadowolona. Czy się denerwowałam? No pewnie! Wypuszczenie książki na rynek wydawniczy jest dla każdego autora stresem i próbą - to, że wydawnictwo chciało książkę, to tylko początek, przecież to dopiero czytelnicy zadecydują, czy książka jest warta zakupu, czy nie. I trzeba się liczyć z tym, że nie trafimy w gust każdego czytelnika w Polsce, bo ile ludzi, tyle opinii. Trzeba nabrać dystansu do tego, co się pisze, trzeba umieć przyjąć krytykę ze spokojną głową, inaczej można wpaść w dołek psychiczny. Bo to jest tak, że nawet jak sto recenzji będzie pozytywnych i dobrych, jedna krytyczna może autora bardzo mocno przygnębić i podciąć mu skrzydła.
Kiedy znajdujesz czas na pisanie? Wiemy, że jesteś matką, żoną, pracowitą kobietą.
Większość miłośników książek na pytanie, kiedy znajdują czas na czytanie, odpowiada, że czas na czytanie zawsze się znajdzie. U mnie właśnie tak jest z pisaniem. Piszę w wolnych chwilach, na ogół wieczorami, ale też za dnia, gdy moja córka jest w szkole, zresztą wypracowałyśmy sobie taki sposób na czas dla mamy i córki, kiedy to ona idzie do siebie i bawi się, gra lub słucha bajki audio, a ja piszę - jest to godzina lub dwie dziennie, nie zawsze, ale bardzo często. Najbardziej lubię pisać wieczorami, latem, kiedy zza uchylonych drzwi do ogrodu, dobiega cykanie świerszczy. Lubię też w tle pracy dźwięki muzyki relaksacyjnej, ale jestem w stanie pisać również przy dźwiękach telewizora, na ogół mi to zupełnie nie przeszkadza.
Czemu tak późno zaczęłaś wydawać książki?
Debiutowałam "Tajemnicą skarabeusza", kiedy miałam dwadzieścia sześć lat. Zważywszy, że wcześniej przez kilka lat chodziłam od wydawnictwa do wydawnictwa i na ogół odprawiano mnie z kwitkiem, to chyba i tak nie jest tak źle ;)
Co jest największym paliwem, które napędza Cię do pisania?
Moja rodzina i ich wsparcie. I mój dom. Jest nieduży, ale stoi pośród drzew i krzewów, kiedy otwieramy okna, słychać śpiew ptaków i szum liści, w sadzie, w budkach lęgowych piszczą sikorki - to są moje klimaty, to, co lubię i to, co dodaje mi energii do pisania. Latem lubię siadać w ogrodzie, na huśtawce ogrodowej, z laptopem na kolanach i pisać pod krzewem kaliny. Lubię zapach ogrodu, sadu, kwiatów bzu późną wiosną.
Poza tym znajduję też mnóstwo inspiracji w książkach, które czytam. Czasem w filmach, a czasem na zdjęciach - robię mnóstwo zdjęć, głównie widoków i pejzaży. Zdarza się, że wystarczy jakiś widok i już wpada mi do głowy nowy pomysł.
No i chyba nie będę oryginalna, jeśli powiem, że każda pozytywna recenzja mojej książki (którejkolwiek książki), dodaje mi skrzydeł mocniej niż RedBull :)
Co trzeba umieć, by powstał dobry kryminał?
Wracamy do mojej opinii, że to, co piszę, nie do końca są jednak kryminały. Chyba że ja to źle postrzegam. Dla mnie kryminał to zbrodnia, śledztwo, rozwiązanie. U mnie tego nie ma. Ale myślę, że aby dobrze napisać jakąkolwiek książkę, w której mamy do czynienia z tajemnicą i zagadką, trzeba umieć zaskoczyć czytelnika. I to nie w jednym momencie książki, ale również w tych, w których się on tego w ogóle nie spodziewa. Nietuzinkowi bohaterowie i ich tajemnicza przeszłość też sporo wniosą do książki. Nie można tylko z tym przesadzić, bo zbyt perfekcyjny bohater przestanie być autentyczny i czytelnicy w niego po prostu nie uwierzą.
Żeby napisać w ogóle cokolwiek, trzeba czytać. Dużo. Bardzo dużo. Mnóstwo. Tylko wtedy mamy możliwość wyrobienia sobie własnego warsztatu. Ja na przykład nie potrafię pracować w chaosie. Muszę mieć do książki plan, może być ogólny, choćby dziesięć punktów, które później będę rozwijać metodą płatka śniegu. Lubię mieć osobny plik z notatkami, w którym opisuję sobie bohaterów, jak wyglądają, ile mają lat, z kim są spowinowaceni, co przeżyli w życiu, gdzie się wychowali - być może nie poruszę tego wszystkiego w powieści, ale ja to muszę wiedzieć. Dla siebie, dla takiej mojej wewnętrznej potrzeby. No i w zasadzie nie zacznę pisać, jeśli nie ukończę planu. I nie potrafię zacząć bez imienia głównego bohatera :)
Czy kiedy ukazała się Twoja pierwsza książka, myślałaś że zdobędziesz zwolenników i fanów swojej twórczości?
"Tajemnica skarabeusza" miała jedną zaletę. Mimo, iż nie była zbytnio udanym debiutem, można było ją kupić w niemal każdej stacjonarnej księgarni. Natrafiłam na nią nawet w maleńkiej księgarence, gdzieś w zapomnianej uliczce, w Kołobrzegu. Jeśli komuś przypadła do gustu, to się bardzo cieszę, szkoda, że między tamtą książką a moją następną, minęło aż jedenaście lat. Inna sprawa, że tamta książka została bardzo zmieniona przez ówczesną redakcję i trochę przez to, moim zdaniem, ucierpiała. Nie uważam, że przedtem, przed poprawkami, była doskonała, absolutnie nie. Trzeba było widzieć te wszystkie czerwone skreślenia i znaczki na marginesach... Szok! Ale już porównując, w "Zdążyć przed świtem" nie było tego rodzaju poprawek, czasem zmiana szyku zdania. W "Goniąc cienie" nie znalazłam w ogóle poprawek dotyczących stylu lub gramatyki, a od korektorki otrzymałam przemiłą dla mnie wiadomość, że "książka jest bardzo dobrze napisana i wymagała relatywnie niewielu poprawek". I nie wiem, czy zmieniły się czasy i inaczej teraz podchodzi się do korekty, czy może wtedy byłam taka strasznie zielona, a teraz się trochę wyrobiłam? A może to ciągłe szlifowanie stylu też coś daje? Kto wie...
Wracając do pytania: wtedy, kiedy ukazała się "Tajemnica skarabeusza", ta moja pierwsza, wymarzona i wyczekana książka, byłam tak szczęśliwa, że nie myślałam, czy się sprzeda, czy zyska czytelników, czy ktoś w ogóle ją kupi. Liczyło się tylko to, że jest, namacalna i taka prawdziwa. Choć nie do końca taka, jaką bym ją chciała widzieć. Dopiero kiedy minęła euforia, zaczął się stres, co będzie, jeśli książki nikt nie kupi, na szczęście nie było aż tak źle.
Czemu publikujesz pod innym nazwiskiem niż to prawdziwe?
Bilewicz to moje nazwisko panieńskie. Pod tym nazwiskiem ukazała się moja pierwsza książka i wszelkie publikacje podpisywałam i podpisuję nazwiskiem panieńskim. I tak już raczej zostanie.
Kolejne powieści też będą kryminałami, czy zaskoczysz czytelników?
Jak już wcześniej wspominałam, sama o swoich książkach nigdy nie mówię, że są one kryminałami. Właściwie to ich za takie nie uważam. Są to na ogół powieści sensacyjne z wątkiem przygodowym lub romantycznym. Kolejne dwie książki, które już czekają, by polubiło je jakieś wydawnictwo (marzy mi się znalezienie "swojego" wydawnictwa, nie w stylu vanity press), będą znowu inne.
Jedna z nich, również sensacyjna z wątkiem romantycznym, zaczyna się w Arizonie, na pewnym ranczo, skąd los (i pewien okaz szlachetnego kamienia) rzuci bohaterów przez Miami, aż do Panamy. Druga, objętościowo dość duża, to powieść obyczajowa, która z biegiem akcji przeradza się w thriller. I chyba pierwszy raz, odkąd w ogóle zaczęłam pisać książki, w tej nigdzie nie będziemy podróżować. Akcja rozgrywa się w małym miasteczku w Karolinie Południowej, a bohaterem książki jest pisarz - bardzo znany i popularny - jeden z moich ulubionych bohaterów, tych moich własnych.
W planach mam również powieść, której rzecz będzie się działa w Paryżu, ale do tego to chyba jeszcze daleko. Piszę również książeczkę dla dzieci - na specjalne życzenie mojej córki - magiczną, o magicznym kotku, której akcja już rozgrywa się w Polsce, ale sięgam w niej do mitów skandynawskich. Ostatnio też, na czacie zorganizowanym przez akcję PNGiSAM, w ramach promocji mojej książki "Goniąc cienie", czytelniczki podsunęły mi pomysł umiejscowienia akcji książki gdzieś w Polsce i jakoś tak padło na jedno z moich ukochanych polskich miast, jakim jest Kołobrzeg. Już zaczęłam szukać jakichś tajemnic z nim związanych, więc kto wie, co się jeszcze urodzi :)
Jak myślisz, co trzeba umieć, by w każdej książce główny bohater był inny?
Odpowiem trochę przewrotnie: musi być inny Ale nie jest to wcale kwestia jakichś specjalnych umiejętności. Nie wiem oczywiście, jak to robią znani pisarze, u mnie jest to kwestia opisania głównego bohatera, zanim jeszcze zacznę pisać książkę. Wspominałam już, że tworzę sobie plan, w którym między innymi opisuję bohaterów. Ponieważ każdy człowiek jest inny, również moi bohaterowie nie mogą być do siebie za bardzo podobni. Staram się za każdym razem stworzyć inne tło do postaci. Na początek ustalam jakieś tam imię, chwilowo robocze, a jak go nie znajdę, piszę dużymi literami ON lub ONA. I do tego imienia dorabiam teraz całą resztę: wygląd, wiek, rodzinę, sposób ubierania, styl wypowiedzi, przeszłość, dom lub mieszkanie, miasto, pracę, znajomych oraz wady i zalety. Częściowo również pracuję nad charakterem, ale tego nie opisuję dokładnie, ponieważ wiele spraw charakteru wychodzi w trakcie pisania. Bo nawet ja do końca nie jestem pewna, jak na niektóre sytuacje zareaguje mój bohater. Czasami się zdarza, że reaguje inaczej niż sobie zamierzyłam, a ja uznaję, że przecież w tym miejscu miało być zupełnie inaczej, a mimo to stało się jak się stało. Pamiętam taką sytuację, kiedy w książce "Goniąc cienie" Lucky posprzeczał się z Chelsea. Miał na nią nakrzyczeć, mieli się porządnie pokłócić, a on zamiast wytknąć jej wady (co miałam zamierzone w planie), złapał ją i pocałował - tak nie miało być. Miał jej nagadać do słuchu i odejść, zrobił co innego. To tylko taki drobny przykład, ale dlatego właśnie nie lubię stawiać moim postaciom sztywnych barier - dzięki temu zaskakują również mnie. Inny przykład: w jednej z książek (jeszcze nieopublikowanych), wylatuje w powietrze samochód. Bohater patrzy na płonący wrak. Początkowo chciałam, żeby nie mógł się ruszyć z miejsca, miał być mocno zaskoczony i przerażony. Towarzysząca mu kobieta powiedziała, że jej przykro z powodu jego auta, pięknego, nowego. Wedle planu miał powiedzieć coś w rodzaju "nic się nie stało". A on walnął "pieprzyć samochód, ważne, że ty jesteś cała". Najchętniej napisałabym, że to nie moje emocje, nie moje słowa, bo tak naprawdę nie było ich w moim zamyśle. Bardzo lubię takie chwile, zupełnie jakby moi bohaterowie zaczynali żyć własnym życiem, a nie tylko w ramach tego, co sobie umyśliłam i zaplanowałam. Wracając do pytania. Każda z moich postaci ma inne tło "historyczne", inną przeszłość, co innego robi w życiu, dolepiam jej zupełnie inne fakty z życia, zajęcie, charakter, w końcu wygląd. Choć wygląd na ogół mam od razu. Po prostu widzę bohaterów i wiem, jak wyglądają. Dzięki temu właśnie każda z moich postaci jest inna, kształtowana przez swoją przeszłość, znajomych, przyjaciół, przeżycia, w końcu przez miejsce, w którym żyje, pracuje, czy mieszka.
Dziękuje bardzo za udzieleniu wywiadu.
Ja również bardzo dziękuje :)

17:11

"Nie chodzi mi tu o to, żeby zamiast przecinków, kropek, wykrzykników, czy innych rzeczach używano słowa kurwa, ale jednak wulgaryzmy cały czas nam towarzyszą i dlatego postanowiłem je dodać." - Wywiad z Dawidem Waszakiem

"Nie chodzi mi tu o to, żeby zamiast przecinków, kropek, wykrzykników, czy innych rzeczach używano słowa kurwa, ale jednak wulgaryzmy cały czas nam towarzyszą i dlatego postanowiłem je dodać." - Wywiad z Dawidem Waszakiem
Standardowe pytanie u mnie. Skąd pomysł, zamiłowanie do pisania? Kiedy się to zaczęło?
Hmmm… skąd… Szczerze mówiąc nie wiem, urodziło się to we mnie tak jakoś samo z siebie, nie wiem nawet, kiedy zaczęło. Za książkę zabierałem się kilka razy, usuwając wszystko, co napisałem, pisałem coraz więcej, a usuwałem coraz mniej. Opowiadanie z czasem zaczęło zmieniać się w książkę i tak sama z siebie powstała książka, a ja dzięki temu stanąłem w miejscu w którym właśnie jestem. Skąd pomysł na pisanie? Jak to się zaczęło? To tak jakbyś zadała mi pytanie, skąd pomysł na picie, dlaczego to robię.
Nie bałeś się wplatać wulgaryzmów do książek? Nie zawsze są mile przyjmowane.
Fakt, nie zawsze jest to przyjmowane dobrze, ale zależało mi na emocjach jakie towarzyszą głównym bohaterom. Komu, przy natłoku emocji, nie zdarza się używać wulgaryzmów? Spójrzmy prawdzie w oczy, prawie każdemu. Jeśli komuś coś takiego przeszkadza, przeszkadza mu również wyrażanie emocji. Nie chodzi mi tu o to, żeby zamiast przecinków, kropek, wykrzykników,
czy innych rzeczach używano słowa kurwa, ale jednak wulgaryzmy cały czas nam towarzyszą i dlatego postanowiłem je dodać. To nie miała być książka, w której pokazuje, jaki to świat jest idealny, bo najzwyczajniej nie jest.
Czy ktoś powiedział ci, że książka „ O tym, który raz już umarł” jest słaba i to najgorsze co napisałeś? Jeśli tak, to jak to przyjąłeś?
Nie da się każdemu dogodzić… Zdarzały się osoby, którym książka się podobała (chwaliły ją, że jest prawdziwa), ale nie ukrywam, że były też osoby, którym się nie podobało. To zresztą zależy od gustu, nie mogę każdemu dogodzić. Za każdym razem (w pierwszej jak i drugiej książce) wmawiałem sobie, że nie będę się przejmował zdaniem czytelników. W teorii to wszystko wychodzi super, ale w praktyce już nie. Nie potrafię się tym nie przejmować. Straciłem na to bardzo dużo czasu i część mojego życia i każda negatywna opinia trochę boli.
Skąd pomysł na takie mocne i przerażające sceny morderstw?
Mocne? Przerażające? Nie starałem się aby takie były. Miały być normalne, zwykłe. Fakt, chciałem, aby pozostały w czytelniku na dłużej, żeby o tym jeszcze przez chwilę pomyślał. Chciałem trochę podnieść poprzeczkę, odskoczyć od tych sztywnych opisów. Chciałem, aby moja książka była inna. W filmach poprzeczka ciągle jest podnoszona i nikt nigdy nie robi z tego powodu wielkiego halo, zamiast tego zachwycają się pomysłami, nagradzają. Tak też trzeba robić z książkami, iść do przodu, jeśli chcemy, aby miały one miejsce w przyszłości.
Jest wiele opinii, że powieść „ O tym, który raz już umarł” ma wiele wątków, które można by było rozwinąć całość miała by z 400 stron. Czemu tego nie zrobiłeś, tylko skupiłeś się na jednym bohaterze?
Zgodzę się z Tobą, mogłaby mieć z 400 stron, gdybym ją bardziej rozpisał… ale nie chciałem jej bardziej rozpisać. Postanowiłem się skupić na tej osobie, która jest tu najważniejsza. Ksiądz Marcin? Nawet nie mogłem go rozpisać, mimo że odgrywa on tam bardzo dużą rolę. Gdybym rozbudował bardziej jego postać, zepsułbym dalszą część historii, stałby się mniej tajemniczy. Jeśli chodzi o życie Grzegorza, ksiądz nie spędzał z nim całych dni i nie wiedział dokładnie o wszystkim. Wydaje mi się, że gdybym rozpisał ją bardziej, byłoby to wtedy mniej realistyczne
Co twoi bliscy mówią, gdy czytają twoje książki?
Zdarzają się negatywne jak i pozytywne opinie, wśród tych, którzy ją czytali. Są ze mnie dumni, że stworzyłem coś takiego i z resztą coś tak odważnego. Rodzina trzyma kciuki za to, by mi się udało
Przygotowywałeś się jakoś specjalnie do tej książki? Czy po prostu usiadłeś i zacząłeś pisać?
Przyznam się, że po prostu usiadłem i zacząłem pisać, chociaż nie z problemami. Były takie fragmenty, przy których miałem więcej problemów. Przy pierwszych blokadach zacząłem się przygotowywać, ale nie do całej historii, wtedy sam stworzyłbym w sobie blokadę i ograniczyłbym się do takiej pracy, jaki materiał sobie przygotowałem.
Jak zareagowałeś gdy po pierwszej książce „Narodziny zła” zaczęły napływać wiadomości o tym jaki dobry jesteś i jak bardzo się podobała książka?
Przed jej ocenami, jak już mówiłem wcześniej… bałem się. Nie wiedziałem jak ludzie zareagują, ale no cóż… trzeba spróbować… i się udało. Książka cieszyła się ( i z resztą cieszy) dużym zainteresowaniem. Spływały do mnie przychylne recenzje, opinie od czytelników, którzy wysyłali mi je na fan-page w wiadomości. Zdarzyły się nawet osoby, które wybrały ją na maturę i pisały z kilkoma pytaniami. Nie spodziewałem się takiego poklasku.
Nie boisz się, że jakiś psychopata po przeczytaniu twojej książki skopuje sceny morderstw i na kimś je użyje?
I znowu takie pytanie, dość często się zdarza. Jeśli czytelnicy uważają, że jakiś psychopata jest w stanie je skopiować, to znaczy, że jest dobra i realistyczna Nie myślę teraz o tym, mi samemu nie przyszło to do głowy. Miałbym ogromne wyrzuty sumienia, gdyby coś takiego miało miejsce. Nie mówmy o tym.
Osobiście nie czytam powieści, które mają dużo wulgaryzmów. Jakbyś zachęcił taką osobę, by przeczytała twoje dzieło i dała jej szanse?
Nie jestem w tym dobry, ale spróbuje. W obu książkach nie chodzi o wulgaryzmy czy chamstwo. Starałem się pokazać historię, która może spotkać każdego z nas, bez względu na to skąd pochodzi, kim jest, jak żyje. To historia, która wydaje mi się, że poruszy każdego czytelnika, która zada sobie pytanie, a co, jeśli ktoś taki mieszka obok mnie? Warto sięgnąć po tą lekturę chociażby dlatego, że pokazuje życie od kuchni.
Słyszałam, że będzie i trzecia książka, nad którą już pracujesz. Zdradzisz czytelnikom choć odrobinę o czym będzie?
Tak, pracuję nad czymś nowym. Będzie to coś innego od moich pozostałych prac. Miałem z nią trochę problemów, niestety miałem całość na pendrive, który po prostu padł, ale nie zniechęciłem się, piszę od nowa i całkiem dobrze mi idzie. Jest to historia ułożonego mężczyzny, z żoną, synkiem, dobrze płatną pracą, którego życie niestety legło w gruzach. Reszta jak na razie niech pozostanie tajemnicą
Jaki masz styl pisania i jaki jesteś brutalny w książkach już wiemy. Ale jaki jesteś na co dzień jako zwykły Dawid?
Na co dzień nie jestem brutalny, mroczny, czy ponury, jeśli o to chodzi. Staram się nie pokazywać, że mam zły humor, czy doła. Uwielbiam oglądać komedie i w różny sposób poprawiać sobie humor. Nie lubię pisać o sobie, a może bardziej nie lubię. Najważniejsze chyba, że nie jestem taki jak postacie w moich książkach.
Jednym z patronów medialnych książki są „Polacy nie gęsi i swoich autorów mają”. Jak oceniasz tą akcje? I jak się czułeś podczas promocji „O tym, który raz już umarł”?
Zaskoczyło mnie zaangażowanie ze strony Gąsek. Nie spodziewałem się, że aż tak im będzie zależeć na promocji książki, jak i mojej osoby. Ich akcja jest bardzo dobrym pomysłem, szkoda jedynie, że została ona założona tak późno.
Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger