13:08

#6 Recenzja "Dziewczyna z Ajutthai. Niezbyt grzeczna historia"

#6 Recenzja "Dziewczyna z Ajutthai. Niezbyt grzeczna historia"

Tytuł :„Dziewczyna z Ajutthai. Niezbyt grzeczna historia”
Premiera: Grudzień 2013
Wydawca: Wydawnictwo 2 Piętro
Opis: „Co ma zrobić singielka, dla której praca stanowi sens życia, gdy nagle ją traci?
Czy istnieje życie po korporacji?
Kim tak naprawdę jest dziewczyna z Ajutthai i jaką skrywa tajemnicę?
Podobno niektóre opowieści zaczynają się dopiero tam, gdzie się kończą...
Debiutancka powieść Agnieszki Walczak-Chojeckiej „Dziewczyna z Ajutthaji. Niezbyt grzeczna historia” to barwna opowieść o poszukiwaniu przeznaczenia i miłości. To jednocześnie historia o często brutalnym świecie korporacji, a także o wolności odnajdywanej w podróżach i tworzeniu.
W życiu 34-letnie Joanny do niedawna wszystko wydawało się proste i poukładane: świetna praca, wysokie stanowisko w międzynarodowej firmie, niewinny flirt. Co ma jednak zrobić kobieta, dla której praca stanowi sens życia, gdy nagle ją traci? To na co zawsze miała ochotę: wyruszyć na wyprawę do dalekiej Tajlandii. Malownicze pejzaże i niezwykłe zabytki stają się tłem jej duchowej przemiany. Szczególną rolę odegra w niej pewna kamienna rzeźba odnaleziona przez Joannę w stolicy dawnego królestwa - Ajutthaji. I będzie to dopiero początek tej niezbyt grzecznej historii.”
Moja ocena: Jeśli chcielibyście zapoznać się z tą książką, to przygotujcie się na 216 stron... pięknej, zabawnej, ukazującej cudowną Tajlandię opowieści, która zapiera dech w piersiach. Książka zaczyna się dość niepozornie. Joanna pracuje w korporacji, rozwija się tam i liczy na awans. Jednak nieoczekiwanie zostaje zwolniona, przyjaciele się od niej odwracają i zostaje sama. Niby prosta historia i czym tu się podniecać? Otóż narracja jest prowadzona z punktu widzenia kilku bohaterów, co jest ciekawym zabiegiem. Do tego książka napisana jest prostym, a jednocześnie barwnym językiem, bez słów które ledwo umiemy wymówić, a co dopiero odkryć ich znaczenie. Jednak to, co najbardziej mi się podobało to opisy. Autorka przeniosła mnie do Tajlandii, czułam się tak, jakbym szła obok Joanny i razem z nią zwiedzała najciekawsze miejsca tego kraju. Pisarka sugestywnie ukazuje uczucia, jakie towarzyszyły głównej bohaterce podczas zwiedzania tych cudownych zakątków świata.
Lecz tak naprawdę najbardziej zaciekawiła mnie tajemnica tytułowej „Dziewczyny z Ajutthai”, jej historia zrobiła na mnie największe wrażenie. Gdy czytałam, oczami wyobraźni widziałam, naprawdę widziałam to, co Pani Agnieszka chciała pokazać. Dodam jeszcze, że zaczęłam czytać książkę w tak kiepskim nastroju, iż stwierdziłam, że gorzej być nie może. Postanowiłam, że najwyżej wyłączę e-booka i tyle. A tu co? Powieść wciągnęła mnie tak bardzo, że nie potrafiłam się od niej oderwać, bo nie mogłam rozstać się z jej bohaterami, poprawiła mi humor o 180%.
Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła choć jednego wątku, który mi się nie podobał. Romans Aśki z jednym z jej dawnych współpracowników nie przypadł mi do gustu, ponieważ bohater ten wydawał mi się fałszywy. To jak mężczyzna opowiadał o Joannie kolegom, wywoływało moją niechęć, a także to, że już miał zobowiązania wobec innej kobiety, działało na niekorzyść tej postaci. (Nie zdradzę imienia mężczyzny, bo nie chcę Wam zepsuć zabawy).
Podsumowując cała powieść dostaje ode mnie 9/10 punktów.
Jest zabawna, cudowna, relaksująca, poprawia humor, a do tego fabuła jest bezbłędna. Czego chcieć więcej? Nie dziwię się, że Pani Agnieszka zyskuje tą książką taki rozgłos. Sama polecam „Dziewczynę z Ajatthai” wszystkim, naprawdę wszystkim. Uważam, że przypadnie do gustu każdemu, kto lubi dobre książki.
Za możliwość przeczytania tej pięknej powieści dziękuję Pani Agnieszce, a także Wydawnictwu 2 Piętro.
Za korektę dziękuję Paulinie Wiśniewskiej.

22:24

#5 Kota lubi szanuje

#5 Kota lubi szanuje
Premiera: Luty 2014
Autorka: Michalina Kłosińska-Moeda
Wydawnictwo: Replika
Opis: „Dla Hanki, świeżo upieczonej absolwentki dwóch fakultetów, przeprowadzka do odziedziczonego po ciotce mieszkania w Warszawie jest jak złapanie Pana Boga za nogi.
Tymczasem szybko okazuje się, że wraz z mieszkaniem w spadku przyjęła Hanka głośne sąsiedztwo agencji towarzyskiej (dyskretnie nazywanej „salonem masażu”), a o pracę w Warszawie wcale nie jest tak łatwo. Pewnego dnia dziewczyna dostaje wreszcie zaproszenie na wymarzoną rozmowę i rozpoczyna pracę w agencji reklamowej jako... wysoce wykwalifikowana sprzątaczka. Wkrótce potem przystojny szef prosi ją o pomoc w pewnej kompletnie zwariowanej sprawie, w wyniku czego Hanka (zupełnie niespodziewanie) trafia na podwarszawskie salony.
Czy w tętniącej życiem stolicy, gdzie wszystko jest na wczoraj, znajdzie wreszcie stabilizację, szczęście i miłość?
I czy któryś ze spotkanych na ścieżce jej oryginalnej kariery mężczyzn okaże się tym jedynym?”
Książkę „Kota lubi szanuję” dostałam od wydawnictwa, by przedpremierowo ocenić. Zabrałam się do niej z wielkim zapałem, licząc że w końcu doczekałam się idealnego romansu. Nie to, że się zawiodłam, po prostu jak dla mnie trochę za mało tego wątku romantycznego tam było. Główna bohaterka Hania jest przemiłą osobą, do tego pracowitą i kochająca swoje dwa koty Kikę i Zyzia. Z opisu książki myślałam, że miłością jej życia będzie właściciel salonu „masażu”. Jednak to nie on, nie zdradzę Wam kto to, bo bym popsuła efekt.
Cała książką tworzy jedność, nie ma takich wątków, które by były zbędne i niezrozumiane. Oczywiście pojawia się „ta zła i jędzowata”, która zawsze musi być w powieści i namieszać między parą która ma się ku sobie. Są także i co dobrzy, najbardziej z nich polubiłam prostego faceta, który nie jest komplikowany, a nawet i dowiódł, że potrafi się zmienić z miłości. O kim mówię? O Rychu. Prostu facet, który ma niewielki/wielki udział w tej zabawnej historii.
Bohaterowie, opisy, dialogi, tworzą jedną wspólną całość, która pozwala wyobraźni oderwać się trochę od rzeczywistości. Powieść jest lekko napisana, bez trudnych zwrotów akcji, ani nie trzeba dużo się wysilać by z wizualizować sobie przestrzenie stworzone przed autorkę.
Polecam książkę wszystkim, po prostu wszystkim. Nie ma żadnego podziału wiekowego, ani podziału na płci. Mogą przy niej bawić się i mężczyźni i kobiety, choć jak wiadomo kobieta będzie się bawiła lepiej przy romansie. Jest zabawnie, uczuciowo i z głową.
Oceniam książkę na 7/10

13:14

Wywiad Sylwia Błach

Witam. Mam taką zasadę w swoich wywiadach, że zawsze pytam kiedy się zaczęła przygoda z pisaniem? Co sprawiło, że zdecydowałaś się na pisarstwo?
Dla mnie pisanie było zawsze czymś naturalnym. Już jako dziecko tworzyłam historyjki czy wierszyki. W gimnazjum powstało wiele nigdy nie skończonych powieści... Lubiłam to, pisanie było moim sposobem na nudę. A na poważnie zajęłam się tym w liceum – gdy odkryłam, że w sieci jest wiele konkursów literackich i zinów, w których można publikować, a polonistka motywowała mnie do pracy.
Pierwsze co wydałaś to zbiór opowiadań, drugie to powieść „ Bo śmierć to dopiero początek”. Czy łatwiej jest wydać drugą książkę? Jaka była różnica między nimi?
Wszystko zależy od tego u kogo się wydaje. U mnie z drugą książką było podobnie jak z pierwszą, nie zauważyłam różnicy, ale to dlatego, że „Strach”, mój debiut, przeszedł bez echa. Byłam niedoświadczona i nie wiedziałam jak ważna jest promocja. O tyle więc łatwiej było mi wydać i sprzedawać „Bo śmierć to dopiero początek”, bo już znałam prawa rynku, miałam świadomość, że fakt ukazania się książki jest dopiero początkiem pracy...
A co do różnicy, no cóż. „Strach” to zbiór opowiadań, a „Bo śmierć...” to powieść – to jest podstawowa różnica. Druga, że „Strach” udało mi się wydać trochę przez przypadek – któregoś dnia postanowiłam zebrać wszystkie swoje teksty z okresu liceum i bam! nagle znalazł się wydawca. To było niesamowite. Wydanie „Bo śmierć...” było już bardziej przemyślane, pisząc wiedziałam, że będę chciała ją wydać. I na pewno jest o wiele dojrzalsza, dopracowana.
Ta książka różni się od tych popularnych książek o wampirach. Czemu taki pomysł?
Właśnie po to, by się różniła. Kocham wampiry i tradycyjne dekadenckie podejście do tematu, ale nie chciałam kopiować pomysłów czy tworzyć typowej powieści gotyckiej. Chciałam stworzyć coś innego, oryginalnego. Zależało mi, by książka łączyła gatunki, które najbardziej lubię – grozę z thrillerem psychologicznym. Wpakowanie w to wampirów z kłami byłoby nieporozumieniem... A drugiego, nowego trendu, nawet nie brałam pod uwagę ;)
W tej publikacji są sceny erotyczne wiem, że niektórzy mają z nimi trudności. Czy Tobie także je sprawiły?
Żadnych! Uwielbiam seks w literaturze, graniczący nawet z pornografią. Swoją przygodę z horrorem zaczęłam od Mastertona – to chyba tłumaczy wszystko! W wielu moich późniejszych opowiadaniach jest jeszcze więcej scen erotycznych i pisanie ich zawsze mi sprawia frajde. Ale trzymam się jednej zasady – jak wszystko, tak i erotyka musi być w tekście z uzasadnionego powodu, wpleciona we właściwym fragmencie. Wykorzystywanie seksu „bo się sprzeda”, nie jest w moim stylu.
Opinie na jej temat są różne. Boisz się czekając na jakąś recenzje?
Fakt, są różne, ale przeważają te dobre (na moim fanpage'u znajduje się lista wszystkich recenzji, które się ukazały – ciągle cieszy mnie, że dobrych jest więcej). Czy się boję – raczej nie, każdy ma prawo lubić co innego. A jeśli recenzja jest z konstruktywną krytyką to tylko na niej korzystam. Ale przyznaję, że bolą mnie recenzje słabe i nieprzemyślane. Mam zasadę publikowania u siebie linków do wszystkich, ale nie wtrącania się, nie wchodzenia w dysputy z recenzentem. Gdy czasem jednak widzę recki pełne sprzeczności logicznych, albo mające błąd ortograficzny na błędzie i potem czytam komentarze pod nimi, że „dzięki tobie nie sięgnę po tę książkę”... to jest mi zwyczajnie przykro. Bo ja pracowałam wydając książkę, a ktoś napiszę notkę na bloga bez ładu i składu, ze zdaniami typu „Niestety, ale podobało mi się!” (a potem cała litania tego co złe) albo stwierdzi na podsumowanie, że słabe, bo horror to musi mieć co najmniej czterysta stron, to nie jest to konstruktywna krytyka. Ale cóż, aktualnie pisać każdy może, a wierzę, że ludzie są na tyle inteligentni, by samemu ocenić co jest wartościowe, a co nie.
A jak przyjmujesz krytykę od innych ludzi?
Tak jak wspomniałam – nie mam problemów z krytyką o ile jest konstruktywna. Jestem trochę bardziej podatna na krytykę bliskich mi ludzi, ale staram się też na zimno do niej podchodzić, bo wiem, że nie robią tego w złej wierze.
Potrzebujesz jakiegoś bodźca, by pisać?
Tak! Siekiery nad karkiem i wielkiego czerwonego napisu w głowie: zbliża się deadline, zbliża się deadline! (śmiech)
Czy pojawią się kolejne książki?
Na razie siedzę w opowiadaniach do antologii. Ale mam nadzieję, że wkrótce przyjdzie czas na kolejną powieść... I mam nadzieję, że ludzie nadal będą chcieli mnie czytać!
Zamierzasz pozostać przy pisarstwie, nawet sama dla siebie czy może wolisz zagłębić się w inną swoją pasję?
Zawsze powtarzam, że nigdy nie wiemy co przyniesie przyszłość, kim będziemy. Ale kocham pisanie, więc póki będę miała siły i chęci – zamierzam z niego nie rezygnować.
Kim jest Sylwia Błach oprócz tego, że pisarką? Odkryj rąbka tajemnicy przed czytelnikami.
Młodą dziewczyną pełną ambicji i marzeń. Studiuję informatykę na Politechnice Poznańskiej, przede mną ostatni semestr i pisanie pracy inżynierskiej... koszmar! Jestem także blogerką, ale staram się być blogerką profesjonalną, bo teraz widzę, że blogowanie staje się coraz popularniejsze wśród coraz młodszych ludzi... i nie zawsze to dobrze wychodzi, psując opinię całej blogosferze. Na Rozkoszach Umysłu piszę o swojej twórczości, pasjach, życiu codziennym, a także przeciwnościach, z jakimi spotykają się niepełnosprawni, bo jeżdżę na wózku i uważam, że warto o tym mówić. Natomiast mój drugi blog jest poświęcony modzie i urodzie – VamppiV. Prezentuję stylizacje, makijaże, recenzje ciuchów czy kosmetyków. Jestem też pasjonatką życia, której ciągle wszystkiego za mało. Trochę socjopatką, nie lubiącą ludzi, ale z drugiej strony kimś, kto nimi musi się otaczać, by czuć się szczęśliwym. Wiem, to skomplikowane, ale zawsze miałam charakter składający się ze sprzeczności, które wbrew pozorom dobrze ze sobą harmonizują.

Jaka jest Twoja największa słabość? W pisaniu, jak i życiu prywatnym.
W pisaniu – jestem w gorącej wodzie kąpana. Czasem za szybko wysyłam tekst do wydawcy, a potem dopiero odkrywam błędy. Za szybko kończę teksty i potem męczę się rozbudowując je.
A w życiu – chyba melancholijna natura, którą zwykle uważam za swoją zaletę, chyba że akurat wpędza mnie w doła. I bywam histeryczką. Ale to przecież takie kobiece! (śmiech)

Dziękuje za odpowiedzi:)
To ja dziękuję! :)

12:29

Sekretne życie Waltera Mitty

Sekretne życie Waltera Mitty
Rok produkcji: 2013
Gatunek: Dramat, Komedia, Fantasy.
Reżyseria: Ben Stiller
Scenariusz: Steve Conrad
Opis: „Walter Mitty to marzyciel uciekający w świat wyobraźni. Kiedy jego kariera zostanie zagrożona, wyruszy w podróż, która da początek wydarzeniom bardziej niezwykłym niż jego fantazje.„
Film zaciekawił mnie od pierwszej reklamy/zwiastuna, czym? Oczywiście był to genialny moim zdaniem aktor Ben Stiller, chyba każdy go zna i ceni jego talent wcielania się w przeróżne role. W tej ekranizacji nie zawiódł mnie ani odrobinę.
Zasiadłam do filmu jeszcze z dwoma innymi osobami, zaczął się dość niepozornie, bo Walter siedzi w domu i myśli czy wysłać na stronie randkowej „oczko” koleżance z pracy, w której jest zadurzony (Cheryl Melhoff – grana przez Kristen Wiig). Gdy w końcu się zdecydował to strona nie chciała działać, więc co robi przeciętny facet, gdy nie udaje mu się „podryw”? Dzwoni do obsługi klienta. Początek jest dość zwykły, jednak po pierwszych kilku minutach i po pierwszym „odlocie” głównego bohatera, nie wiedzieliśmy o co chodzi. Posłużę się pewnym sloganem „What the f**k” tylko tak potrafiliśmy określić tamto wydarzenie. Jestem pewna, że Ci którzy oglądali Waltera Mitty wiedzą o co chodzi i jeśli nie zrezygnowali po pierwszym incydencie, to z każdym kolejnym zaśmiewali się aż do łez.
Ale o czym to jest?
Miły i spokojny, uwielbiający swoją prace Walter dowiaduje się, że gazeta w której pracuje, wydaje ostatni numer. On sam odpowiada za zdjęcie z okładki, jak na złość się okazuje, że ono zaginęło! Szef chce odbitkę na wczoraj, a Walter jej nie ma, bo myśli że fotograf zapomniał dodać do paczki zresztą zdjęć. Robi co może by móc jakoś odnaleźć adres Seana O'Connella (Fotograf) jednak jak na profesjonalistę, ten jest ciągle w drodze i uwiecznia wydarzenia z całego świata. Dlatego też ambitny główny bohater nie może pozwolić, by w ostatnim numerze magazynu „Life” zabrakło tak ważnego zdjęcia. Co zrobić, by odzyskać zgubę? Wyruszyć w ślad za Seanem. Nie jest to łatwe i niesie ze sobą wiele przygód. Nie będę ich wszystkich odpisywać, bo nie chcę Wam zabrać przyjemności oglądania tego filmu. Jednak pod wątpliwości nie podlega fakt, że to piękna ekranizacja. Powoduje, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad życiem, czy aby na pewno jest szczęśliwy w otaczającej go rzeczywistości, czy może chce zmienić i zacząć robić to co naprawdę kocha.
Mnie po oglądnięciu film wprowadził w nastrój takiej nostalgii, zamyślenia. Jeśli oglądali to ludzie z delikatnym i łatwo wzruszających się sercem, to podejrzewam, że też wpadną w taką zadumę jak ja. Oglądać go można całymi rodzinami, jak i samemu, lub z ukochaną osobą. Nie ma ograniczeń wiekowych, bo nie dzieje się tam nic co by mogło przestraszyć najmłodszych widzów.
Polecam go gorąco i podzielcie się ze mną Waszą opinia o Sekretnym życiu Waltera Mitty.

12:34

#4 Recenzja Zamek Laghotow E.M.Thorhall

#4 Recenzja Zamek Laghotow E.M.Thorhall
Co ja mogę powiedzieć o tej książce? Może zacznę od tego, że ostatnio opisy nie współpracują ze mną, nie oddają sensu tego co dzieję się w powieści. Zgłosiłam się do recenzowania tej książki z podekscytowaniem, że w końcu doczekam się porządnej historii z wątkiem miłosnym. I co? I zawiodłam się nieco, tak jest tam poruszony lekko ten aspekt, ale jest go tam stanowczo za mało jak dla mnie. Co prawda wiem, że będą jeszcze następne części więc akcja nie może za szybko się rozkręcić, bo wtedy mógłby być problem.
Książka głównie opowiada o dziewkach, najemnikach, narwanej i kochanej królowej oraz jej mężu, z którym łączy ją silna wieź(chyba, tak to zrozumiałam), i nieco dziwnej głównej bohaterce Kyle. Całości dopełnia ciężkie dzieciństwo, strata bliskiego i pasja do popularnych w tamtych czasach walk rycerskich. Spodziewałam się jakiejś wielkiej historii, wiecie jakieś groźby/ napaście od wrogiego królestwa, śmierć króla i zemsta jego żony, coś takiego, ale nie doczekałam się tego w pierwszym tomie. Śledziłam losy głównej bohaterki i często zmieniających się pobocznych bohaterów jak, i wątków. Jeden dla mnie był całkowicie dziwny i bez sensu, ale pewnie rozwinie się w kolejnej części i wszystko się wyjaśni, nie chce Wam zdradzać co i czemu, bo nie którzy tego nie lubią.
Oczywiście co to stylu pisania i umiejętności jakie posiadła autorka do napisania tej książki są pełne pochwały i zachwytu. Podczas czytania naprawdę czułam się trochę jak w średniowieczu, te wszystkie słowa, gesty i kultura, która została opisana przeniosła mnie tam. Stroje kobiet, zwyczaje wydawało się tak realne, że widziałam to przed oczami. Jednak gdy skończyłam czytać wróciłam do teraźniejszości z takim „What the f**k” za przeproszeniem. Nie chce być wredna ani udawać znawczynie, ale po prostu wytrąciło mnie to trochę w kontekstu. Pewnie dlatego, że mi ciągle mało.
Spytacie czemu?
Otóż, czytam sobie zaciekawiona co zrobi dowódca najemników, czy spełni moje oczekiwania i pozwoli mojej romantycznej duszy zaznać spokoju, a tu nagle... Wyglądało to tak.
Wpatrzona w ekran, przewijam tekst, wzrok od lewej do prawej, od lewej do prawej, coraz szybciej, już liczę, że spełni się to na co czekam, ale strona się kończy to przewijam następną, a tu co? KONIEC! Rozumiecie to? Moja reakcja mogła być jedna. Jedno wielkie na cały dom „ Serio?”
Nie no wybaczcie mi, tak jak całą książkę uważam za dobrą technicznie, fabuła wciąga i sprawia, że wyobraźnia pracuje, tak zakończenie jest straszne. Tak wiem, jestem hipokrytką, bo pewnie sama bym tak zrobiła swoim czytelnikom, ale gdy ja czytam tak nie wolno... jednak jest to też dobre, bo wiem, że gdy tylko pojawią się kolejne części ja na pewno po nie sięgnę.
Całą powieść polecam osobom, które lubią średniowiecze, bo odnajdą się. Ogólna ocena to...
6/10
Za przeczytanie i przeniesie się do innych czasów dziękuje „Polacynie gęsi i swoich autorów mają” A także autorce książki E.M.Thorhall

Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger