20:38

Tworzenie książek, między odkurzaniem, a robieniem obiadu - Wywiad z Katarzyną Szewioła-Nagel

Tworzenie książek, między odkurzaniem, a robieniem obiadu - Wywiad z Katarzyną Szewioła-Nagel
Każdy autor jest inny, jeden ma dziwne zwyczaje, inny pisze nawet wtedy, gdy koło ucha ma młot pneumatyczny, ale jeszcze inny, tak jak Katarzyna Szewioła-Nagel, pisze nocą, gdy ma kompletną ciszę i spokój. Kobieta przesympatyczna, wesoła, pracowita, a do tego z wielką wyobraźnią, dzięki której powstają wspaniałe teksty, a także książki. Przenoszą nas do innego świata i pozwalają się oderwać od rzeczywistości. Jesteśmy wtedy wolni i za to powinniśmy podziękować, bo nie każda książka posiada taki dar, i nie każda osoba potrafi taki dar dobrze wykorzystać.
Ja za pomocą „Polacy nie gęsi i swoich autorów mają”, miałam okazję przeprowadzić wywiad z autorką „Mroków”, za co bardzo dziękuje i zapraszam.
Standard u mnie. Kiedy zaczęło się Twoje pisanie? Twoja pierwsza historia?
Pisać zaczęłam już w podstawówce. Należałam zawsze do tego grona tzw. „nieśmiałych”. Zatem pisanie pozwalało mi wyrażać emocje. Na początku spisywałam, jak większość dzieciaków, pamiętnik. Potem zaczęły powstawać bardzo infantylne wierszyki. Zaczęło się to zmieniać po czasie, gdy zafascynowana powieściami pióra Karola Maya, które nomen omen podtykał mi pod nos ojciec,
postanowiłam pisać opowiadania o tematyce typowo westernowej. Oczywiście wychodziło to bardziej nieudolnie niż mogłam sobie wymarzyć, ale dawało mi wiele szczęścia. Mogłam być sama z sobą i było mi wtedy bardzo dobrze. Odczuwałam coś na wzór bezpieczeństwa.
Czym zajmujesz się oprócz pisania książek?
Nie jestem kimś wyjątkowym. Nie mam bardzo interesującego życia. Przede wszystkim jestem matką i kurą domową. Zajmuję się wszystkimi tymi nudnymi pracami, których tak nikt nie lubi. Choć ta rola bywa czasem trudniejsza niż samo pisanie. Pojawiam się też jako wolontariusz, kiedy urządzane są jakieś imprezy w Katowicach. Dobrym przykładem jest tegoroczna impreza „Zombie Escape” organizowana przez grupę larpową Liveform, gdzie pomagałam jako charakteryzatorka. Plus czasem wspieram środowiska LGBT w organizacji happeningów. Od tego roku jestem związana ze Śląskim Klubem Fantastyki i staram się uczęszczać na spotkania literackie, po to tylko, by doskonalić swoje umiejętności na polu mojego skromnego pisania. Myślę, że za jakiś czas zadomowię się w fandomie na tyle, iż będę mogła powiedzieć coś więcej na temat mojego członkostwa. Na razie są to początki, ale ufam, że rozwinie się to w dobrym kierunku.
Książka „Mroki” to coś nowego na rynku, przy tych wampirach i aniołach. Czemu wybrałaś elfa i magie?
Opowieść „Mroki”, nie jest niczym świeżym. To kolejne fantasy, stworzone przez niszowego autora, któremu się wydawało, że ta historia może się komuś spodobać. Lecz nie mnie oceniać. Ocenią mnie czytelnicy. Rynek jest przesycony wampiryzmem, książkami typu paranormal romance i innymi. Nie mówię, że są złe, dla mnie nudne. Skuszona przez moje zafascynowane tym nurtem koleżanki, przeczytałam kilka tego typu pozycji i stwierdziłam, iż nie jest to literatura dla mnie. Oczywiście nie neguję cudzych gustów, każdy czyta co chce. Osobiście wole klasyków, od fantasty po historyczne czy popularnonaukowe. Chętnie czytam też relacje korespondentów wojennych lub zapiski ze spraw kryminalnych. Dlaczego elf i magia? Gdyż tego typu literatura daje szerokie spectrum możliwości. Autor ma pole do popisu. Może stworzyć świat, w którym sam chciał by zaistnieć. To taki chrzest bojowy dla wyobraźni. A elf? Lubię elfy, są enigmatyczne, pełne gracji i pasji. To istoty, które można naginać według własnej woli, nie niszcząc przy okazji ich obrazu postrzeganego przez czytelników. Moje elfy są dumne ze swojego pochodzenia, mają swoją historię. Są też na tyle wrażliwe, by zafascynować sobą odbiorcę.
Który bohater sprawił Ci najwięcej trudności? I czemu?
Żaden. Każdy ma swój niepowtarzalny charakter. W „Mrokach” nie ma miejsca na płaskie postaci. I każdy prowadzony jest tak, żeby ewoluować na oczach czytelnika. Mamy zatem zlepek przeróżnych osobowości, od irytujących po zabawne i tajemnicze. Każdą kreację rozpisywałam osobno, nadając jej odpowiedni wydźwięk w trylogii. Czy mi się udało? O to mogę pytać jedynie tych, którzy mają już za sobą moja książkę,
Kolejne części „Mroków” już się piszą? Kiedy możemy się ich spodziewać?
Tak, piszą się i są napisane. II tom jest już w korekcie. Planuję więc premierę na wiosnę. Co mogę powiedzieć. Bywam nieprzewidywalna. Moi bohaterowie są nieprzewidywalni. Pamiętam jak jedna czytelniczka wypomniała mi, że: „Brakuje jej rozwiniętego wątku miłosnego”. Tym sposobem oceniając książkę bardzo nisko. Bardzo mi (nie) przykro, nie pisze romansów. I nie mam zamiaru. Każda drobina okazywanego uczucia pomiędzy bohaterami, zalążki miłości, mają jakiś cel. Nie jest też integralną częścią trylogii. Oczywiście zaspokoję głód czytelników i wprowadzę wątek miłosny, pokusiłam się nawet o bardzo wyraźne zarysowanie emocji, jakie temu towarzyszą. Zaś tomem III mam zamiar zaskoczyć wszystkich. Połączę w nim wszystkie elementy i drobne wskazówki, jakie umieszczałam w dwóch częściach. Dlatego „Mroki” trzeba czytać bardzo uważnie, gdyż można przeoczyć wiele bardzo istotnych szczegółów, a które mogą się na pozór wydać błahe. Książka jest tak przemyślana, by zaskakiwać. Czy mi się uda? Zobaczymy.
Co zmieniło się w Twoim życiu po wydaniu książki?
Zasadniczo to niewiele. Nadal jestem taka jak przedtem. Z tym wyjątkiem, że dzięki pisaniu poznałam masę fajnych i interesujących ludzi, którzy stali się bardzo inspirujący. Teraz wiem, że gdybym nie przełamała się i nie wydała „Mroków”, ominęło by mnie bardzo wiele. I może nadal się potykam i przewracam, mogę liczyć na bezinteresowne wsparcie tych, których poznałam dzięki mojej grafomanii.
Największe marzenie jakie masz w tej chwili?
Marzenia fajna sprawa. Zawsze je miałam. Były prozaiczne i według niektórych łatwe do osiągnięcia. Z tym wyjątkiem, że to co dla innych było czymś normalnym, mnie przychodziło z niemałym wysiłkiem. A o czym teraz marzę? O tym, by być szczęśliwą. By moje dzieci wyrosły na porządnych ludzi. By moje przyszłe małżeństwo było zgodne, a ciąża przebiegła spokojnie. Marzy mi się zdrowy dzieciak i przespane noce. I oczywiście pomiędzy tą nudną prozą życia, przewijają się wątki związane typowo z mim pisaniem. Chciałabym by II tom „Mroków” został dobrze przyjęty, a tworzenie III tomu, szło mi lekko i przyjemnie. Nie marzę o sławie, bogactwie czy rzeszach fanów. Pragnę, aby moje bazgrolenie zwyczajnie się ludziom podobało:)
Czy pisząc dajesz upust emocjom, czy masz inny sposób na nie?
Raczej nie. Podchodzę do tego ze zdrowym dystansem. I może czasem sceny wymagają zwiększonego napięcia i skupienia to raczej pozostaję chłodna i zdystansowana. To postaci fikcyjne w fikcyjnym świecie, które nijak się mają do rzeczywistości. Są tworami mojej wyobraźni i co z nimi zrobię (a uwielbiam się pastwić nad moimi bohaterami) to już wyłącznie wynik planu oraz pomysłu, jaki na daną chwilę nawiedził moją wyobraźnię.
Teksty, które wychodzą spod twoich palców czyta ktoś jako pierwszy? Jakaś bliska osoba?
Pierwszy tom czytał mój przyjaciel Michał, słuchałam jego sugestii i zniosłam krytykę. Drugi był pisany bez konsultacji z nikim. Dopiero po ukończeniu i wstępnym doszlifowaniu tekstu, dostały go dwie osoby. Czyli Markietanka, Anna Ciesielska oraz autorka „Niewolnicy” Anna Chaudiere. Obie miały za zadanie wyłapać drobne błędy i napisać przedpremierowe recenzje. Potem tekst powędrował do edytora. Obu paniom drugi tom się bardzo spodobał, czego efektem są zamieszczone na fp recenzje. Jeśli kogoś interesują zapraszam do przeczytania.
Gdy piszesz np. drugim tom „Mroków” to robisz przerwy na inne teksty? Masz tak, że jednocześnie piszesz dwie książki, czy wolisz skupić się na jednej?
Mroki pisane są po fragmencie. Pisząc pierwszy skrobałam też trzeci i drugi. Łącząc tym sposobem wątki według zamierzonego planu. Oczywiście plan jest bardzo elastyczny i czasem ulega zmianom. Tak jest na przykład teraz, kiedy to wpadłam na zupełnie inny zamysł ukazania baronowej oraz... ha tego Wam nie powiem. Tworzę też fanfiki oraz opowiadania konkursowe i nie tylko. Do tego jestem członkinią sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki i dzięki nim mam zamiar pisać coraz lepiej. Korzystając z doświadczenia oraz dobrych rad. Grupa zrzesza pasjonatów, którzy mają większe lub mniejsze doświadczenia i sukcesy literackie. Bardzo liczę się z ich zdaniem.
Krytyka spotyka nas na każdy kroku. Spotkałaś już się z tą destrukcyjną?
Oj tak krytykowano mnie chyba zawsze. Zdążyłam przywyknąć do tego. Jednak przejmuję się wyłącznie tą krytyką, która coś ze sobą niesie. Wytyka błędy w taki sposób, że będąc nowicjuszem i grafomanem, jestem w stanie się poprawić. Niestety spotkałam się również z masą obraźliwej krytyki, zupełnie moim zdaniem niepotrzebnej. Dla mnie bezcelowym jest obrażanie autora pod względem jego fizyczności, a taka też mi się zdarzyła. Zdaje sobie sprawę z moich ułomności, zatem po co drążyć. Tekstu też nie szczędzono, jakoś mnie to nie obeszło. Choć na początku, było dla mnie trudne do przełknięcia, a nawet rzec bym mogła - bolesne. Jednak do takich rzeczy trzeba zwyczajnie przywyknąć i udawać, że się ich nie dostrzega.
Masz jakieś zwyczaje, gdy zaczynasz pisać?
Prozaiczne. Przygotowuję sobie dzbanek miętowej herbaty, puszczam ulubioną muzykę. To jest twórczość Pana Inona Zura. A konkretnie ścieżki dźwiękowej z gry, którą faworyzuje ponad wszystkie czyli Dragon Age. No i wtedy mogę pisać. Jak korekty i edycje tekstów robię w dzień, tak tworzę w nocy. Mam wtedy ciszę i spokój. Dzieci śpią, a ja podążam ścieżkami mojej wyobraźni.
Jaka jesteś poza wirtualnym światem?
Jestem kurą domową. Przede wszystkim jestem matką i dbam o dom. Niestety nie mam stałej pracy. Jestem freelancerem. No i piszę. Nie śmiem nawet marzyć o tym, by tym sposobem zarabiać na życie. Nie jestem Kingiem. A jaka jestem prywatnie? Ciężko powiedzieć. Trzeba by było zapytać moich znajomych i przyjaciół. Może moich dzieci. Jestem skromna i mało wymagająca. Jestem też minimalistką, nienawidzę zakupów dodam wszelakich. Nie lubię się malować, ani być sztucznie miła. Jestem szczera i mówię co myślę. Nie potrafię kłamać i może to jest jedną z mych strasznych wad. Oczywiście jestem typową skorpionicą... pamiętliwość mnie kiedyś wykończy ;p Nie oceniam też innych. Dla mnie liczy się człowiek, a nie to jak wygląda, czy jest biedny czy bogaty. Jeśli potrafię z kimś konstruktywnie dyskutować to wiem, że jestem w stanie nawiązać z nim wspólny język, nie koniecznie mając podobne poglądy. Czasem przeciwieństwa się doskonale ze sobą czują.
Dalsze plany na nowe książki po trylogii „Mroków”?
Tak. Powstanie coś. Na razie nie zdradzę. Nie mniej mogę wspomnieć, że po raz kolejny zanurzę się w klimatach fantasy. Tym razem jednak stworzę bohatera skrajnie dobrego, który będzie pod wpływem wydarzeń w jego życiu, ewoluował tak, że na końcu czytelnicy będą jedynie marzyli o tym by zdechł. Będzie to jedna książka. Plan już mam, tytuł też, nawet znalazłam zdolną rysowniczkę, która stworzy okładkę. Oczywiście będę się starała tę książkę wydać w normalnym wydawnictwie, a nie poprzez współfinansowanie. Zobaczymy co z tego wyniknie. Na razie to plan.
Masz już jakieś postanowienia noworoczne?
Nigdy ich nie mam. Nigdy też nie planuje niczego z większym wyprzedzeniem. Postanowienia noworoczne zostawiam niepoprawnym marzycielom. Ja jestem realistką. Jeśli mam coś sobie zakładać, zawsze jest to poparte konstruktywnym działaniem i skrupulatnie notowane. W tej kwestii jestem bardzo zorganizowana i dążę do wyznaczonego celu konsekwentnie, nie przebierając w środkach. Oczywiście nie po trupach, nie przesadzajmy. Takich planów to ja nie mam. Nie lubię krzywdzić innych. Upór to moja domena i myślę, że jedna z zalet. Gdybym nie była uparta, pewnie niczego bym nie osiągnęła. Wszystko co posiadam to moje przysłowiowe „Krew, pot i łzy”. Zatem tym, którzy jednak te postanowienia noworoczne sobie zakładają, życzę wytrwałości i oby udało się
Wam osiągnąć wymarzone cele.
Bardzo dziękuję za rozmowę
Pozdrawiam Stagerlee
Dziękuję za miłą współpracę.

13:18

Nowe brzmienie. Nowe głosy. Oto zespół, przed którym wiele sukcesów.

Nowe brzmienie. Nowe głosy. Oto zespół, przed którym wiele sukcesów.
Mówią, że nic w przyrodzie nie ginie. A ja jestem zdania, że także muzyka nigdy nie zginie na świecie. Zawsze będzie nam towarzyszyć, nawet gdy myślimy, że dany gatunek wymarł to nieprawda. Udowadnia to zespół Fajters, z którym miałam okazje przeprowadzić wywiad. Pojawili się nagle i chcą odmienić znane wszystkim disco polo, zachowując jego założenia, które mówią o prostocie, dodając jednocześnie więcej energii chociażby w sferze wokalnej. Pierwszy płyta, pierwsze występy za nimi, teraz już tylko podbicie rynku swoimi piosenkami, które rozluźnią zmęczone mięśnie i sprawią, że na twarzach słuchaczy pojawią się szerokie uśmiechy.
Krzysztof Dereszyński – Lider Zespołu FAJTERS
Kto wpadł na pomysł założenia zespołu? Jak to wyglądało?

Pomysł był wspólny. Do tej pory współpracowaliśmy ze sobą w kilku projektach coverowych, ale zawsze chcieliśmy robić coś „swojego”. Po prostu musieliśmy do tego dojrzeć ;) Każdy z nas zajmuje się muzyką zawodowo. Ja, można powiedzieć najdłużej, bo już ponad 20 lat. Komponowałem i pisałem teksty odkąd pamiętam, ale może właśnie teraz przyszedł czas, żeby wszystko zebrać w całość i pokazać to innym. Stworzyliśmy zatem silną grupę i zaczęliśmy działać ;)
Mieliście inną nazwę, czemu ją zmieniliście na obecną?
Hm? Jak upadł komunizm to skończyła się cenzura. Tak wówczas myślałem. Po 23 latach demokracji okazuje się, że to nie do końca tak jest. Nazwa FAKERS, od której zaczynaliśmy miała być tylko „haczykiem”, czymś co łatwo zapamiętać. Owszem była kontrowersyjna, ale w naszym założeniu miała pozostać tylko nazwą samą w sobie. Jednakże chyba za bardzo uwierzyliśmy w to założenie, bo zaczęły do nas dochodzić informacje, że z tą nazwą więcej stracimy niż zyskamy. A to dlatego, że niektóre telewizje nie będą chętne do emisji naszych klipów, eksponując nazwę na pasku czy też na przykład spotkamy się z niechęcią niektórych organizatorów imprez i koncertów, którzy jednoznacznie stwierdzą, że nie umieszczą jej na plakatach.
Nie chcę się na ten temat szerzej wypowiadać, ale jako że jestem człowiekiem kompromisu, to szybko znaleźliśmy z Zespołem rozwiązanie i teraz będziemy już tylko „walczyć” o rynek i naszych fanów oczywiście za pomocą naszej twórczości, czyli angielskie Fight zamieniliśmy na FAJTERS.
Mam nadzieję, że tu już nikt nie dostrzeże drugiego dna choć tak naprawdę nigdy go nie było.
Wasza debiutancka ukazała się 15 grudnia. Czy ciężko było uzbierać materiał na nią
Materiał na płytę powstawał przez cały rok, a dokładnie od października 2012 do października 2013.
Każdy z nas jest perfekcjonistą i dlatego ważne było dla nas, aby nagrania te dopracowane były w każdym calu. Owszem można dzisiaj napisać piosenkę w dwie godziny, dać banalny tekst, a resztę zrobić w studio i w efekcie płyta powstanie w ciągu miesiąca, tylko trzeba zadać sobie pytanie czy o to właśnie i o taki „efekt” w tym chodzi? Jeśli chcemy by coś zabrzmiało naprawdę dobrze to wymaga to czasu i wszyscy, którzy siedzą w tym temacie na pewno się ze mną zgodzą.
Można zatem powiedzieć, że średnio miesiąc pracowaliśmy nad każdym utworem. Wiązały się z tym regularne próby i ewentualne poprawki. Piosenki są zróżnicowane tematycznie i zależało nam na tym by każdy mógł znaleźć dla siebie, jakiś ciekawy temat i melodię, którą będzie nucił. Czy nam się to udało? Czas pokaże. Musimy jeszcze trochę czasu poczekać.
Nie baliście się wypuścić płyty na rynek, gdzie disco polo nie jest już tak popularne jak kiedyś?
My niczego się nie boimy ;) ale tak już na poważnie to my nie mamy się czego bać, ponieważ jesteśmy zespołem bardzo młodym jeśli chodzi o nasz dorobek i na starcie niczego nie tracimy. Chcemy przedstawić naszą wizję tego gatunku, który tak bardzo ewoluował na przestrzeni ostatnich 20 lat. Dzisiaj jest dużo przestrzeni dla tych, którzy chcą tworzyć tzw. „stare dobre disco polo” jak i dla tych, którzy chcą wnieść trochę innowacji w postaci chociażby bardziej agresywnych, klubowych brzmień.
My chcemy to łączyć, to ma być proste (ale nie prostackie), ma być przyjemne w odbiorze, a jednocześnie rozbudowane o brzmienia i wokale, które u nas stanowią swoistą nowość ponieważ muzyka i wokal mają się uzupełniać, a zarazem tworzyć jedno wspólne, harmoniczne brzmienie.
Nie jest to łatwe ale mamy nadzieję, że efekt zostanie dostrzeżony i doceniony.
Byliście na Disco Hit Festival. Chcecie spróbować ponownie i tym razem dostać do audycji live?

Myślę, że dla każdego Zespołu grającego ten gatunek muzyki jest oczywistym wyróżnieniem wystąpić na największym Festiwalu Muzyki DP jakim niewątpliwie jest Disco Hit Festival w Kobylnicy. My dostąpiliśmy już tego wyróżnienia kiedy to z ponad 300 zgłoszeń znaleźliśmy się w wąskiej grupie Debiutantów. Jak to się mówi, apetyt rośnie w miarę jedzenia i skłamałbym gdybym powiedział, że to nam wystarczy ;) Tak naprawdę tworzymy też po to by pokazać to jak największej rzeszy publiczności, a Koncert Live na Festiwalu, ponad 30000 tys. (w tym roku) przed sceną i kilkaset tysięcy widzów przed ekranem telewizji robi wrażenie nawet na najbardziej topowym wykonawcy czy zespole. Dlatego oczywistym jest fakt, że przedstawimy swoją propozycję muzyczną na przyszłoroczny Festiwal, ale wybór nie będzie należał już do nas, a jak wiemy konkurencja jest ogromna i szansę mają najlepsi.
A jak wyglądają koncerty? Występujecie często czy raczej okazjonalnie?
Cały ten rok to przygotowywanie materiału na płytę, ale również pod kątem przyszłych koncertów. Nie można bowiem grać ponad godzinnego koncertu mając trzy, cztery utwory w repertuarze. Nawet teraz kiedy mamy już skończoną płytę, to ilość utworów jest jeszcze za mała by wystąpić w pełnowymiarowym koncercie. Dlatego cały czas pracujemy nad kolejnymi utworami i tak naprawdę będziemy gotowi z naszym koncertowym materiałem na wiosnę 2014. Takie mamy plany. Występ na Festiwalu czy na przykład. Gali Disco Polo, w której braliśmy udział w październiku w Klubie Apogeum w Trzyciążu, pozwala na wykonanie 2-3 utworów, ale to wciąż nie Koncert, na który trzeba być naprawdę przygotowanym. My jesteśmy jeszcze w trakcie takich przygotowań choć można powiedzieć, że finał jest już bliżej niż dalej.
I oczywiście muszę spytać jak reagują ludzie? Macie już swoich wiernych fanów?
Z oczywistych względów ciężko jest mi to ocenić ponieważ epizodyczne spotkania z publicznością to ciągle za mało, żeby móc powiedzieć coś więcej w tym temacie. Mogę tylko powiedzieć, że reakcje publiczności zarówno na Festiwalu jak i podczas Gali były dla nas bardzo przyjemnym przeżyciem, ponieważ zawsze miło jest gdy widzisz osoby, które bawiąc się pod sceną śpiewają Twoje piosenki. Były już wcześniej do nich klipy w TV, ale nie spodziewałem się, że na tym etapie są już tacy, którzy je tak dobrze znają ;) A to naprawdę miłe. Więcej na ten moment mamy kontaktów mailowych czy chociażby na kanale Youtube lub Fanpage, na którym nasi Fani piszą bardzo miłe komentarze i dzięki temu pozwala nam to wierzyć, że to co robimy ma sens i przyszłych odbiorców, którzy przyjdą na nasze koncerty.
Często się kłócicie? Jest was czwórka, to może tworzyć twórcze konflikty.
Powiem tak, jeśli się kłócimy to zawsze twórczo, merytorycznie i w efekcie dla dobra Zespołu ;)
A kto bardziej dominuje w zespole? Dziewczyny czy raczej mężczyźni?
Wszyscy mówią, że Ja ;) chociaż Ja się z tym nie zgadzam. Na poważnie – w zespole musi być Lider i muszą być członkowie zespołu, każdy ma swoje zadania, które potem wspólnie staramy się realizować. Jest pełna demokracja i wspólne ustalenia, a jeśli jest „konflikt twórczy” decyzja ostateczna należy do lidera ;) W sumie można powiedzieć, że trochę dominuję, no dobra, przyznaję się.
Czym zajmujcie się oprócz muzyki? Jakieś inne pasje?
Zajmujemy się głównie muzyką a co do pasji? Hm? … to dobre pytanie. Może kolejno:
Gabi: Czym zajmuję się oprócz muzyki? Hm… Odpowiedz jest prosta… MUZYKĄ :). Towarzyszy mi ona od kiedy pamiętam – wiele lat temu, gdy radio-odtwarzacz w samochodzie w polskich realiach to była abstrakcja, rodzice w trakcie podróży nasza dużą niebieską nyską słuchali nagrań z radio-magnetofonu. W domu było pełno gramofonów, odtwarzaczy szpulowych, mikrofonów, do których uparcie wyśpiewywałam piosenki zmuszając rodzinę do słuchania.
Uwielbiam tańczyć – robiłam to 11 lat i mam cichą nadzieję jeszcze kiedyś do tego wrócić. Fascynuje mnie fotografia, języki obce, Starożytny Egipt, pisanie scenariuszy do klipów, pisanie tekstów…
Jest wiele rzeczy których chciałabym jeszcze w życiu spróbować, ale gdybym miała wybierać to z pewnością to co robimy jako FAJTERS to właśnie to, co sprawia, że rano chce się wstać.
Natalia: „muzyka zajmuje wśród moich pasji zaszczytne pierwsze miejsce, ponadto z wielką frajdą kolekcjonuję klasykę literackiego horroru Stephena Kinga, licząc, że nie tylko wypcham wszystkimi dziełami półki, ale i zdążę je przeczytać. :) Swoją największą pasję staram łączyć się z innymi zajęciami, które towarzyszą mi w życiu i tak, kształcąc się jako terapeuta chętnie udzielam się w przeróżnych ośrodkach opieki, czy też ośrodkach wychowawczych, gdzie muzyka łączy i leczy, a mnie przynosi dodatkową satysfakcję, poza oczywiście priorytetową pracą w naszym zespole.”
Bartek: wychodzę z założenia, że „nie ma ludzi niemuzykalnych, są tylko nieodkryte talenty”. Realizuje się ucząc gry na instrumentach klawiszowych dzieci, młodzież i dorosłych. Uwielbiam również aranżować wszelkiego rodzaju piosenki, od tych popularnych do małych form dziecięcych. Jestem fanem epoki klasycyzmu „od zawsze marzę, by wehikuł czasu stanął w moim pokoju. Mógłbym wtedy bardziej poznać świat i myśli kłębiące się w danych epokach, zobaczyć kompozytorów – swoich idoli, którzy inspirowaliby mnie do dalszej pracy”.
A dla mnie nie ma większej pasji niż muzyka i praca twórcza, ale mam jedno marzenie już od 20 lat. Bardzo chcę odwiedzić Koreę Północną i to naprawdę nie jest żart. Jestem zafascynowany ostatnim bastionem komunizmu i totalitaryzmu w jednym. Współczuję tym ludziom, którzy tam żyją a jednocześnie tak bardzo chciałbym zobaczyć na własne oczy ten Orwellowski koszmar.
Jakie plany macie na najbliższy czas? Kolejne płyty?
Tworzymy dalej, pracujemy dalej aż do osiągnięcia celu, a celem dla naszego Zespołu jest zyskanie aprobaty i uznanie u słuchaczy, bo to chyba największa przyjemność i satysfakcja dla każdego twórcy i wykonawcy by móc spotykać się ze swoimi Fanami na koncertach.


09:30

#3 "Mroki" Katarzyny Szewioła-Nagel Recenzja

#3 "Mroki" Katarzyny Szewioła-Nagel Recenzja
Mroki... Z czym kojarzy nam się to słowo? Mnie z morderstwem, porwaniem, przemocą, czymś strasznym. Dlatego takie wielkie było moje zaskoczenie, gdy okazała się to być książka o elfie. Nie dajcie się zwieść temu słodkiemu stworku, ten elf to morderca i to całkiem niezły. Przyznaje, na
początku byłam nastawiona negatywnie, ale gdy robiłam przerwę od czytania, nie mogłam skupić się na niczym innym i musiałam wracać do losów bohatera, by dowiedzieć się jak się skończy ta historia.
Drugim zaskoczeniem było dodanie do tej książki magii, czarów. Niby oczywiste; elf to i magia, ale nie w mojej głowie. Dlatego byłam ciekawa jak autorce uda się to połączyć. I stwierdzam, że udało jej się to całkiem dobrze. Wszystko składa się w spójną całość, choć zakończenia spodziewałam się innego, ale wiadomo... jestem romantyczką. Główni bohaterowie są wyraźni, zabawni, żaden z nich nie miał banalnej roli. Każdy do czegoś służył, miał swoje miejsce w książce, co jest fajne i praktyczne, gdyż czytelnik nie zachodzi w głowę, o co chodzi. Jedyne czego nie zrozumiałam to wątek króla i królowej, jednak wiem, że są następne części, dlatego czekam na nie by się przekonać, po co zostali stworzeni. I mimo że „Mroki” posiadają błędy to przychylam na nie oko, ponieważ wiem od autorki, że pracuje nad nimi.
Ocena tej książko ode mnie to: dobry i polecam ją innym do przeczytania na te zimowe wieczory.
A teraz kącik: Pięć pytań do...
Standard u mnie. Kiedy zaczęło się twoje pisanie? Twoja pierwsza historia?
Pisać zaczęłam już w podstawówce. Należałam zawsze do tego grona tzw. „nieśmiałych”. Zatem pisanie pozwalało mi wyrażać emocje. Na początku spisywałam, jak większość dzieciaków, pamiętnik. Potem zaczęły powstawać bardzo infantylne wierszyki. Zaczęło się to zmieniać po czasie, gdy zafascynowana powieściami pióra Karola Maya, które nomen omen podtykał mi pod nos ojciec, postanowiłam pisać opowiadania o tematyce typowo westernowej. Oczywiście wychodziło to bardziej nieudolnie niż mogłam sobie wymarzyć, ale dawało mi wiele szczęścia. Mogłam być sama z sobą i było mi wtedy bardzo dobrze. Odczuwałam coś na wzór bezpieczeństwa.
Czym zajmujesz się oprócz pisania książek?
Nie jestem kimś wyjątkowym. Nie mam bardzo interesującego życia. Przede wszystkim jestem matką i kurą domową. Zajmuję się wszystkimi tymi nudnymi pracami, których tak nikt nie lubi. Choć ta rola bywa czasem trudniejsza niż samo pisanie. Pojawiam się też jako wolontariusz, kiedy urządzane są jakieś imprezy w Katowicach. Dobrym przykładem jest tegoroczna impreza „Zombie Escape” organizowana przez grupę larpową Liveform, gdzie pomagałam jako charakteryzatorka. Plus czasem wspieram środowiska LGBT w organizacji happeningów. Od tego roku jestem związana ze Śląskim Klubem Fantastyki i staram się uczęszczać na spotkania literackie, po to tylko, by doskonalić swoje umiejętności na polu mojego skromnego pisania. Myślę, że za jakiś czas zadomowię się w fandomie na tyle, iż będę mogła powiedzieć coś więcej na temat mojego członkostwa. Na razie są to początki, ale ufam, że rozwinie się to w dobrym kierunku.
Książka Mroki to coś nowego na rynku, przy tych wampirach i aniołach. Czemu wybrałaś elfa i magie?
Opowieść Mroki, nie jest niczym świeżym. To kolejne fantasy, stworzone przez niszowego autora, któremu się wydawało, że ta historia może się komuś spodobać. Lecz nie mnie oceniać. Ocenią mnie czytelnicy. Rynek jest przesycony wampiryzem, książkami typu paranormal romance i innymi. Nie mówię, że są złe, dla mnie nudne. Skuszona przez moje zafascynowane tym nurtem koleżanki, przeczytałam kilka tego typu pozycji i stwierdziłam, iż nie jest to literatura dla mnie. Oczywiście nie neguję cudzych gustów, każdy czyta co chce. Osobiście wole klasyków, od fantasty po historyczne czy popularnonaukowe. Chętnie czytam też relacje korespondentów wojennych lub zapiski ze spraw kryminalnych. Dlaczego elf i magia? Gdyż tego typu literatura daje szerokie spectrum możliwości. Autor ma pole do popisu. Może stworzyć świat, w którym sam chciał by zaistnieć. To taki chrzest bojowy dla wyobraźni. A elf? Lubię elfy, są enigmatyczne, pełne gracji i pasji. To istoty, które można naginać według własnej woli, nie niszcząc przy okazji ich obrazu postrzeganego przez czytelników. Moje elfy są dumne ze swojego pochodzenia, mają swoją historię. Są też na tyle wrażliwe, by zafascynować sobą odbiorcę.
Który bohater sprawił ci najwięcej trudności? I czemu?
Żaden. Każdy ma swój niepowtarzalny charakter. W Mrokach nie ma miejsca na płaskie postaci. I każdy prowadzony jest tak, żeby ewoluować na oczach czytelnika. Mamy zatem zlepek przeróżnych osobowości, od irytujących po zabawne i tajemnicze. Każdą kreację rozpisywałam osobno, nadając jej odpowiedni wydźwięk w trylogii. Czy mi się udało? O to mogę pytać jedynie tych, którzy mają już za sobą moja książkę,
Kolejne części Mroków już się piszą? Kiedy możemy się ich spodziewać?
Tak, piszą się i są napisane. II tom jest już w korekcie. Planuję więc premierę na wiosnę. Co mogę powiedzieć. Bywam nieprzewidywalna. Moi bohaterowie są nieprzewidywalni. Pamiętam jak jedna czytelniczka wypomniała mi, że: „Brakuje jej rozwiniętego wątku miłosnego”. Tym sposobem oceniając książkę bardzo nisko. Bardzo mi (nie) przykro, nie pisze romansów. I nie mam zamiaru. Każda drobina okazywanego uczucia pomiędzy bohaterami, zalążki miłości, mają jakiś cel. Nie jest też integralną częścią trylogii. Oczywiście zaspokoję głód czytelników i wprowadzę wątek miłosny, pokusiłam się nawet o bardzo wyraźne zarysowanie emocji, jakie temu towarzyszą. Zaś tomem III mam zamiar zaskoczyć wszystkich. Połączę w nim wszystkie elementy i drobne wskazówki, jakie umieszczałam w dwóch częściach. Dlatego Mroki trzeba czytać bardzo uważnie, gdyż można przeoczyć wiele bardzo istotnych szczegółów, a które mogą się na pozór wydać błahe. Książka jest tak przemyślana, by zaskakiwać. Czy mi się uda? Zobaczymy.
Dziękuję za rozmowę i pozdrawiam.
Stagerlee

Za możliwość przeczytania tej książki dziękuje Autorce Katarzynie Szewioła-Nagel i społecznościowi Polacy nie gęsi i swoich autorów mają.

14:03

Uważajcie na tą brunetkę, jej przyjaciel to Dr. Marvin - Wywiad z Izą Korsaj

Uważajcie na tą brunetkę, jej przyjaciel to Dr. Marvin - Wywiad z Izą Korsaj
Wiele ludzi uwielbia oglądać horrory, thrillery. Głowią się nad tym, jak ktoś mógł coś takiego wymyślić. Jednak dla mnie czymś większym jest napisanie książki, w której każdy detal opisano dokładnie i z szczególnym dopieszczeniem. Sceny brutalne stworzono tak, że ma ochotę się wyłączyć wyobraźnie by tego wszystkiego nie widzieć, ale nie robimy tego. Brniemy dalej z ciekawością czy bohater przeżyje, czy spotka go okrutna śmierć.
I tak też dzieje się podczas czytania książki Izy Korsaj „Kostka”. Autorka nie dość, że przygotowała się bardzo dokładnie do napisania tej powieści, to czytając ją trzeba mieć nerwy ze stali. Nawet osoby z bez wielkiej wyobraźni odnajdą się w losach dr. Marvina i jego pacjentów. Was zachęcam do czytania gdzie psychika człowieka jest bardzo ważna i w życiu bohaterów, jak i naszym odgrywa dużą rolę. Ale tym razem nie o tym, dziś jest w wywiad z autorką, która chcę pokazać wam się jako normalnego człowieka, kobietę. Zastanawiamy się, co siedzi w głowie osoby, która pisze takie książki, dlatego też postanowiłam przemaglować tą pisarkę i dowiedzieć się o niej jak najwięcej:
Kiedy zaczęło się Twoje pisanie? Twoje pierwsze napisane historie?
Pierwszą „powieść” napisałam w wieku sześciu lat. Do dziś pamiętam emocje towarzyszące jej powstawaniu: wyskakiwałam z łóżka o czwartej nad ranem, aby przed pójściem do zerówki napisać
zdanie albo dwa, albo dokończyć rysunek. „Książka” nosiła tytuł „Przygody Mustanga” i miała dziewięćdziesiąt sześć stron – dokładnie tyle, ile zeszyt, w którym ją spisywałam. Na każdej stronie było kilka linijek tekstu, resztę zapełniała ilustracja. Dwójka głównych bohaterów Mustang i jego przyjaciółka – dziewczynka Jennifer – przeżywali „zapierające dech w piersiach” przygody. Niektóre z nich – jak możecie się domyślać – były… krwawe. Kilka razy dzielny konik ocierał się o śmierć, ale ostatecznie historia zakończyła się szczęśliwie. W kontekście finału „Kostki” zakończenie dziecięcej opowiastki jest niemal herezją :)
Czy nadal masz w domu historie o Mustangu i jego przyjaciółce?
Oczywiście! Przechowuję zeszyt w „kapsule pamięci” zrobionej ze starego podróżnego kufra. Zaglądam do niej co jakiś czas, np. gdy dokładam nowe fanty – ostatnio był to plakat oraz zakładka promocyjna „Kostki”. Chwile refleksji nad zawartością kapsuły są bezcenne. Każdemu polecam założenie własnej. Ja swoją trzymam pod łóżkiem :)
A na co dzień czym się zajmujesz?
Jako copywriterka jestem co dzień jestem swoją własną szefową. To wymaga samodyscypliny: wstawania przed szóstą, racjonalnego rozplanowania dnia między realizacją zleceń, a pisaniem. Trzeba znaleźć czas na (codzienną) aktywność fizyczną – sport naprawdę pobudza neurony do wzmożonej pracy! Zlecenia, jakie otrzymuję, najczęściej są skrajnie różne od tego, co tworzę jako autorka. Dla mnie to zaleta, która dodaje umysłowi giętkości. Rosnące grono stałych klientów tylko to potwierdza.
Jaka jesteś z natury? Miła, słodka, czy raczej, stanowcza i władcza? Pytam ponieważ ja i pewnie wielu innych czytelników, chce wiedzieć skąd w kobiecie wiedza i chęć opisywania, takich scen nazwijmy je brutalnymi.
Autor zawsze zawiera w bohaterach cząstkę siebie. Oczywiście nadałam postaci Marvina pewne własne cechy. Jakie?... Niech pozostanie to moją (i bohatera) słodką tajemnicą. Żeby zaspokoić Waszą ciekawość dodam, że posiadam tatuaż identyczny z tym, jaki nosi doktor Cross, a szczegółowo opisany charakter pisma Marvina jest moim własnym.
Norweska autorka kryminałów, Yrsa Sigurdardóttir napisała: "Dobra książka nie powstanie, jeżeli autor nie sympatyzuje ze swoimi bohaterami". To, czy „Kostka” jest dobra, pozostawiam ocenie czytelników, ale nie ukrywam, że obdarzyłam Marvina niemałą sympatią – to da się wyczytać z kart książki, dlatego miło mi, że ta sympatia do doktora udziela się większości czytelników.
Jeżeli chodzi o płeć pisarza, to według mnie nie ma ona znaczenia; liczy się opowieść. Narracja w „Kostce” jest prowadzona w znacznej mierze w pierwszej osobie; żeby Marvin –bohater-narrator był wiarygodny, na czas pisania stawałam się nim – myślałam jak doktor, przetwarzałam powieściową rzeczywistość jego oczami. Podobnie postępuję przy tworzeniu kolejnej powieści. To fascynujące intelektualne doświadczenie, pozwala umysłowi nie skostnieć i zachować świeżość oglądu – także w prawdziwym życiu.
Potrzebną do fabuły wiedzę czerpię z tak zwanej „bazy”: czytam publikacje na wybrany temat (np. transplantacja nerek), sporządzam notatki i wykorzystuję je w pisarskiej praktyce. Przykładowo informacje o budowie elektrycznych zabezpieczeń w „laboratorium” Marvina czerpałam aż z trzech artykułów.
Brutalność?... „Kostka” jest thrillerem o chirurgu-psychopacie, o miłośniku sadyzmu, także seksualnego. Z tej racji pewne sceny były nieuniknione. Jednak nie one są najważniejsze – na kartach „Kostki” zachęcam czytelnika, aby zadumał się nad kondycją człowieka – zarówno doktora Crossa, jak i innych postaci – Jerry’ego „Aniołka” Savage’a, jego ojca „Dzikusa” albo kochanki doktora – Melanie.
Głównym bohaterem „Kostki” jest ludzki umysł.
Twoja debiutancka książka, „Kostka”, jest raczej dla ludzi o mocnych nerwach. Co cie natchnęło, bądź skąd wzięłaś pomysł na taką fabułę?
Inspirację do pierwszej sceny z „Kostki” podsunęła mi natura. Spaceruję przez zaśnieżony las („Kostkę” zaczęłam pisać w grudniu). Zbaczam ze ścieżki, wchodzę w tunel uginających się pod śniegiem drzew. Nogi zapadają się w puchu… A jeżeli nie odnajdę powrotnej drogi? Zapadł zmrok; kto wie, kogo mogę spotkać w leśnej głuszy. Na szczęście mam latarkę, telefon oraz inne „niezbędniki”.


Jak czułby się w tych okolicznościach przyrody porwany i zaszczuty do biegu człowiek, który nie rozumie przyczyn sytuacji, którego strach przyprawia o obłęd? A na końcu ścieżki czeka na niego ZŁO?
To podczas zimowego spaceru narodził się we mnie pomysł na „Kostkę”. Fascynuje mnie mroczna strona umysłu, od początku wiedziałam, że będzie to opowieść o psychopacie. O psychopacie mającym w sobie urok, niestroniącym od czarnego humoru (wierszyki!), z własną moralnością; koniecznie o psychopacie-lekarzu. Medycyna to mój drugi, po psychologii, „konik”.
Darren Weston, bohater kolejnej powieści, „Koloru obłędu” (w pisaniu) dla odmiany jest weterynarzem. Wiedza to władza, często nad śmiercią i życiem. Osadzenie dysocjacyjnego bohatera w profesji związanej z medycyną stwarza nader interesujące możliwości w zakresie fabuły.
Muszę dodać, że w „Kostce” jest pewna osobista scena – to scena pożaru. Odczucia bohatera są niemal tożsame z tymi, których doświadczałam – i to chyba czuć podczas lektury. Miałam dwanaście lat i po raz pierwszy poczułam oddech śmierci. Skończyło się na strachu i emocjach, które uwieczniłam w „Kostce”.
Ile czasu zajęła ci praca nad „Kostką”? Począwszy od zbierania informacji, do oficjalnego skończenia?
Historię Marvina zaczęłam pisać na początku grudnia 2011 r. a skończyłam we wrześniu 2012 r.
Potrzebne materiały zbierałam na bieżąco podczas pisania. Na początku fabułę znałam jedynie w zarysie – była to, co oczywiste – scena początkowa oraz ta z kostką. Nie wiedziałam też, jak dokładnie przebiegnie sama Naprawa, ale skoro doktor Cross jest psychopatą, wiedziałam, że musi być… efektowna.
Czy jeśli skończysz pisać rozdział, dajesz komuś go przeczytania? Czy może trzymasz całość w tajemnicy, aż do skończenia pisania?
Kostkę” Pierwszy Czytelnik poznawał rozdział po rozdziale. Wielokrotnie twierdził, że to dla niego tortury, czytanie powieści w odcinkach, i oczywiście przerywanie jej w najciekawszym miejscu, dlatego z „Kolorem obłędu” zaznajamia się w „rozdziałowych pakietach”, zazwyczaj po 5. Jego standardowa reakcja po przeczytaniu to: „Chcę więcej!”.
Kto pierwszy ją przeczytał w całości? I jaka była reakcja tej osoby?
Mój mężczyzna, któremu zadedykowałam powieść, i który jest również Pierwszym Czytelnikiem. Znał fabułę „Kostki”, ale inaczej odbiera się książkę we fragmentach, a inaczej w całości. Przeczytał ją w dwa dni i był zaskoczony finałem – gdyż ostatni rozdział wciąż był dla niego tajemnicą i zapoznał się z nim dopiero przy całościowej lekturze. Powiedział, że takie zakończenie „Kostki” to „najlepsza z możliwych opcji”, która dodatkowo zwiększyła jego sympatię do Marvina – za nieugięty umysł i konsekwencje w działaniu.
Od niedawna „Kolor obłędu” ma, prócz Pierwszego Czytelnika, Pierwszą Czytelniczkę, która poznaje powieść nie w rozdziałach, ale w częściach. Jej dotychczasowa opinia o „Kolorze” brzmi: „fabuła jest intrygująca i mocno wchodzi na psychikę”. Fakt, pewne sceny ocierają się o naturalizm, a główny męski bohater – Darren – bywa niestabilnym emocjonalnie sadystą, choć ja lubię go nazywać Psychopatą Numer Dwa (oczywiste, kto jest Numerem Jeden).
Długo czekałaś z wysłaniem książki do wydawnictw?
Pozwoliłam „Kostce” na miesięczny „odpoczynek”, żeby nabrać do niej dystansu i potem nanieść ewentualne poprawki. Ostatecznie „Kostce” ubyło około 20 stron A4, w tym scena z samej Naprawy, w której Marvin miał wykorzystać chirurgiczne igły. Nie porzuciłam pomysłu z igłami – z rozkoszą wykorzystam go w kontynuacji „Kostki” – przy jednej z kolejnych Napraw doktora.
Umowę z wydawnictwem podpisałam w listopadzie 2012, w ciągu dwóch tygodni od wysłania tekstu „Kostki”.
Czy ciężko było wydać książkę na polskim rynku?
Wydawnictwo Novae Res z Gdyni było jednym z dwóch (drugie poprosiło mnie o kontakt w sprawie „Kostki” za… dwa lata), które odpisało na moją ofertę, a „Kostkę” wysłałam w zasadzie większości do wydawnictw – zarówno do uznanych, jak i niszowych oficyn. Myślę, że „anonimowość” na literackim rynku jest bolączką debiutantów. Mało, które wydawnictwo ma „odwagę” postawić na nieznane nazwisko, nawet jeżeli fabuła książki może być obiecująca. Tym bardziej należy doceniać wydawnictwa, które dają szansę „nieznanym”. Każda przygoda, także ta pisarska, rozpoczyna się od pierwszego kroku… tzn. pierwszej książki.
A premiery następnej Twojej powieści kiedy można się spodziewać?
Kolor obłędu” ukończę na początku przyszłego roku. W przeciwieństwie do „Kostki”, ta powieść nie będzie „leżakować”; od razu wyślę tekst do wydawcy. Proces wydawniczy trwa około pół roku, więc premiery „Koloru” możecie się spodziewać w drugiej połowie 2014 – wszystko będzie zależeć od harmonogramu wydawnictwa. W tym miejscu dodam, że dzień po postawieniu ostatniej kropki w „Kolorze obłędu” zaczynam pracę nad kontynuacją „Kostki” zatytułowanej „Marvin”. Sama nie mogę doczekać się ponownego spotkania z doktorem Crossem!
Będzie w podobnym klimacie do „Kostki” czy zaskoczysz nas np. romansem?
Gatunkowo „Kolor obłędu” będzie również thrillerem psychologicznym. Nie chcę wiele zdradzać z fabuły, ale podczas lektury będziecie mieli okazję przekonać się, czym naprawdę jest obłęd – i jaki przybiera kolor. Moja druga powieść to historia o odkrywaniu okrutnej, łączącej bohaterów tajemnicy i – przede wszystkim o intelektualnym pojedynku, który muszą stoczyć ze sobą Darren oraz Lisa; o pojedynku, w którym stawką jest przyszłość i życie ich oraz ludzi, którzy są bohaterom bliscy. W tej grze jedynymi wyznacznikami są perwersja i obłęd. Słowem - będzie okrutnie, będzie bardzo krwawo, ale z dużą dawką psychologii. Spodziewajcie się także doprawionych czarnym humorem wierszyków, takich jak te z „Kostki”.
Co byś poradziła osobom, które lubią pisać podobnie do ciebie, mocne sceny ale się wstydzą albo boją się tego jak będą na to patrzeć inni?
Jeżeli żyje w tobie opowieść, spisz ją najlepiej jak potrafisz. Jedyne, co musisz zrobić, to zacząć pisać. Słowo po słowie, zdanie po zdaniu, akapit po akapicie. Strach przed porażką powoduje, że wiele ciekawych historii umrze na dnie szuflady. Nie oglądaj się na innych. Z pewnością znajdzie się grono czytelników, których zafascynuje twój przekaz. Zresztą nigdy nie powstała książka, która wszystkim przypadnie do gustu. Jeżeli coś jest „dla wszystkich”, to tak naprawdę jest dla nikogo. Nawet najpoczytniejsi pisarze mają zagorzałych krytyków. A więc palce na klawiaturę i do dzieła!
Zbliżają się święta. W tym okresie planujesz pracować czy skupisz się na odpoczynku i zbieraniu energii na kolejny rok?
Wigilię spędzę tradycyjnie, przy rodzinnym stole, ale w pozostałe świąteczne dni trochę czasu „oddam” Darrenowi i Lisie z „Koloru”. Im szybciej skończę pisanie, tym prędzej powieść trafi do Waszych rączek – i będzie wgryzać się w Wasze umysły. Systematyczność i samodyscyplina to podstawy przy realizacji każdego celu, ale nie można zapomnieć o tym, co najważniejsze – o osobach, które kochamy i które są dla nas ważne. To człowiek powinien być dla człowieka zawsze na pierwszym miejscu.
Dziękuje za odpowiedzi i życzę Ci Wesołych Świąt, w miłej rodzinnej atmosferze, oraz dużo sukcesów w świecie pisarskim.
Również dziękuję i pozdrawiam ciepło całą społeczność portalu „Polacy nie gęsi i swoich autorów mają”.

21:27

Święta, śnieg - czyli grudzień pełną parą

Święta się zbliżają wielkimi krokami. Zima właśnie zaatakowała. Za oknem biało, świeży puch zalega na ziemi i samochodach. Podróżowanie stało się uciążliwe, wyjście po chleb to męka, a nasze czteronożne pupile, nie wiedzą o co chodzi.
A jednak... nadal śnieg kojarzy się z lepieniem bałwana, sankami. Pamiętacie te wielkie góry, z których się zjeżdżało. I słowa matki, gdy wracało się do domu „ Jesteś cała mokra z zmarznięta. Idź ściągnij ubrania i ubierz coś ciepło”. No i jak śnieg, to nie może zabraknąć Mikołaja. Każdy go kochał i chyba nadal kocha(ja też). Mnie i mojemu rodzeństwu zawsze przynosił siatkę słodyczy, a wśród nich mój ulubiony łakoć Kinder Niespodzianka. Dziś cieszę się ze wszystkiego co ma w sobie czekoladę.
A Boże Narodzenie? Wtedy - prezenty, dziś – jedzenie i spędzanie czasu razem z rodziną, śmiech, wypominanie kto i jak się wygłupił przed laty. Też macie takie historie, których nigdy wam nie pozwolą zapomnieć? I co roku to odgrzebują?
Teraz jednak dla mnie najważniejsze jest czasu razem z rodziną. Nie robimy się młodsi, każdy z nas zaczyna mieć własne życie, swoje sprawy. Dlatego tak ważne wydaje mi się, chociaż ten jeden raz w roku spędzenie tych paru dni, albo nawet jednego, na zbliżeniu się do siebie. Na uściskaniu rodziców, podrażnienie się z siostrą, z która zawsze się kłóciliśmy i oczywiście posłuchanie zabawnych historii, które opowiada brat.
Tak wyobrażam sobie święta. Te najbliższe za dwa tygodnie też. A wy jak sobie je wyobrażacie? Zacieśnianie więzi z bliskimi? Napiszcie mi.

11:37

#2 Recezja książki "Kostka" i wywiad z Izą Korsaj


Mówią by nie oceniać książki po okładce, jednak ja tak zrobiłam. Gdy tylko dostałam w ręce thriller Izy Korsaj pt „ Kostka”, wiedziałam, że będzie przerażająca i mocna, nie pomyliłam się ani w jednym ani w drugim. Od razu zaznaczę, że nie jest to mój ulubiony gatunek książkowy, jednak postanowiłam dać mu kolejną szansę licząc, że tym razem mnie coś do niego przekona.

Jednak jak to w życiu bywa, nie zawsze dostaje się to co chcemy. Tak jak uwielbiam oglądać takie filmy, tak książki nie są dla mnie. Mam za delikatną naturę? Nie wiem, ale w każdym razie jak na mnie jest za mocna.

Autorka ma bogate słownictwo, co widzimy już od pierwszej strony, opisy przyrody, zdarzeń i nie tylko ma opanowane do perfekcji. Bohaterowie są wyraźni i z charakterem, każdy z nich ma swoja „wizje”. I jak na debiut jest to genialne wybicie się na rynek polski, gdzie jest mnóstwo mało wartych książek. Ta jest jedna z tych, o którą fani mocnych wrażeń będą się bić.

Tak wiem... wszystko ładnie pięknie. To nie możliwe, by debiut był taki udany. Ale ten jest. I szczere gratuluje autorce tak „strasznej” książki, bo ja zwykle czytająca romanse, czytając tą książkę, byłam przerażona i to nie chodzi o to, że była kiepska, po prostu była przerażająca bez dwóch zdań. Jestem jak najbardziej za tym, by Pani Iza pisała więcej takich książek, po które będę sięgać, jak tylko pojawią się w sprzedaży. „Kostka” trafia na moją półkę z ulubionymi, mino że nie jest to coś dla mnie. To kładę ją tam dlatego, że autorka miała genialny pomysł i wykorzystała go jak najlepiej mogła. Za to należy się miejsce na każdej ulubionej półce. Bo co jak co, ale do napisania takiego czegoś trzeba mieć nie lada, wyobraźnie, zainteresowania, ale także trzeba umieć to napisać. Gratuluje genialnego debiutu i życzę wielu wydanych książek.

A teraz taki bonus, ode mnie i autorki, krótki wywiad.

Pierwsze pytanie jakie zawsze zadaje to, kiedy zaczęło się twoje pisanie? Twoje pierwsze napisane historie?

Pierwszą „powieść” napisałam w wieku sześciu lat. Do dziś pamiętam emocje towarzyszące jej powstawaniu: wyskakiwałam z łóżka o czwartej nad ranem, aby przed pójściem do zerówki napisać zdanie albo dwa, albo dokończyć rysunek. „Książka” nosiła tytuł „Przygody Mustanga” i miała dziewięćdziesiąt sześć stron – dokładnie tyle, ile zeszyt, w którym ją spisywałam. Na każdej stronie było kilka linijek tekstu, resztę zapełniała ilustracja. Dwójka głównych bohaterów Mustang i jego przyjaciółka – dziewczynka Jennifer – przeżywali „zapierające dech w piersiach” przygody. Niektóre z nich – jak możecie się domyślać – były… krwawe. Kilka razy dzielny konik ocierał się o śmierć, ale ostatecznie historia zakończyła się szczęśliwie. W kontekście finału „Kostki” zakończenie dziecięcej opowiastki jest niemal herezją :)

Twoja debiutancka książka „Kostka” jest raczej dla ludzi o mocnych nerwach. Co cie natchnęło, bądź skąd wzięłaś pomysł na taką fabułę?

Inspirację do pierwszej sceny z „Kostki” podsunęła mi natura. Spaceruję przez zaśnieżony las („Kostkę” zaczęłam pisać w grudniu). Zbaczam ze ścieżki, wchodzę w tunel uginających się pod śniegiem drzew. Nogi zapadają się w puchu… A jeżeli nie odnajdę powrotnej drogi? Zapadł zmrok; kto wie, kogo mogę spotkać w leśnej głuszy. Na szczęście mam latarkę, telefon oraz inne „niezbędniki”.

Jak czułby się w tych okolicznościach przyrody porwany i zaszczuty do biegu człowiek, który nie rozumie przyczyn sytuacji, którego strach przyprawia o obłęd? A na końcu ścieżki czeka na niego ZŁO?

To podczas zimowego spaceru narodził się we mnie pomysł na „Kostkę”. Fascynuje mnie mroczna strona umysłu, od początku wiedziałam, że będzie to opowieść o psychopacie. O psychopacie mającym w sobie urok, niestroniącym od czarnego humoru (wierszyki!), z własną moralnością; koniecznie o psychopacie-lekarzu. Medycyna to mój drugi, po psychologii, „konik”.

Darren Weston, bohater kolejnej powieści, „Koloru obłędu” (w pisaniu) dla odmiany jest weterynarzem. Wiedza to władza, często nad śmiercią i życiem. Osadzenie dysocjacyjnego bohatera w profesji związanej z medycyną stwarza nader interesujące możliwości w zakresie fabuły.

Muszę dodać, że w „Kostce” jest pewna osobista scena – to scena pożaru. Odczucia bohatera są niemal tożsame z tymi, których doświadczałam – i to chyba czuć podczas lektury. Miałam dwanaście lat i po raz pierwszy poczułam oddech śmierci. Skończyło się na strachu i emocjach, które uwieczniłam w „Kostce”.

Jaka jesteś z natury? Miła słodka, czy raczej, stanowcza i władcza? Pytam ponieważ ja i pewnie wielu innych czytelników, chce wiedzieć skąd w kobiecie wiedza i chęć opisywania, takich scen nazwijmy je brutalnymi.

Autor zawsze zawiera w bohaterach cząstkę siebie. Oczywiście nadałam postaci Marvina pewne własne cechy. Jakie?... Niech pozostanie to moją (i bohatera) słodką tajemnicą. Żeby zaspokoić Waszą ciekawość dodam, że posiadam tatuaż identyczny z tym, jaki nosi doktor Cross, a szczegółowo opisany charakter pisma Marvina jest moim własnym.

Norweska autorka kryminałów, Yrsa Sigurdardóttir napisała: "Dobra książka nie powstanie, jeżeli autor nie sympatyzuje ze swoimi bohaterami". To, czy „Kostka” jest dobra, pozostawiam ocenie czytelników, ale nie ukrywam, że obdarzyłam Marvina niemałą sympatią – to da się wyczytać z kart książki, dlatego miło mi, że ta sympatia do doktora udziela się większości czytelników.

Jeżeli chodzi o płeć pisarza, to według mnie nie ma ona znaczenia; liczy się opowieść. Narracja w „Kostce” jest prowadzona w znacznej mierze w pierwszej osobie; żeby Marvin –bohater-narrator był wiarygodny, na czas pisania stawałam się nim – myślałam jak doktor, przetwarzałam powieściową rzeczywistość jego oczami. Podobnie postępuję przy tworzeniu kolejnej powieści. To fascynujące intelektualne doświadczenie, pozwala umysłowi nie skostnieć i zachować świeżość oglądu – także w prawdziwym życiu.

Potrzebną do fabuły wiedzę czerpię z tak zwanej „bazy”: czytam publikacje na wybrany temat (np. transplantacja nerek), sporządzam notatki i wykorzystuję je w pisarskiej praktyce. Przykładowo informacje o budowie elektrycznych zabezpieczeń w „laboratorium” Marvina czerpałam aż z trzech artykułów.

Brutalność?... „Kostka” jest thrillerem o chirurgu-psychopacie, o miłośniku sadyzmu, także seksualnego. Z tej racji pewne sceny były nieuniknione. Jednak nie one są najważniejsze – na kartach „Kostki” zachęcam czytelnika, aby zadumał się nad kondycją człowieka – zarówno doktora Crossa, jak i innych postaci – Jerry’ego „Aniołka” Savage’a, jego ojca „Dzikusa” albo kochanki doktora – Melanie.

Głównym bohaterem „Kostki” jest ludzki umysł.

A na co dzień czym się zajmujesz?

Jako copywriterka jestem co dzień jestem swoją własną szefową. To wymaga samodyscypliny: wstawania przed szóstą, racjonalnego rozplanowania dnia między realizacją zleceń, a pisaniem. Trzeba znaleźć czas na (codzienną) aktywność fizyczną – sport naprawdę pobudza neurony do wzmożonej pracy! Zlecenia, jakie otrzymuję, najczęściej są skrajnie różne od tego, co tworzę jako autorka. Dla mnie to zaleta, która dodaje umysłowi giętkości. Rosnące grono stałych klientów tylko to potwierdza.

Czy ciężko było wydać książkę na polskim rynku?

Wydawnictwo Novae Res z Gdyni było jednym z dwóch (drugie poprosiło mnie o kontakt w sprawie „Kostki” za… dwa lata), które odpisało na moją ofertę, a „Kostkę” wysłałam w zasadzie większości do wydawnictw – zarówno do uznanych, jak i niszowych oficyn. Myślę, że „anonimowość” na literackim rynku jest bolączką debiutantów. Mało, które wydawnictwo ma „odwagę” postawić na nieznane nazwisko, nawet jeżeli fabuła książki może być obiecująca. Tym bardziej należy doceniać wydawnictwa, które dają szansę „nieznanym”. Każda przygoda, także ta pisarska, rozpoczyna się od pierwszego kroku… tzn. pierwszej książki.

I ostatnie, co byś poradziła osobom, które lubią pisać podobnie do ciebie, mocne sceny, ale się wstydzą albo boją się tego jak będą na to patrzeć inni?

Jeżeli żyje w tobie opowieść, spisz ją najlepiej jak potrafisz. Jedyne, co musisz zrobić, to zacząć pisać. Słowo po słowie, zdanie po zdaniu, akapit po akapicie. Strach przed porażką powoduje, że wiele ciekawych historii umrze na dnie szuflady. Nie oglądaj się na innych. Z pewnością znajdzie się grono czytelników, których zafascynuje twój przekaz. Zresztą nigdy nie powstała książka, która wszystkim przypadnie do gustu. Jeżeli coś jest „dla wszystkich”, to tak naprawdę jest dla nikogo. Nawet najpoczytniejsi pisarze mają zagorzałych krytyków. A więc palce na klawiaturę i do dzieła!

21:24

#1 Pięćdziesiąt twarzy Greya

Ponieważ książką zbija rekordy w każdej dziedzinie i ja się przemogłam by ją przeczytać to postanowiłam napisać wam co nieco o niej. Do niedawna, gdy słyszałam „Pięćdziesiąt twarzy Greya” widziałam jakiś kryminał, a że ja nie lubię kryminałów nie ciągnęło mnie do nich, ale ostatnio uświadomiono mi, że to erotyk. No to pierwsza myśl „Erotyk i taki sławny, a ja nic nie wiem?!” jednak i tak minęła jeszcze chwila zanim sięgnęłam po to cudo. Koleżanka powiedziała mi mniej więcej o czym jest ta książka i byłam pesymistycznie zastawiona, dlatego najpierw ją ściągnęłam, jednego dnia, przeczytałam dwadzieścia stron i mówiłam dość. Co za tragedia, ale dałam jej drugą szanse i co?
Następnego dnia usiadłam z rana i książkę miałam przeczytane w półtora dnia! Na początku wydawała mi się dziwna, i mówiłam stanowcze „ On jest chory!” ale strony leciały dalej, ja wciągałam się coraz mocniej i pod koniec dnia byłam już uzależniona od Greya. Zgadzam się w stu procentach, że książka jest po prostu majster stykiem. Gdy odkładałam ją na bok by coś zrobić czułam się jak dziecko, któremu zabrali najlepszą zabawkę.
Nie chce tu omawiać techniki pisania, ani stylu, ani tych wszystkich rzeczy, miałam parę „ale” w niej, podczas opisów otoczenia itp. jednak dialogi i sama fabuła kupiły mnie bez reszty.
Podziwiam autorkę, że potrafiła zrobić z takiej niby prostej rzeczy jakiej jest seks. No bo nie ukrywajmy nie ma w nim wiele trudnego, opisy w wielu książkach pozostawiają dużo do życzenia. Za to Pani E L James zrobiła to idealnie, nawet pejcze, kulki wkładane do pochwy i sprawie orgazmu jednym z tych pejczy było po prostu PIĘKNE. Nie wierze, że to mówię, ale ta książka to po prostu cudo. I od dziś, gdy będę u faceta widzieć szarobłękitny krawat, do mojej głowy będzie wpadać jedna myśl. Grey. Ale jednak w tej, nie ma tylko seksu, jest uczucie. Głębokie uczucie, które łączy dwoje ludzi. Mimo różnych okoliczności, wielu przeciwności losu, nie poddają się. Nie mogą żyć bez siebie. I to jest dla mnie pojęcie prawdziwej miłości. Nie zawsze było dobrze, nie zawsze wszystko szło jak z płatka to chcieli siebie. Kochali się z wadami i zaletami.
Pierwsza część, druga i trzecia. Seria o Greyu trafia do kolekcji moich ulubionych książek. A także polecam ją wszystkim tym którzy lubią książki erotyczne i nie tylko. Jest w niej humor, pikanteria, zmysłowość, łzy i nade wszystko miłość. Czyli to wszystko co kocham, gdy mam przed sobą jakąś historie lubię by pozostawiała po sobie chęć na więcej. Pani James na pewno taką książkę zrobiła i wcale nie dziwie się, że utrzymuje się tak wysoko na liście New York Times-a.
Polecam wam, przeczytajcie, jeśli nie czytaliście i dajcie znać czy wam się podobało.

14:38

Świat pisany słowami, wywiad z Kasia Bulicz-Kasprzak

Jako dzieci zawsze czytaliśmy lektury, jako nastolatkowie buntowaliśmy się gdy kazano nam czytać lektury i woleliśmy streszczenia, które szybko się przejrzało i mówiło się „ Ja już przeczytałam/łem”. Nie raz, od czasu do czasu wpadała nam w ręce książka, którą sami z nieprzymuszonej woli czytaliśmy, ale co potem? Jako dorośli ludzie, większość z nas nie zdaje sobie sprawy, że dzięki książkom rozwija nam się słownictwo, wyobraźnia, a nawet zaczynamy inaczej postrzegać świat.
Dramaty tworzą specyficzny radosno-melancholijny nastrój, ale i sprawiają, że gdy skończymy czytać, książka zostawia po sobie jakiś ślad w naszych sercach i duszach.
Horror i kryminał trzyma w napięciu do ostatnich stron, gdzie osoby, których się nie spodziewaliśmy są winni naszego strachu.
Romans idealnie sprawdza się wtedy gdy chcemy przenieść się do innego świata zmysłowych kochanków i ich rozterek.
Fantasy pokazuje nam inne losy ziemi, ukazuje elfy, demony, anioły, wampiry. Wszystko to co idzie wymyślić i dobrze opisać.
Jednak żebyśmy mogli przenieść się i wczuć w te wszystkie historie, które nas odrywają od problemów, potrzeba kogoś utalentowanego z dużą wyobraźnią i zdolnościami, które są w nich od urodzenia. Ja miałam okazje poznać i porozmawiać z taką osobą. Kasia jest pisarką o wielu zainteresowaniach, ale jej debiut to wygrany konkurs Wydawnictwa Nasza Księgarnia. Książka stała się hitem, co nie było zdziwieniem, a do tego niedawno pojawiła się druga historia jej autorstwa.
Biega w maratonach, zajmuje się domem, a do tego znajduje czas na pisanie cudownych książek. Tak to na pewno, bez dwóch zdań jest talent Kasi Bulicz-Kasprzak.
Tradycyjne pytanie u mnie. Kiedy to się zaczęło? Ile miałaś lat, gdy zaczęłaś pisać swoje pierwsze prace?
Dużo. Literacko należę do późnych debiutów. Pisałam w liceum wypracowania, trochę wierszy – wiadomo, na polonistyce różne prace okołoliterackie, ale literatury fabularnej nie tworzyłam do 2011 roku. czyli do konkursu wydawnictwa Nasza Księgarnia. Pierwszą książkę napisałam na konkurs i jakoś tak poszło.
Każdy z nas ma jakiś sposób na rozładowanie emocji kumulujących się w naszych organizmach, czy ty rozładowujesz się bardziej w pisaniu czy bieganiu?
To zależy. Mówi się, że żadna złość nie trwa dłużej niż pięć kilometrów i to jest prawda. Bieganie pomaga mi radzić sobie z takimi negatywnymi, agresywnymi emocjami. Na te smutne i depresyjne lepsze jest pisanie.
Tu się zgodzę, teksty pisane podczas smutku, nasiąkają nim i da się w nich wyczuć to co autor do nich "wlał". A do wzięcia udziału w konkursie wydawnictwa Nasza Księgarnia ktoś cie namówił, czy sama chciałaś sprawdzić swoich sił?
Sama chciałam. Lubie rywalizacje i konkursy, nie tylko dla laurów. Podoba mi się idea współzawodnictwa i porównywania swoich możliwości z innymi. Ale mój maż miał w tym spory udział, zachęcał mnie i pilnował. Bardzo pomogła mi moja mama, która zorganizowała mi trochę czasu wolnego, żebym mogła spokojnie pisać.
Pomoc bliski jest bardzo ważna, gdy chcemy coś osiągnąć. Gdy my już nie mamy sił, oni zawsze sprawia, że rano wstajemy jak nowo narodzeni i gotowi do dalszej walki.
To prawda.
Nie pamiętam gdzie, ale przeczytałam gdzieś, że na swoim koncie masz skończonych trzy tysiące opowiadań i książek, nie wydanych ale tak lezących w szufladzie.
To nie o mnie, albo ktoś grubo przesadził.
Ile masz w takim razie skończonych książek, czekających by ujrzeć światło dzienne?
Tak naprawdę skończonych to jedną, trzy inne w różnym stopniu zaawansowania. Pisze szybko, ale czasem jest tak, że po napisaniu coś mi się w historii nie podoba i zaczynam ją od początku. Przerabiam, zmieniam, dopisuję.
To raczej normalne, jak każdy pisarz chcesz, by dzieło było idealne pod każdym względem.
To prawda. W procesie pisania bywa, że coś nam się podoba. Kiedy wracamy do tego po jakimś czasie mamy inne spojrzenie. Wtedy następuje wykreślanie.
I praca zaczyna się od nowa, znam to:) A skąd bierzesz pomysły? Czy jest coś co pomaga ci wymyślić nowa historie, czy po prosty pstrykasz palcami i już masz?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, jest jakoś tak po środku. Czasem idę ulicą i nagle super pomysł przychodzi mi do głowy. Czasem o czymś myślę i myślę i kiedy wydaje mi się, że to świetne siadam, próbuje pisać i okazuje się, że nie da się na tym zbudować historii.
Czyli raczej u ciebie działa metoda "olśnienia" lub jak ja to mowie, jak w bajkach zapala ci się żarówka nad głową.
Olśnienie to chyba za dużo powiedziane, ale zdarzają mi się przebłyski. Biegam, mam dobrze dotleniony mózg i on pracuje.
A żeby pisać potrzebujesz jakiegoś bodźca? Czytałam w pewnej książkę, że jeśli pisarz podczas swojej pracy skupi swoja uwagę na jednej rzeczy to lepiej mu się pisze. Na przykład włączy sobie jakąś piosenkę, która leci, w kolko, albo jest to jakaś maszyna. Też masz coś takiego?
Mam przedmioty, które towarzyszą pisaniu książek. Przy "Nie licząc kota" nie ściągałam bransoletki z malachitem. Kiedy miałam pustkę w głowie patrzyłam na nią, zamiast błądzić wzrokiem za oknem. To pomagało, ale zupełnie nie działało przy drugiej książce. Wtedy postawiłam sobie przy komputerze zabawkę mojego syna - Bakugana, to taka kulka, która zamienia się w stwora. Wyobrażałam sobie, że siedzę w takiej kuli i nie słyszę/widzę świata zewnętrznego. Ale pisząc ostatnia powieść nie miałam nic i też się udało.
Czyli nie zawsze ta zasada się sprawdza, w każdym razie u ciebie. A na koniec może coś powiesz, młodym osobom, które chcą spróbować swoich sił w pisarstwie i marzą o wydaniu książki?
Ja bym to rozdzieliła. Jedno to pisanie książki, drugie to wydanie. Tak jest łatwiej ogarnąć się i skupić. Bo przecież trudno marzyc o wydaniu czegoś, czego jeszcze nie ma. Pierwsza sprawa - pisanie. Zachęcam do tego wszystkich. Pisanie pomaga się skupić, zrelaksować, pozbyć negatywnych emocji. Jest terapeutyczne. To świetna zabawa. I żeby to zrobić wystarczy usiąść i przy pomocy długopisu, czy klawiatury przelać swoje myśli, pomysły na papier. Druga sprawa to wydanie. Jeśli napiszemy książkę i jest ona dobra, trzeba iść do wydawcy. Przedtem należy zweryfikować dwie rzeczy - czy naprawdę jest dobra i czy podoba się czytelnikom. Czytelnik to nie jest najlepsza przyjaciółka, tylko osoba, która czyta i się zna. Książka nie powinna mieć błędów, powinna być przyjemna w czytaniu, poprawnie edytowana. Porady jak to zrobić można znaleźć w internecie.
Czyli kilkoma słowami, prościej książkę napisać, niż tą książkę wydać.
Wcale nie. Dobrą czy bardzo dobrą książkę bardzo łatwo wydać i jednocześnie trudno napisać.
Skomplikowany świat pisarzy. Dziękuje ci Kasiu za odpowiedzi i życzę dalszych sukcesów jako pisarka, biegaczka.
Dziękuję. Bardzo przyjemnie mi się rozmawiało. Życzę Ci spełnienia pisarskich marzeń.
________________________________
I jak wam się podobał?:)

21:55

Muzyka z przesłaniem czyli wywiad z pARTyzantem

Muzyka z przesłaniem czyli wywiad z pARTyzantem

Muzyka łączy wiele kultur i narodów. Od wieków sprawia, że ludzie staja się bardziej tolerancyjni, przestają zwracać uwagę na kolor skóry i pochodzenie autora utworu. Ważniejsze dla nich jest, by dźwięki grane przez niego sprawiały, że po ciele przechodzą nam ciarki, te momenty zapomnienia, a także wielu osobą łatwiej jest podnieść się z trudnych przeżyć dzięki melodiom.
Rock, pop, jazz, metal, hip-hop, każdy z nas znajdzie swój ulubiony gatunek i w nim będzie czuł się niesamowicie.
Dla mnie dźwięki wydobywające się z przeróżnych instrumentów to coś cudownego. Powodują, że każde troski znikają, a ja czuję się wolna.
Dlatego takim zaszczytem było dla mnie przeprowadzenie wywiadu z mężczyzną, który zyskiwał fanów wtedy, gdy w naszym kraju pojawiały się nowe kapele i nowe hity, muzyka wręcz rozkwitała wtedy na całym świecie. Na swoim kanale na You Tube jest znany jako pARTyzant. To tam wstawia filmiki z coraz to nowymi utworami, niektóre z nich są zagrane na gitarze, którą widziałam pierwszy raz w życiu właśnie na jego filmach. Zasięgnęłam opinii i nazywa się ona „dwugryfowa”, wygląda oryginalnie, ale jak dla mnie granie na niej to hard core. I teraz nazwa, która do niedawna była dla mnie czarną magią, teraz kojarzy mi się z tym mężczyzną, który odpowiedział na kilka moich pytań.

Od wielu lat Pan gra i komponuje, ale ja mam takie pytanie, które zadaję wszystkim na taki początek. Kiedy to się zaczęło? Ta fascynacja muzyką i grania na gitarach?

Wszystko zaczęło się od mojego taty, który podczas wszelakich rodzinnych uroczystości grał na akordeonie. Od najmłodszych lat byłem zatem otoczony muzyką i to graną na żywo.
Gdy miałem kilka lat ( co znam jedynie z opowieści rodziców ) pozostawiony na kanapie akordeon wpadł w moje ręce i na tyle skutecznie próbowałem coś na nim zagrać ,że ojciec postanowił mnie szkolić ... Tak zaczęła się moja przygoda z muzyką lecz nie gitarą. Drugim ważnym wydarzeniem , które to zdefiniowało moje dalsze losy był koncert grupy Metallica w lutym 1987 roku w katowickim "Spodku". Uczestnicząc w tej niezwykłej uczcie muzycznej zapragnąłem zostać gitarzystą. Tak też się stało .
Kiedy pojawiła się pierwsza gitara?
Pierwsza własna gitara to klasyczna NRD-owska Musima przywieziona za równowartość pięciu dolarów z "zagranicznych" wczasów z moimi rodzicami. Bardzo przyzwoity instrument, przy którym spędzałem całe popołudnia mojego nastoletniego życia.
Wyobrażał Pan sobie kiedy był małym chłopcem, że jako dorosły mężczyzna będzie Pan jeździł po Polsce i dawał koncerty, a także udzielał wywiady?

        Jako mały chłopiec nie, ale jako nastolatek tak. Generalnie zawsze miałem bujną wyobraźnię czego nie uważam za wadę. Trzeba marzyć bo marzenia są motorem naszych dążeń. Muszę przyznać, że moje pragnienia w dużej mierze się spełniają. Oczywiście potrzebna jest do tego konsekwencja i determinacja ale to sprawia, że tym lepiej smakuje osiągnięcie jakiegoś celu.
Czy gdy Pan zaczynał, pojawili się tacy, którzy krytykowali Pana granie? I jeśli tak to, jak działała taka krytyka? Zniechęcała czy raczej działała tak, że starał się Pan jeszcze bardziej?
Konstruktywna krytyka jest dla mnie czymś bardzo pożądanym. Jeśli coś mogę zrobić lepiej i mówi mi to ktoś kto ma o tym pojęcie, to czemu go nie posłuchać? Wręcz zabiegałem o opinie na temat mojej gry. Dzięki nim zacząłem na przykład ćwiczyć z metronomem bo równość grania nie była moją najmocniejszą stroną;) Natomiast krytyka dla samej krytyki to zjawisko, na które z lepszym czy gorszym skutkiem próbowałem zamykać uszy. Krytyki nie da się uniknąć. Można ją jedynie sklasyfikować i wykorzystać na swoją korzyść.

A jakie są dalsze plany? Wiem, że ma Pan zaplanowane koncerty do końca roku, ale nie jest też tajemnicą, że gra Pan w zespole. Co z nim? Jakieś płyty?

Aktualnie gram jedynie w duecie z moim synem Mikołajem jako pARTyzant. Skończyliśmy właśnie miksować naszą płytę "Guitar Cinema", na której znajduje się 15 kawałków w czym większość interpretacji muzyki "około filmowej". Nasza YouTube'owa publiczność prosiła nas o taki materiał od kilku ładnych lat. Album pomimo wykorzystania małego instrumentarium ( gitara i perkusja, czasem cajon ) brzmi pełnie. Jestem zadowolony z tego materiału i najpóźniej do końca roku zamierzamy go wydać. Jesteśmy również w przededniu startu naszej trasy koncertowej "Gitarowa OFFensywa" podczas, której "zjeździmy" Polskę od morza do Tatr ( https://www.facebook.com/events/1411174029095379/). W międzyczasie zagościmy również poza granicami kraju. Bardzo pracowita jesień i zima nas zatem czeka, co cieszy niezmiernie.
Pana syn gra z Panem w zespole. Rozumiem, że smykałkę do muzyki odziedziczył po Panu? Cieszy się Pan z tego, że dla niego muzyka jest również taka ważna?
Mikołaj pomimo młodego wieku ( 17 lat ) jest bardzo dojrzałym artystą. Odpowiada mi jego myślenie muzyczne a na scenie, jak i zresztą poza nią, rozumiemy się bez słów. Umożliwia nam to nieustanne improwizowanie co sprawia, że każdy koncert przynosi naszym słuchaczom niespodzianki. Nigdy go nie zmuszałem a nawet nie zachęcałem jakoś szczególnie do grania. Sam poczuł tego bakcyla i to bardzo wcześnie bo gdy miał zaledwie kilka lat już bębnił po dziadkowych pufach i garnkach. Teraz zaczyna go też ciągnąć do gitary i śpiewu ... Cóż, młodzieniec poszukuje swojej ścieżki i bardzo dobrze.
Wyobraża Pan sobie życie bez muzyki?
Muzyka jest stałym, ważnym elementem mojego życia ale nie jest najważniejsza. Więc jeśli z jakichś nadrzędnych powodów musiałbym ją ograniczyć w moim życiu, czy nawet z niej zrezygnować, tak bym zrobił. Nie sądzę jednak, by takie powody miałyby nastąpić.
I ostanie pytanie. Pewna osoba, która pchnęła mnie bym do Pana napisała, poprosiła bym dowiedziała się ile posiada Pan gitar?
Raptem siedem przy czym szczególnie upodobałem sobie dwie - dwugryfowego Mensingera Monstera oraz Gibsona Les Paula Customa. Nie jestem typem kolekcjonera i nie chcę spędzać całych dni na dbaniu o gitarowy arsenał - wolę wtedy grać. Najlepszym obrazem mojego myślenia w tym kierunku niech będzie ta opowiastka :
Jednym, by unieść ciężar swoich materialnych dóbr niezbędny jest dźwig, innym wystarczą kieszenie. Gdy pierwsi będą szukać odpowiedniej maszyny, drudzy raczyć się będą zawartością swych kieszeni...
Idę zatem grać ;)
I jeszcze jedno :
Dziękuję Dominiko za wywiad, pozdrawiam czytelników Twojego bloga i życzę wytrwałości ;)
Również dziękuję za miłą rozmowę.
Jak widzicie Pan Krzysztof to kolejna osoba, która dzięki wytrwałości i wierze w siebie osiągnęła to o czym marzyła. Robi to co kocha, tak jak wielu ludzi, którzy uwierzyli w siebie i spełnili się w tym co uwielbiają, bez czego nie mogą żyć. A ja dzięki tej rozmowie, nabrałam tylko jeszcze większej chęci by pójść na koncert tego Pana i wiem, że jak nadarzy się taka okazja wybiorę się, nic mnie nie powstrzyma przed tym.
Z wielką przyjemnością zapraszam was na Facebooka pARTyzanta. A także umieszczam trzy wybrane filmiki. 
Zdjęcia Marek Toczko
Zabraniam kopiowania zdjęć, gdyż dostałam je prywatnie jedynie na potrzeby tego wywiadu. 


Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger