11:56

#185 Recenzja książki "Dzień 7" Kerry Drewery

#185 Recenzja książki "Dzień 7" Kerry Drewery

A Ty co jesteś w stanie zrobić dla bliskiej osoby?

Cela 7 znalazła się w spisie najlepszych książek ubiegłego roku. Nigdy nie ukrywałam, że ta powieść mnie poruszyła i stałam się jej ogromną fanką. Recenzja pierwszego tomu była czystą przyjemnością i nie mogłam się doczekać, aż w swoje łapki dorwę drugą część. Kiedy wyszła informacja o dacie premiery Dzień 7, cieszyłam się jak głupia. Dosłownie, jarałam się jak dzwonek! Oczywiście czekanie na egzemplarz recenzencki było czystą formalnością i gdy przyszła paczka od razu nagrałam filmik z jej udziałem (pojawił się na fanpage, ale wstawię Wam go także na koniec tej recenzji). Wszystko pięknie, ładnie, jednak jedna myśl nie dawała mi spokoju. Czy drugą część mojej kochanej Celi 7 dotknie „klątwa drugiego tomu?” Bardzo się tego bałam, gdyż spotkało mnie to już nie raz przy książkach, gdzie pierwszy tom był cudowny, idealny, a drugi... no klapa. Jak sprawdził się Dzień 7? Co się wydarzyło?
Martha nie może się pogodzić z tym, że jej ukochany Isaac został zamknięty w celach śmierci i teraz on będzie sądzony przez ludzi, którzy są zmanipulowani, którym wmawia się kłamstwa. Kiedy Martha była w ostatniej Celi Śmierci Isaac, dowiódł, że to nie ona zabiła, że jest niewinna. Udowodnił, że ludzie wysoko postawieni fałszują dokumenty na swoją korzyść, uciekają od kary. Jednak kiedy tylko wsadzili go do Celi 1, wszystkie dowody zniknęły, nagrania usunięto i sfałszowano tak, że teraz wszyscy chcą jego śmierci. Tylko niewielka garstka osób wierzy w to, że rząd steruje słynnymi programami, ale to za mało, by go uniewinnić. Na dodatek rząd poluje też na Marthę, która musi udowodnić, że to, co zrobił Isaak, zrobił w jej obronie i że nie powinien zostać zabity. Jednak sprawy się komplikują, ludzie są coraz bardziej rządni krwi, wszyscy spiskują i już nie wiadomo komu ufać, a komu nie... Co się stanie z Isaakiem? Czy Marthcie uda się go uratować?
Opis jest krótki, gdyż nie chcę Wam zdradzać za dużo akcji, a zapewniam – zaczyna się ona od pierwszych stron. Prolog, który udostępniłam na Instagramie (link) upewnił mnie, że ta książka będzie genialna. Teoretycznie nie ma w nim dużo, ale za to treść i emocje jakie są tam zawarte sprawiły, że serduszko mi mocniej zabiło. Dalsze czytanie poszło jak z płatka. – gdy tylko dorwałam się do tej książki w weekend, w pokoju można było usłyszeć tylko szelest przewracanych kartek. Gdy mama wchodziła do mnie zawsze siedziałam w tej samej pozycji, z oczami wbitymi w książkę i cóż... kontakt ze mną był mocno utrudniony. Autorka kolejny raz pokazała, że ma genialny pomysł na fabułę, idealnie wszystko rozplanowała, dzięki czemu akcja biegnie szybko, ale w wyważony sposób. Czytelnik cały czas dowiaduje się czegoś nowego, przywiązuje się mocniej do bohaterów, przyziemne zajęcia schodzą na drugi plan i nic więcej się nie liczy. Książka wciągnęła mnie do tego stopnia, że w kilku momentach miałam łzy w oczach.

MARTHA (krzyczy): Pieprzyć spokój! On mi zabił matkę. Celowo ją przejechał. Mieliśmy to na filmie z monitoringu! Isaak pokazał to na żywo w telewizji!
Głos jej się łamie. Publiczność wybucha drwiącym śmiechem.
MARTHA (krzyczy przez łzy): Mieliśmy dowody korupcji! Listy, dokumenty! Nazwiska przekupionych policjantów! Wszystkie kłamstwa czarno na białym!

Dzień 7 to świetna kontynuacja serii. Zdarza się, że autorzy w drugim tomie sporo miejsca poświęcają na streszczenie fabuły pierwszej części. Niby chcą delikatnie wspomnieć, a jednak wtedy mam wrażenie, że czytam drugi raz to samo. Jednak tej książki zupełnie ten problem nie dotyczy! Akcja toczy się swoim torem, nie ma zbędnych sentymentów, wielkiego wracania do wydarzeń – z wyłączeniem momentów, gdy dialog tego wymaga. Moim zdaniem to wielka zaleta – lubię, gdy akcja biegnie swoim torem, a ja mogę dać się wciągnąć w kolejne knucia i intrygi. Jednak to, co mnie zachwyciło to fakt, że poznałam bliżej bohaterów, weszłam głębiej w system karania, jaki jest przedstawiony w książce. Najbardziej cieszę się z tego, że poznałam bliżej Marthę. W pierwszym tomie autor poświęcił jej sporo uwagi, ale trudno dowiedzieć się czegoś więcej o bohaterze, gdy ten przebywa zamknięty w białej celi, nie ma do niczego dostępu, nic nie słyszy – w takich warunkach można oszaleć i jej postać była tak właśnie przedstawiona. Każdego dnia przechodziła kolejne fazy, ale dopiero gdy wyszła na wolność, jej książkowa osobowość jakby rozwinęła skrzydła i dała się poznać na nowo. Czasem mnie irytowała, czasem ją podziwiałam, ale najbardziej wczułam się w jej sytuację i zaczęłam mocno zastanawiać się, co ja bym zrobiła na jej miejscu.

Muszę uratować Isaaca – bełkoczę z ustami pełnymi makaronu, by zmienić temat.
Patrzę na Maxa. Czy powinnam mu powiedzieć o propozycji Patty? Zdradzić jej plan?
Czy nie będzie próbował mi tego wyperswadować?
Jeśli chcę jeszcze zobaczyć Isaaca, jeśli chcę uwolnić niewinnego człowieka i razem z nim walczyk o sprawiedliwość, jakie mam wyjście?

Kerry Drewery to stanowczo moja nowa ulubiona autorka, którą będę czytać zawsze. Cela 7 i Dzień 7 to powieści, które wywołały we mnie ostatnio najwięcej emocji. Jednak zakończenie obu tych książek zostawiło mnie zawieszoną w niepewności. Wiem, że czekanie na Finał 7 będzie okropne, ale zarazem może być to najlepszy tom. Do wyjaśnienia zostało jeszcze wiele zagadek, cały system kar, który bez wątpienia jest wadliwy i przede wszystkim czekam na to, jak potoczą się losy bohaterów. Mam tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi! Dzień 7 to książka, która na pewno znajdzie miejsce w najlepszych książkach tego półrocza, a może nawet i tego roku. Genialna powieść, której nie zapomnę przez długi czas. Nawet nie mam czego się przyczepić... Po prostu chcę kolejną część!!
Moja ocena to 10/10. Gdyby się dało – dałabym więcej.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Młody Book
Autor: Kerry Drewery
Oryginalny tytuł: Day 7
Stron: 449
Data premiery: 15 lutego 2018r.
Za książkę dziękuję


17:27

#184 Recenzja książki "Słodkie Rozkosze" Christina Lauren

#184 Recenzja książki "Słodkie Rozkosze" Christina Lauren

Spełniaj marzenia, nawet jeśli się boisz, że się nie uda!

Dzień, w który otrzymałam plik z książką był brzydki, szary, zimny i jeszcze coś padało za oknem. Nic tylko zawinąć się w koc i zniknąć za sprawą jakiś bohaterów. Plan powiódł się, gdyż do południa dostałam maila od Wydawnictwa Zysk i S-ka z propozycją zrecenzowania Słodkich Rozkoszy. Można powiedzieć, że mieli idealne wyczucie czasu, gdyż miałam gorsze samopoczucie i w sumie cały tydzień siedziałam i czytałam książki. Każdy dzień tygodnia, inna książka. Rozumiecie więc, że nie mogłam odmówić, a nawet, gdy tylko dostałam plik, to od razu zabrałam się za czytanie. Słodkie Rozkosze otwierają nową serię Wild Seasons, tej autorki i mam nadzieję, że będzie równie ciekawa jak poprzedni cykl wydawany przez Zysk i S-ka. A o czym w ogóle to jest?
Trójka przyjaciółek skończyła college i postanawia uczcić to wyjazdem na weekend do Las Vegas. Nie mogą doczekać się relaksu, zapomnienia i przede wszystkim cudownej zabawy. Uważają, że zasłużyły na odpoczynek po takiej ciężkiej harówce jaką ostatnio miały. Pakują się do małego samochodu jednej z nich i ruszają w podróż, zostawiając za sobą wszystkie zmartwienia i problemy dorosłych ludzi. Jedna z przyjaciółek – Mia już na początku pobytu poznaje Ansela, francuza, który zachwyca ją nie tylko swoim ciałem, ale także potrafi sprawić, że Mia mówi więcej, niż przez kilka ostatnich miesięcy, zapomina o swojej nieśmiałości. Oboje przyjechali by odpocząć i zaszaleć, Mia zawsze rozważna i poważna postanawia pójść na całość i spędza z Anselem mnóstwo czasu. Ona ze swoimi przyjaciółki, on ze swoimi, bawią się w szóstkę, a Mia budzi się rano nic nie pamięta. Ma ogromne kaca i … co się właściwie stało? Kobieta jest do tego stopnia zafascynowana Anselem, i tym jak przy nim się czuje, że postanawia zgodzić się na jego propozycję i spędzić z nim resztę wakacji we Francji!

„— Boże, skąd ten upał? — krzyczy z fotela kierowcy.
Stąd, że mkniemy przez pustynię z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę w samochodzie z późnych lat osiemdziesiątych, bez klimy — odpowiada Harlow, wachlując się programem uroczystości. — A przypomnijcie mi, dlaczego nie pojechałyśmy moim samochodem?
Bo czuć go kremem do opalania i podejrzanymi decyzjami?! — wrzeszczę, kiedy odwraca się do mnie gwałtownie z przedniego siedzenia.”

Autorka nie marnowała czasu w tej książce, już od pierwszych stron wchodzimy głęboko w fabułę i zaczynamy podążać za akcja. Wystarczy przeczytać kilka stron, by poznać niesamowite poczucie humoru bohaterek, a także wejść w ich kobiece umysły. Muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało, prawie od początku mogłam się pośmiać. Książkę pochłonęłam w kilka godzin i nie żałuję. Mimo paru minusów, o których wspomnę poniżej, to historia Mii i Ansela pomogła mi oderwać się od tej brzydkiej pogody i chandry, która mnie łapała. Tamten tydzień czytania, był czymś, co pomogło mi wrócić do żywych, jak i również ta książka się do tego przyczyniła. Może okay, nie jest to najlepsze dzieło świata i czytałam lepsze powieści, ale sprawdziła się idealnie, gdy chciałam się zrelaksować, poczytać romans i nie zastanawiać się, co potem. Christine Lauren stworzyły (bo dowiedziałam się, że to duet? Poprawcie mnie, jeśli się mylę) historię, którą przeczyta mnóstwo kobiet i pokochają ją z całego serca. Ja sama, może nie jestem wielką fanką Mii, ale za to Ansel był moim faworytem. Miał wady, ale również i zalety. Wiele autorek, tworzy mężczyzn, który są perfekcyjni, bez wad, dosłownie chodzące herosi.
Teraz pomówię o minusach. Póki byli w Vegas akcja mi się podobała, było zabawnie itd., lecz kiedy Mia poleciała już do Francji, zrobiło się dziwnie. Nie tyle, co się nudziłam, co było … nawet nie wiem jak to określić. Po prostu dziwnie. Wiem, że zabiegiem miało być to, że oni się ledwo znają, a już mieszkają razem i chcą spędzić ze sobą resztę wakacji, więc jest momentami niezręcznie, krępująco czy sztywnie. Tak miało być, ale jak dla mnie skończyło się dziwnie, i póki bohaterowie się nie dotarli, to było dziwnie i nijak. Te momenty mi się nie bardzo podobały i miałam wrażenie, jakby zabrakło pomysłu, więc zróbmy, że czują się niezręcznie ze sobą. Nie wiem jak inaczej to opisać, nie spoilerując wam. Jeśli ktoś czytał, to niech mi napisze, czy mu się podobało co Mia wymyślała, gdy Ansel wracał do domu po pracy.

Jestem Ansel.
Nie zwracam na niego uwagi, wkładając klucz do zamka.
Czekaj! Powiedz mi tylko, jak masz na imię.
Zerkam przez ramię. Wciąż się uśmiecha. Poważnie, w trzeciej klasie jeden dzieciak miał dołeczek i nie budził we mnie takiego uczucia. Ten chłopak powinien nosić na stałe naklejkę ostrzegawczą.
Zamknij się teraz, jutro ci powiem.”

Słodkie Rozkosze to książka na pewno dla miłośników romansów, którzy kochają, gdy pary się poznają, a między nimi iskrzy tak mocno, że mogliby rozpalić ognisko. Moim zdaniem, książka jest poprawnie napisana, zabawna, lekka, a bohaterzy są ludzcy. Wiem też, że na pewno sięgnę po kolejne tomy, gdyż jestem ciekawa tego, co z przyjaciółkami Mii, jak one skończą i kogo sobie wybiorą. Książka jest dobra na tej okres, gdzie nie mamy jeszcze wiosny, ale bardzo jej pragniemy. Rozgrzeje nas, sprawi, że dostaniemy rumieńców i tym bardziej zapragniemy wakacji, by móc mieć własne wakacje niczym z książki.
Ogólnie rzecz biorąc, to polecam tę książkę. Miło spędziłam przy niej dzień, odprężyłam się i jak pisałam na pewno sięgnę po kolejne tomy.
Moja ocena to 7/10
PS: Okładka jest boska!
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Christina Lauren
Oryginalny tytuł: Sweet Filthy Boy
Stron: 394
Data premiery: 12 lutego 2018r.

Za książkę dziękuję


20:19

#183 Premierowa recenzja książki "Chłopak, który bał się być sam" Marieke Nijkamp - Patronat

#183 Premierowa recenzja książki "Chłopak, który bał się być sam" Marieke Nijkamp - Patronat

Gdy koszmar staje się rzeczywistością.

Mój jedyny, ale nie mniej wyjątkowy patronat w lutym, o którym dowiedziałam się z katalogu Wydawnictwa Feeria Young. Opis i okładka zachęcał do lektury, jednak temat w niej poruszany jest tak delikatny, że trzeba naprawdę być ostrożnym, by tego nie zepsuć. Miałam obawy, że autorka nie podoła postawionej poprzeczce. Ostatnio powieści o tej tematyce są przeważnie ciężkie to przetrawienia. Nie mówiąc, że większość autorów, którzy biorą się za takie historie, nie wykorzystuje danego materiału i tworzy z poważnego tematu, papkę dla nastolatek, która nie ma żadnego charakteru. Tak to wygląda przeważnie i to bardzo smutne, jednak przy tej książce miałam naprawdę nadzieję, że dostanę powieść, która mną wstrząśnie i sprawi, że na długo o niej nie zapomnę. Co takiego zrobiła Marieke Nijkamp z bohaterami? Jak wygląda moja ocena?
Miał to być normalny dzień, uczniowie czekali, aż dyrektor skończy swoje przemówienie by każdy mógł pójść w swoją stronę i zacząć robić swoje zadania. Kiedy już wszyscy zmierzali do wyjścia z auli, stało się coś nieoczekiwanego. Drzwi były zamknięte, ale to nie to było najgorsze. Gdy rozległy się pierwsze strzały, uczniowie nie wiedzieli co robić, najpierw myśleli, że to jakiś słaby żart. Jednak w momencie, gdy pierwsze ofiary umierały, zaczęła się panika i strach, nikt nie wiedział, co zrobić. Nauczyciele próbowali bronić uczniów, zapanować nad sytuacją, lecz gdy tylko spróbowali coś zrobić, ginęli. Napastnik nie miał litości dla nikogo. Każdy kto mu się sprzeciwiał, umierał, każdy kto czemuś zawinił w przeszłości musiał umrzeć. To nie był zwykły napad na szkołę, to była zemsta z zimną krwią. Wszyscy się bali, nie wiedzieli czy wyjdą z tego cało, ani czy ktoś im pomoże. Najbardziej bali się ci, którzy znali napastnika. Bowiem to nie był zwykły napastnik, to był jeden z uczniów, który stwierdził, że ma dość tego wszystkiego i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce...
Nauczyciele stojący najbliżej drzwi próbują przedrzeć się do Tylera, ale on strzela do nich jak do kaczek; do każdego, kto podejdzie zbyt blisko. Za każdym razem, gdy słyszę wystrzał, wzdrygam się. […] On ich zastrzelił. Boże drogi. To nie może być prawda.

Przyznaję, że kiedy zaczęłam czytać i zobaczyłam, jak często zmieniają się bohaterowie, to trochę się zniechęciłam. Jednak akcja, jaka się rozgrywała w książce jest tak wciągająca, że po chwili zupełnie mi to nie przeszkadzało. Losy bohaterów są poruszające, cierpimy razem z nimi i boimy się razem z nimi. Byłam jednocześnie przerażona, ale także zafascynowana tym, jak autorka genialnie sprawdziła się w tym temacie. Nie przekroczyła żadnej granicy, ale także poruszyła idealnie każdą strunę jaką mogła. Z przykrością muszę stwierdzić, że brakuje takich książek na rynku, poruszających trudne tematy. Na świecie jest mnóstwo osób, które są poniżane, okaleczają się, które nie dają sobie rady z rzeczywistością. Dlatego warto o tym rozmawiać, chociażby w książkach. Nie trzeba pisać tylko o seksie i miłości, bo to się sprzedaje, można również napisać o czymś, co poruszy czytelnika w całkiem inny sposób – tak jak zrobiła to Marieke.
Jak wiadomo, co książka to inna interpretacja i tak jest z Chłopakiem... Ja uważam, że jeśli by wziąć bohaterów na sto procent serio, to można by powstrzymać tę tragedię. Kiedy Tylera (strzelec) spotkała tragedia, zamknął się w sobie i skrywał swoje emocje coraz bardziej. Na początku ludzie zwracali na niego uwagę i chcieli mu pomóc, ale nie widząc zachęty z jego strony, zrezygnowali. I moim zdaniem, gdyby ktoś tak naprawdę postarałby się i wszedł w psychikę tego chłopaka, gdyby ktoś nie ukrywał tego co wie, to można by powstrzymać to wszystko. Jednak tak się nie stało. Chłopak czuł się sam, porzucony, zostawiony samemu sobie, a to poskutkowało tym, że postanowił się odegrać na innych. To mnie chyba najbardziej przeraziło w tej książce. Do czego jest zdolny nastolatek, który znalazł się na krawędzi i nic już go nie trzyma przed tym, by zrobić coś niebezpiecznego. Z jeden strony jestem zła, że wybrał tę drogę, ale w sumie nigdy nie dowiemy się, co tak naprawdę go popchnęło do tego.

Nie zawsze możesz zatrzymać przy sobie ludzi, których kochasz. Nie zawsze możesz przeżyć swoje życie w jednym miejscu. Świat został stworzony po to, by się zmieniać. Ale tak długo, jak długo pielęgnujesz wspomnienia i tworzysz po drodze nowe, bez względu na to, gdzie jesteś, zawsze będziesz w domu.”

Chłopak, który bał się być sam jest powieścią, która powinna poruszyć każdego czytelnika. Książka jest genialna w każdym stopniu, podczas czytania byłam wzruszona do tego stopnia, że miałam łzy w oczach, do tej pory nie mogę się pozbierać. Nie tylko dotyczy trudnych kwestii, ale również daje do myślenia. Sprawia, że po skończeniu, zastanawiamy nad wszystkim, jesteśmy zawieszeni i nie wiemy, co dalej. Na długo ta lektura pozostanie w moim sercu i będę ją polecać każdemu. A patrząc na wydarzenia z Florydy, jestem przerażona tym, że wydarzenia z książki są tak bardzo realne.
Podsumowując uważam, że Chłopak jest najlepszą książką jaką przeczytałam w tym roku. Wiem, że mamy dopiero luty, ale mam przeczytane już ich piętnaście i ta jest stanowczo najlepsza. Podejrzewam, że na pewno znajdzie się w mojej Top 10 2018 roku.
Moja ocena 10/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Feeria Young
Autor: Marieke Nijkamp
Oryginalny tytuł: This Is Where It Ends
Stron: 280
Data premiery: 15 lutego 2017 roku

Za książkę dziękuję


11:10

#182 Od nienawiści do miłości jeden krok: Recenzja książki "Moje miejsce na ziemi" J. Daniels

#182 Od nienawiści do miłości jeden krok: Recenzja książki "Moje miejsce na ziemi" J. Daniels


Nienawiścią niewiele możemy zdziałać. Ważne by przebaczyć i zobaczyć, dokąd nas to zaprowadzi!


Pierwsza recenzja w lutym i muszę was ostrzec, że w ciągu kilku najbliższych tygodni, chciałabym wejść z recenzjami na kanał! To dość duży krok dla mnie, ale dzięki mini filmikom na facebooku, odkryłam, że bardzo lubię „gadanie” i chciałabym opowiadać wam o książkach, nie tylko na blogu, ale także na YouTubie. Zobaczymy jak to mi wyjdzie, robię powolne podchody do tego tematu, ale jeśli zechcecie, postaram się przyspieszyć. Jedną z książek, o których chciałabym wam opowiedzieć, nie tylko na kanale, ale także na blogu, jest powieść Moje miejsce na ziemi od J. Daniels, rozpoczynająca serię Alabama Summer. Poprzednia seria tej autorki o Słodkościach, była bardzo fajna, i podczas czytania świetnie się bawiłam, więc nie było trudno zdecydować czy czytać kolejną powieść spod pióra J. Daniels. Tylko czy ta jest tak samo dobra, jak inne książki?
Mia jest już dorosła kobietą, wie czego chce, wie jak to osiągnąć, nie daje sobą pomiatać, jest całkiem inna niż była jako nastolatka. Nadal z bólem serca wspomina czasy, kiedy była pulchniejsza, nieśmiała, i wstydliwa. A najgorszej wspomina momenty, gdy brat jej przyjaciółki Tessy – Ben dręczył ją, obrażał i poniżał. Mia nigdy tego nie zapomniała, wciąż ma wielką urazę, dlatego kiedy wraca na wakacje do rodzinnych stron, by spędzić czas z przyjaciółką, ma wielką nadzieję, że nie będzie tam Bena. By zacząć dobrze wakacje, dać się porwać szaleństwu, postanawia zatrzymać się po drodze do Tess w przypadkowym barze, poderwać tam przystojnego i ciekawego faceta, a następnie stracić z nim dziewictwo. Dość szalony pomysł kończy się upojną nocą w mieszkaniu mężczyzny, o którym nie może zapomnieć. Wszystko pozostało by tajemnicą, gdy nie to, że kilka godzin owym mężczyzna okazuje się brat Tessy, którego Mia tak nienawidzi. Najchętniej wymazałaby tę noc z pamięci, ale Ben jej na to nie pozwala, ponieważ ta noc nie była tylko dla niej wyjątkowa. Jak się skończy ta zawiła historia? Kto wygra? Mia czy Ben?

Nigdy nie mów kobiecie, że nie może tego zrobić, ponieważ my umrzemy przynajmniej próbując zrobić tę rzecz, którą jesteś tak pewien, że nie zrobimy. Myślę, że kobieca rasa jest całkowicie uparta. Może to wada projektu, ale co tam. Jestem tutaj, aby udowodnić swój punkt widzenia.”

Opis książki może wydawać się klasyczny, schematyczny i nudny, ale możecie mi wierzyć na słowo, że nie jest nudno. Przede wszystkim, uwielbiam bohaterów z tej powieści. Tessa, Mia, Ben, i ci drugoplanowi byli prze zabawni, czytanie było sama przyjemnością. Mimo że w książce jest dużo scen seksu i momentów, nie dla grzecznych dziewczynek, to bardziej skupiałam uwagę, na tym co zabawne. Ponadto, ostatnio nie miałam ochoty na romanse/erotyki, stanowczo na rynku nastąpił ich przesyt i jakoś tak się składało, że trafiałam na te gorsze. Dziękuję losowi, że tym razem udało mi się trafić na książkę, która naprawdę mi się podobała i nie tylko mnie odprężyła, ale także dała nadzieje, że nie jest jeszcze tak źle z rynkiem wydawniczym. Wiem, że to brzmi jak narzekanie, ale ostatnio naprawdę ciężko mi było trafić na coś wartego uwagi. Teraz już wiem, że gdy będę miała gorszy dzień, to sięgnę po jakąś powieść J. Daniels.
Moje miejsce na ziemi to książka o przebaczaniu, o ruszeniu do przodu, o trudnych początkach, ale przede o miłości, która atakuje znikąd. Główni bohaterowie nie mieli łatwo. Biedna Mia, nie może zapomnieć o przeszłości, nie umie wybaczyć Benowi, tego jak ją traktował. Wie, że powinna ruszyć dalej, dać mu szansę, szczególnie, że odkrywa jego tajemnicę, a także Ben stara się i prosi o przebaczenie. Jednak z drugiej strony, rana wciąż jest otwarta i bardzo powoli się goi. Relacje między tą dwójka jest bardzo wyboista i nie ukrywajmy, bardzo namiętna. Iskry aż lecą, gdy są obok siebie, świetnie się dogadują, nie kończą się im tematy do rozmów, wszystko jest pięknie, ale w takich chwilach zawsze coś musi się popsuć. Tutaj muszę wspomnieć o kolejnej zalecie tej książki, gdyż nie posiada zbyt wiele dramatów. Przeważnie romanse, jakie ostatnio czytałam są przesycone dramatami, bohaterowi są rozchwiani i niestabilni, aż w końcu po prostu irytują swoich zachowaniem. Jednak w tej książce nie ma tyle dramatów, oczywiście są sceny, gdy się coś dzieje, emocje są napięte, ale nie ma tyle tego, by zakrawało o abstrakcje.

"Czyżby nie zauważył tej wielkiej fluorescencyjnej strzałki, wskazującej na mnie i wyświetlającej napis: „Ta laska chce, żebyś ją dzisiaj przeleciał”? Cholera. To ciacho z pewnością było świetnym kandydatem na pozbawienie mnie dziewictwa."

Moim zdaniem warto przeczytać Moje miejsce na ziemi. Mnie zaciekawiła do tego stopnia, że na pewno sięgnę po kolejne tomy, nie mogę się doczekać, by poczytać o historii siostry Bena, – Tessy i jej chłopaka... Z resztą dowiecie się więcej, kiedy zapoznacie się z książką! Dla mnie to była świetna zabawa, nie raz i nie dwa, zaśmiewałam się w głos, czy wysyłałam dany fragment koleżance, gdyż musiałam się tym podzielić. Seria Słodka Obsesja, była genialna i mega zabawna, pokochałam tamtych bohaterów. Teraz, przy pierwszym tomie serii Alabama Summer, nie było inaczej. Bohaterzy są zabawni, odważni, głośni, mówiący to, co mają na myśli, a ich historie są zawiłe i emocjonalne.
Polecam tę książkę, gdyż nie tylko poprawi wam humor, ale także wpasowuje się idealnie w te prawie wiosenne dni. Mnie się podobało, dlatego polecam i Wam!
Moja ocena to 8/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Edipress
Autor: J. Daniels
Oryginalny tytuł: Where I Belong
Stron: 320
Data premiery 31 styczeń 2018r.
Za książkę dziękuję


19:26

Top 10 Najlepsze 2017 roku

Top 10 Najlepsze 2017 roku

Styczeń się skończył, a ja dopiero teraz przypomniałam sobie, że nie zrobiłam topki najlepszych książek z 2017 roku. Moim zdaniem to niewybaczalne, gdyż trafiło się kilka takich książek, które sprawiły, że się zakochałam, albo kompletnie „zryły mi mózg”. Mimo że myślałam, iż tych słabych książek było sporo, to wybranie tej dziesiątki było naprawdę ogromnym wyzwaniem. Niby już miałam, ale potem przypominał mi się kolejny tytuł i całą pracę musiałam zaczynać od nowa. Jednak jak wykreślić tytuł, który sprawił, że na nowo pokochało się książki? Wybór był trudny, rezygnacja z niektórych jeszcze trudniejsza, ale ostatecznie wybrałam te 10 powieści, które uważam za najlepsze w 2017 roku! Zobaczcie poniżej, co wygrało!





Ta książka jest na pewno jedną z tych, która na zawsze pozostanie w mojej pamięci i sercu. Już nie pamiętam, co skłoniło mnie do przeczytania Margo, czy namówiła mnie przyjaciółka, czy dostałam skądś, ale jedno jest pewne – to był genialny wybór. Książka nie tylko sprawiła, że mózg mi wybuchł i zrobiła się papka, ale jednocześnie, że nie mogę o niej zapomnieć. Z reguły nie lubię thrillerów psychologicznych, nie mogę się w nie wciągnąć i jakoś tak nie ruszają mnie. Jednak tutaj od początku pojawiła się nić porozumienia, główna bohaterka zaciekawiła mnie w swoją historią, ale za to zakończenie... Tak, ono jest najlepsze i po prostu rozwala system. Jeśli miałabym wybrać książkę z 2017, która najbardziej zryła mi mózg to właśnie Margo. Totalnie polecam i zawsze będę polecać!



Hah, książka, o którą jestem gotowa się kłócić z każdym. Moje przyjaciółki nie lubią, ją uważają za jedną z największych zawodów 2017, ale u mnie jest w top 3 najlepszych. Naprawdę uwielbiam historię Rune'a i Poppy, kocham każdy jej moment, choć gdy zaczynałam czytać to miałam mieszane uczucia, ale gdy zakończyłam, czułam tyle miłości, słodkości i uniesień, że starczyło mi na cały rok, gdyż później każdy romans wydawał mi nudny i płytki. Za to Tysiąc Pocałunków, jest książką totalnie dla mnie. Tillie Cole spotkałam przy jej książkach Raze i Reap, ale to całkiem odmienny gatunek i w głowie mi się nie mieści, jak autorka mogła z takiej brutalności (Raze) przejść do takich uczuć, słodkości, kwiatów itp. jak Tysiąc Pocałunków. Od tej pory jestem jej wielką fanką i wiem, że przeczytam od niej każdą książkę. I motyw ze słoikiem, no Jezu... mogłabym bez końca się zachwycać.



Kolejna powieść, którą mam zamiar chwalić. W ostatnim kwartale 2017 roku, pojawiło się nowe wydawnictwo NieZwykłe, które obiecało wydawać bardzo emocjonalne powieści. Pierwsza ich książka – Terapia, lista chętnych? Ogromna. Zachwyty? Jeszcze większe. Postanowiłam przeczytać również dlatego, że przyjaciółka powiedziała mi, że muszę poznać tę historię, że jest genialna i po prostu muszę. Przeczytałam i się zakochałam krótko mówiąc. Powieść porusza nie tylko trudny temat okaleczenia się, ale również pokazuje, że można wyjść na prostą, że wystarczy się postarać, że życie zawsze daje nam kopa w tyłek, ale warto się podnieść i robić swoje. I po prostu nie mogę zapomnieć o Kingslay'u... On jest mój, po prostu jest najidealniejszym facetem na świecie i ja go kocham. Uważam, że Terapia naprawdę dała radę i dlatego znalazła się na tej liście.



Ach, tak! To by powinno wystarczyć przy tej książce. Tę powieść czytałam również w ostatnim kwartale 2017 i omg, jakie to były emocje. Pod koniec lutego, ma premierę drugi tom tej serii, a ja wciąż nie mogę zapomnieć o pierwszym. Tym razem jest to thriller młodzieżowy, który kocham. Młody Book wybrał genialnie, bo pośród tych wszystkich romansów lub dennych powieści, w końcu spotkałam coś, co sprawiło, że nie mogłam się oderwać od czytania. Zakończenie czytałam akurat w momencie, gdy w moim pokoju był brat (bardzo gościnna ja), i gdy wzdychałam, prychałam, albo krzyczałam coś w stylu „O mój Boże, nie wierzę!” lub w przypadku zakończenia „Wiedziałam, że zakończą tak głupio!! Dajcie mi drugi tom, ale już!” patrzył się na mnie trochę dziwnie. Jednak na swoją obronę mogę powiedzieć, że to zakończenie naprawdę było podłe i nie mogę się doczekać drugiego tomu!


Ach, Jessica Sorensen. Autorka, która na zawsze pozostanie w moim sercu i nigdy nie odmówię przeczytania jej książki. Szczęście się do mnie uśmiechnęło, gdyż ostatnie tomy, jakie wychodzą od Zysk i S-ka są pod moim patronatem medialnym. Zawsze chętnie promuję książki Sorensen. Lila i Ethan nie różnili się od reszty, jednak poruszyli mnie w inny sposób. Ta historia jest wyjątkowa i tak piękna, że nie mogę o niej zapomnieć. Ethan jest idealny i po prostu uwielbiam go z całego seria. Nie tylko sam uporał się ze swoimi problemami, ale także pomógł Lili. Zachował przy tym wszystkie cechy prawdziwego mężczyzny. Ta książka jest po prostu idealna w każdym calu. Gdy skończyłam ją czytać, czułam taką wszechogarniająca miłość i pozytywną energie. Ach i tak, jak Kingslay, Ethan jest mój. Totalnie polecam, bo to było naprawdę cudowne!



Przyznaję, że do tej książki siadałam z nastawieniem na zwykły romans/erotyk, nie spodziewałam się dużo i raczej schematu, ale promocja książki była obiecująca. Jednak, jakie było moje zaskoczenie, gdy w środku zastałam naprawdę dobrą powieść i do tego zabawną! Nie wiem, kto się kryje za pseudonimem Max Monroe, ale bardzo się postarały, bo książka jest genialna! Z tego, co pamiętam, Max Monroe, to dwie pisarki, który razem napisały tę powieść i postanowiły wydać ją pod pseudonimem (lecz nie jestem pewna). Moim zdaniem wyszło im super, powieść jest zabawna, postacie barwne, a ja spędziłam kilka godzin na śmiechu i przeżywaniu wydarzeń z bohaterami! Polecam całą serię – zdradzę, że za mną już drugi tom i jest równie zabawny co pierwszy!


Oczywiście tej książki nie mogło zabraknąć na tej liście. Była również rok temu i dwa lata temu, jeśli się nie mylę. Seria Dworu stała się dla mnie czymś nieodłącznym, nigdy o niej nie zapomnę, zawsze będę kochać Rhysanda i on zawsze będzie mój, choć wiele dziewczyn/kobiet twierdzi inaczej – kłamią. Można by powiedzieć, że to zakończenie losów Feyry i Rhysanda, i jak dla mnie to idealny pomysł. Wiem, że Sarah pisze kolejne tomy Dworu, ale z tego się orientuję, to mają być o siostrach Feyry – poprawcie mnie, jeśli się mylę. Trzeci tom, jest bardzo obszerny, dzieje się bardzo wiele, akcja pędzi na łeb na szyję, a ja nie mogłam się oderwać. Przyznaję się, że ta seria zostaje moją ulubioną na zawsze i chyba nigdy się nią nie znudzę. Kocham i będę czytać wszystkie książki Maas, by znów trafić na coś wyjątkowego!


Kolejny thriller młodzieżowy i kolejny raz od Młodego Booka. To było moje pierwsze spotkanie z tym gatunkiem i od tamtej pory jest moim ulubieńcem. Wiem, że w thrillerze będą wielkie emocje, będą zagadki i rozwiązania, jakich się nie spodziewam, ale wcześniej nigdy nie miałam okazji czytać żadnego. Cela 7 była taką książką. Historia w środku, okazała się nie tylko oryginalna, ale również napisana w genialny sposób. Autorka pokazała, że można napisać coś świetnego, co nie jest schematyczne, ale również sprawiła, że osoba, która nie lubiła nigdy thrillerów, pokochała jeden z nich! Jestem totalnie zakochana i nie mogę się doczekać drugiego tomu „Dzień 7”, który ma premierę 15 lutego!




Kiedy siadałam do czytania tej powieści, posiadałam tylko e-booka. Myślałam, że to będzie taka tam młodzieżówka, na odprężenie i raczej zabicie czasu, niż coś większego. Chyba to właśnie był plus tej sytuacji, bo niczego nie oczekiwałam, a dostałam super książkę, od której nie mogłam się oderwać. Żałuję, że w tej chwili jest tak mało powieści, które mają w sobie emocje, jakąś ciekawą fabułę, a nie tylko seks i wielkie dramatyczne miłości. Ta książka była cudowna do tego stopnia, że jakiś czas po przeczytaniu jej w e-booku, kupiłam sobie papierową wersję, gdyż po prostu musiałam ją posiadać na półce. Uważam, że warto ją przeczytać, że ta historia ma w sobie morał, ale także opowiada piękną historię, obok której nie można przejść obojętnie.



I ostatnia książka, jaka musi znaleźć się na tej liście. Nie wiem, czy inni się zgodzą ze mną, ale ja wiem, że po zakończeniu tej książki nie mogłam pozbierać. Z całego serca pragnęłam kolejnego tomu i nie mogłam się doczekać, aż go dostanę. Consolation posiada ogromne pokłady emocji, sprawiała, że śmiałam się, płakałam, ale też irytowałam na bohaterów. Moim zdaniem to po części książka idealna, gdyż wywołuje u czytelnika mnóstwo emocji, nie zostawia go z niczym i nie jest nijakie. Od pierwszym stron nie mogłam się oderwać, a że to debiutancka powieść nowego wydawnictwa Szósty Zmysł, przewiduję im dużo genialnych powieści, które zachwycą kobiety w całej Polsce!


No i to moje dziesięć książek, które uważam, za najlepsze w roku 2017. Niektóre bardziej mnie poruszyły, inne mniej, ale każda w jakiś sposób sprawiła, że zakochałam się w nich. Kolejność jest przypadkowa, nie mogłam wybrać najlepszej, nie dałam rady. A wy co najlepszego przeczytaliście w 2017 roku?
Pozdrawiam,
Wasza Dominika


21:56

#181 Recenzja książki "Czarodzieje" Lva Grossmana

#181 Recenzja książki "Czarodzieje" Lva Grossmana

Gdy magia okazuje się prawdą, nasze życie może się zmienić o sto osiemdziesiąt stopni. Marzenia mogą się spełnić...
Pierwszy miesiąc nowego roku powoli się kończy, a ja wstawiam dopiero pierwszą recenzję książki przeczytanej w 2018 Mogłoby się wydawać, że to lenistwo, ale nic bardziej mylnego. Zaczynam kilka nowych projektów, ale głównym powodem, dla którego tak zwlekałam, był... strach. Pod koniec 2017 roku przeczytałam tyle złych i nijakich książek, że po prostu boję się sięgać po kolejne powieści od nieznanych autorów. Jednak miałam ochotę na dobre fantasy, na magię, a książki od Młodego Booka za każdym razem trafiały idealnie w mój gust. Tylko czy tym razem było tak samo? Czy magiczna historia Leva Grossmana mnie porwała?
Quentin jest znudzony swoim życiem. Genialny uczeń, który po osiągnięciu wybranego celu zaczyna się nudzić. Jedyne, co go nie nuży, to ulubiona seria (seria czego? :D)o czarodziejach. Uwielbia magiczne sztuczki, chciałby posiadać magiczne moce, a najchętniej po prostu porzuciłby swoje życie dla magii. I nie byłoby może w tym nic niebywałego, gdyby nie to, że jego życzenie zostaje spełnione. Nieoczekiwanie Quentin znajduje drogę do szkoły w której dowiaduje się, że czeka go rekrutacja do magicznej akademii, a on sam posiada w sobie moc, dzięki której może nie tylko czarować, ale także rzucać zaklęcia. Bohater śpiewnie przechodzi teksty i zostaje przyjęty w szeregi uczelni Edukacja idzie mu sprawnie, uczy się nie tylko używać swojej magii, ale również starożytnych języków i zaklęć, .. Lata mijają, Quentin umie coraz więcej; coraz lepiej panuje nad swoimi mocami, ale przechodzi także różne testy. Z roku na rok jest ciekawiej, ale i trudniej. Paczka do której należy chłopak, będzie musiała wiele przejść czeka ją wiele prób. Życie nie będzie ich szczędziło;, muszą przetrwać niejedno i doświadczyć bolesnych strat. Czy uda im się przetrwać? Czy Quentin okaże się dobrym czarodziejem?

Samymi słowami mogłeś szerzyć zniszczenie, zadawać ból, spowodować łzy, odstręczyć ludzi, sprawić, że poczujesz się lepiej, uczynić swe życie gorszym.”

Miałam wielkie obawy, gdy siadłam do czytania tej powieści. Szczególnie gdy czytałam opinie, że autor pomieszał w tej książce Harrego Pottera i Narnię. W jakimś stopniu utkwiło mi to w pamięci, ale z drugiej strony przyznaję uczciwie - nie czytałam ani Harrego, ani Narnii, więc już na starcie było to dla mnie po prostu coś nowego, świeżego. Książka zaczyna się dość nieoczekiwanie, bo kiedy Quentin idzie na ważną rozmowę z przyjaciółką dzieje się coś, co bardziej pasuje do kryminału niż książki fantastycznej. Jednak byłam pełna optymizmu, pomyślałam sobie: „akcja już się zaczyna, nie może być źle!”. Brnęłam dalej, strona za stroną; jedno zaklęcie, kolejne.... Muszę przyznać, że Czarodzieje mają w sobie coś, co sprawia, że czytelnik chce jak najszybciej wiedzieć, co dalej. Sama wciągnęłam się w tę całą historię i byłam ogromnie ciekawa losów Quentina. Jak mu pójdzie na kolejnej stronie? Czy natknie się na takiego wroga jakiego spotkał Potter, czy może autor wymyślił coś równie oryginalnego? Nie wspominając już o tym, że książka osiągnęła taką popularność, że doczekała się serialu na jej podstawie. Przyznam, że jeszcze go nie oglądałam, bo chcę najpierw przeczytać wszystkie tomy. Niemniej już teraz jestem ciekawa, czy reżyserzy serialu zepsuli tę historię czy nie.
Mimo że wyżej zachwalałam tę powieść, to nie jest tak, że jest pozbawiona wad. Mój czepialski charakter zawsze wynajdzie coś, co mu się nie spodoba. W Czarodziejach taką kwestią jest zbyt długi początek. Naprawdę, bardzo dawno już nie czytałam książki z tak wolno rozwijającą się akcją. Jasne - są takie tam wstawki, że coś się dzieje, że czytelnik się wciąga. Ale moim zdaniem autor przesadził trochę z opisami. Dialogów jest jak na lekarstwo, szczególnie przez pierwsze 50 stron. Znajdujemy rozmowy między uczniami, lekcyjne dialogi, jednak nie jest tego aż tyle, by poczuć głęboką wieź z bohaterami. Moim zdaniem, Lev Grossman chciał wszystko zmieścić w tej książce, chciał by wydarzenia było okryte tajemnicą i aby nikt nie domyślił się, o co chodzi. Oprócz tego, przedstawił Akademię w drobnych szczegółach - każdy nauczyciel, sala, to wszystko było dobrze opisane. Jednak moim zdaniem, w tym wszystkim zabrakło nieco emocji.

Przestanę być myszką, Quentinie. Zaryzykuję. Pod warunkiem, że ty chociaż przez chwilę popatrzysz na swoje życie i dostrzeżesz, jakie jest doskonałe. Przestań szukać kolejnych ukrytych drzwi, które mają cię zaprowadzić do twojego prawdziwego życia. Przestań czekać. To jest to: nie ma niczego innego. To jest tutaj, więc zacznij się tym cieszyć, inaczej wszędzie będziesz nieszczęśliwy, przez resztę życia, zawsze."

Ponieważ mieszane uczucia nie pozwoliły mi zdecydować, czy lubię tę książkę czy nie, postanowiłam poszukać jakichś informacji o autorze. Dowiedziałam się nie tylko, że książkę napisał prawdziwy geniusz (Lev Grossman ukończył literaturę na Harvardzie, a na Yale zrobił doktorat), ale również że pracuje jako dziennikarz i napisał kilka innych powieści. Dzięki tej informacji zrozumiałam, dlaczego ta książka jest opisana w taki sposób, skąd niektóre słowa. Jednak podziwiam go za to, bo zazwyczaj osoby z takim wykształceniem biorą się za poważne tematy, a Lev napisał książkę dla młodzieży, która nie jest zwykłym fantasy, ale również powieścią, w fajny sposób ukazującą problemy młodego pokolenia.. Możemy niemal zajrzeć w chłopaka, który wkracza w dorosłość i uczy się, jak być bardziej pewnym siebie, jak radzić sobie z nowymi rzeczami. Moim zdaniem dodanie magii do tego wszystkiego to dobry chwyt, by skłonić młodych ludzi do czytania i jednocześnie do myślenia o czymś więcej, niż tylko „życie dziś i teraz”
Rozpisałam się, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Na pozór Czarodzieje mogą wydawać się nieco sztywną i nudną książką. Zgadzam się, że nie da jej się przeczytać w kilka godzin i ruszyć dalej. Trzeba ją sobie dawkować, czytać rozdziałami. Wtedy jest idealna i mamy czas, by przemyśleć to, co się działo, bo detali i różnych informacji jest mnóstwo. Nie bardzo mi odpowiadało, że w książce są nieraz wstawki z francuskiego, jakieś słowo, zwrot czy nazwa dania, ale nigdzie nie ma wyjaśnienia co to znaczy. To taki minus, który najbardziej mi przeszkadzał.
Ogólnie rzecz biorąc polecam Wam tę powieść, bo jest ciekawa i inna. Nie wiem czy to prawda, że jest podobna do Narni i Pottera, ale dla mnie, jako osoby, która nie zna tych obu książek, to coś nowego. Ach, no i zaprzeczam, jakoby było w niej mnóstwo przekleństw.
Moja ocena to 7/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Młody Book
Autor: Lev Grossman
Oryginalny tytuł: The Magicians
Stron: 496
Data premiery: 17 styczeń 2018r (wznowienie)
Za książkę dziękuję  

17:41

Zapowiedź i wywiad z Agnieszką Lis!!

Zapowiedź i wywiad z Agnieszką Lis!!

Opis: "Grzegorz ma kilka lat, gdy jego ojciec opuszcza rodzinę. Chłopiec został z matką, z którą z każdym rokiem coraz trudnej mu się porozumieć. Ojciec był mistrzem i autorytetem, matka jest łatwowierną, kochającą, uległą kobietą. Ona wybacza kolejne błędy, Grzegorz przekracza kolejne granice.
Myliłby się jednak ten, kto by uznał, że to zwyczajna opowieść o konflikcie pokoleń, toksycznych relacjach i braku zrozumienia. Bo „Latawce” to próba nieustannego poszukiwania wolności, tęsknota za nią. Ale czy Grzegorz  ją odnajdzie, czy też da się oszukać jej złudzeniu? W pewnej chwili chłopak dotkliwie się przekona, że jednak człowiek nie ma skrzydeł…
Agnieszka Lis w tej wspaniałej i wzruszającej książce udowadnia, że jest niezrównaną mistrzynią formy. Nielinearna konstrukcja, element zaskoczenia niemal na każdej stronie i oczywiście nieszablonowe zakończenie sprawiają, że od książki nie sposób się oderwać."
Wywiad

DSz: Na jesień pojawiło się wznowienie dwóch Twoich książek, teraz pojawia się zapowiedź kolejnej. Co możesz nam powiedzieć o Latawcach?
AL: To bardzo emocjonalna książka. Ojca głównego bohatera spotkałam kiedyś na kawie w korporacyjnej kuchni. W pierwszej chwili nie bardzo chciałam wierzyć w to, co mi opowiedział. Historia jego syna była – i jest – niemal nieprawdopodobna, a jednak prawdziwa. Ta opowieść jest bardzo osobista - do tego stopnia, że miałam obawy, czy bohater wyrazi zgodę najpierw na rozmowę, potem na publikację.
Kilku wydawcom zaproponowałam tę powieść – za każdym razem słyszałam, że „nie mieści się w profilu wydawniczym”. Tak jakby istniała obawa, że temat jest zbyt – czy ja wiem, ciężki? Dopiero Czwarta Strona odważnie podeszła do tego tekstu, za co jestem całej ekipie bardzo wdzięczna, jak i za wiele innych rzeczy zresztą też.
Od początku wiedziałam, że książka musi mieć tytuł związany z lataniem. Było kilka wersji, ostatecznie stanęło na Latawcach. Natomiast okładka mnie bardzo, bardzo ucieszyła. Jest inna od tych, które królują na księgarskich półkach – tak inna, jak ta książka. Oby ta inność spodobała się też Czytelnikom.

DSz: Która z Twoich wszystkich powieści była najtrudniejsza i najbardziej emocjonalna dla Ciebie?
AL: Każdą oczywiście przeżywam, ale każdą inaczej. Chyba najtrudniejsza była Karuzela, najłatwiej mi było (i jest) sobie wyobrazić, że dotyka mnie los bohaterki… Chociaż bardzo emocjonalną książką są też Latawce. Pisałam je długo, bardzo długo. Od pierwszych rozmów z bohaterem powieści minęło prawie pięć lat. Długo szukałam narracji, sposobu opowiedzenia tej historii, a potem długo pisałam, choć tekstu tam nie jest wiele.

DSz: Czy zaczęłaś już pisać kolejną powieść?
AL: Co to znaczy „kolejną”?
Są już prawie skończone trzy następne ;-)

Zauważyłaś, że każda Twoja premiera jest w styczniu? Zaczęłam z Tobą znajomość przy Pozytywce i od tamtej pory, zawsze w styczniu, masz coś dla mnie nowego.
To nie jest przypadek ;-) Mój debiut, pierwsze wydanie Jutro będzie normalnie, też był w styczniu. To taki dobry początek roku, czyż nie? W przyszłym roku też planuję coś nowego w styczniu… ale nie zapeszajmy.
Na razie kończę pracę nad redakcją kolejnej książki, która ma ukazać się jesienią. Ta powieść będzie jeszcze inna, próbuję każdą książką zaskoczyć Czytelnika – tym razem to będzie jednotomowa saga rodzinna, z kilkoma pokoleniami w tle. I też z ciekawą, jak sądzę, narracją. Jakiś tam drobny szacher–macher musiałam zrobić, nudziłabym się pisząc tak „normalnie” (tutaj należałoby wstawić najpopularniejsze słowo roku, czyli iksde ;-)
A na styczeń 2019 też plany są, oczywiście. Książka jest właściwie napisana, ale materiał póki co jest nieuporządkowany i wymaga jeszcze pracy.

DSz: Skąd bierzesz tytuły? Pozytywka, Karuzela, Latawce, wszystkie trzy kojarzą się z dzieciństwem, albo czymś przyjemnym, lekkim, za to treść, jaką znajduje się w książkach jest całkiem odmienna. Czemu?
AL: I znów ci zdradzę sekret – to nie jest przypadek ;-) Tytuły mają być wieloznaczne, mieć kilka warstw, tak jak ogry (kto oglądał Shreka, ten wie). Podoba mi się ta stylistyka – jedno słowo, które dla każdego może oznaczać coś innego. Wspomnienie z dzieciństwa, albo jego brak. Bliska osoba, pamiątka… Zaś treść książki ma wypełniać różne obszary emocjonalności Czytelnika.
Sugerować, że coś w tej lekturze jest głębiej, poza warstwą fabularną.
Myślisz, że to się udaje?

DSz: Tak, myślę, że świetnie Ci idzie. I ostatnie pytanie. Stresujesz się premierą? To już za kilka dni, recenzenci dostaną swoje egzemplarze i opinie się posypią. Boisz się czegoś najbardziej?
AL: Stresuję się i boję się. To nie jest typowa, prosta książka, bajka o codziennym życiu, w którym bohaterowie mierzą się z trudnościami, ale w przewidywalnej perspektywie wszystkie sprawy układają się należycie. Takie opowieści też umiem pisać, ale nie są dla mnie wyzwaniem. Chciałabym pisać książki, które są dla Czytelnika ważne, które z Nim pozostaną. Mam wrażenie, że jest spora grupa Czytelników, którzy takiej właśnie lektury oczekują, którzy nie lękają się pomyśleć nad tekstem.
I najbardziej boję się tego, że się pomyliłam – że grupa tak zwanych „myślących” jest tak niewielka, że książka nie znajdzie swojego odbiorcy… Wierzę, uważam, że Latawce są dobrze napisaną książką. Wiara jednak nie czyni Czytelnika… Więc się boję ;-)
Dziękuję bardzo!

19:33

Top 10. Najgorsze książki 2017r.

Top 10. Najgorsze książki 2017r.

Przyszedł czas w tym miesiącu i roku, by pojawiły się najgorsze książki 2017. Przyznaję, że przez te dwanaście miesięcy, przeczytałam więcej złych książek niż myślałam, że to możliwe. Zazwyczaj zawsze trafiałam na powieści, które od razu mi się podobały i czytało je się bez problemu, ale w 2017 stało się coś dziwnego. Z każdą kolejną książką miałam wrażenie, że poziom się zaniża. A to drażnili mnie bohaterowie, a to fabuła była tak bez sensu, że aż miałam ochotę walić głową w biurko. Nie mówiąc o tym, co zdarzało mi się najczęściej – schematyczność! Tak, stanowczo rok 2017 uważam za schematyczny, a te powieści, które zobaczycie poniżej, to cóż... nie miałam żadnych wątpliwości czy wahań, czy muszą znaleźć się na tej liście. Zapewne, wielu z was się nie zgodzi ze mną i będziecie bronić tych książek. Ale to normalne, gusta są różne i nawet z moimi przyjaciółkami nie zawsze się zgadzam, przy jakiś historiach.
Teraz nie przedłużając, przedstawiam wam, najgorsze 10 książek jakie przeczytałam w 2017r.


 Zacznijmy od tych, co jeszcze mogłam przeczytać i nie miałam ochoty tym rzucać. Do takiej książki należy kolejna powieść od Mii Sheridan, która mnie chyba najbardziej zawiodła w tym roku. Jej pierwsza powieść „Bez słów” było tak dobre, że do tej pory uwielbiam do niej wracać. Jednak z każdym kolejnym tomem, było coraz gorzej. Bez uczuć, jest dokładnie bez uczuć. Przez całą lekturę, dosłownie od początku do końca, miałam wrażenie, że czytam słaby harlequin z lat 90'. Totalnie mnie to nie ruszyło i strasznie się nudziłam przy czytaniu. Zastanawiałam się, gdzie podziała się ta Mia z Archera, co stało się z autorką, że przestała wkładać uczucia w swoje książki, a pisze je po prostu, by były? Moim zdaniem, słabe i to bardzo przez co, mam coraz mniejszą ochotę sięgać po kolejne powieści tej pani.



Kolejna zła książka, to premiera z listopada jak się nie mylę. Sięgnęłam po nią, gdyż czytała ją moja przyjaciółka, która ją zachwalała, poza tym wiedziałam recenzje booktuberów, więc stwierdziłam „Co mi szkodzi?”. Chciałam przeczytać w końcu coś dobrego, co nie jest romansem, a książką między fantasy, a przygodówką. Myślałam, że znalazłam idealnie, ale cóż.... Tak się nie stało. Przeczytałam tę powieść tylko z braku czegoś lepszego pod ręką, inaczej przerwałabym ją w połowie, albo co gorsza, gdyby była dłuższa to bym usnęła. Kolejny raz, bohaterzy wydawali mi się irytujący i nieogarnięci. Czasami jakby sami nie wiedzieli, co chcą zrobić, a akcja postępowała tak powoli, że gdyby usunąć nudne i niepotrzebne wątki, to objętość byłaby o połowę mniejsza. Mimo pięknej okładki i ciekawego opisu, Spectrum nie objawia się niczym oryginalnym i ciekawym. Raczej powiastka na nudny dzień, gdy nie chce się nic robić.


Teraz sięgnijmy po erotyk. Pierwszy tom, tej serii bardzo mi się podobał. Śmiałam się, wciągnęłam w historię i nie mogłam się doczekać kolejnej części. Myślałam, że historia Vince będzie jeszcze lepsza, byłam wręcz pewna, że będzie idealnie. A mimo to się zawiodłam. Może w tym tkwi szkopuł, bo miałam zbyt wielkie oczekiwania i dlatego tak mi się nie podobało. To nie jest może najgorsza książka, bo jest stylem podobna do Gracza, ale stanowczo jest największym zawodem. Nie bawiłam się, nie rozbawiła mnie tak bardzo jak pierwszy tom, raczej już było przewidywalne, irytująco i bardzo porywczo. Vince nie przypadł mi do gustu, raczej odepchnął mnie swoją osobą i charakterem. Żałuję bardzo, bo ta seria miała być jedna z lepszych w tym roku


Jak już jesteśmy przy erotykach, to zróbmy je wszystkie. Kolejna książka jest nie tylko głupia, wkurzająca, narwana, irytująca, ale także po prostu bez sensu. Wiem, że dziewczyny, kobiety, blogerki robiły atak na Wydawnictwo Kobiece, by wydało serie Braci Slater. Nawet mi znajome mówiły, że również mam pisać i się dopytywać, prosić. Kiedy w końcu pojawiło się na rynku, nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko sięgnąć po Dominica i zobaczyć o co tyle szumu. Ale serio, spodziewałam się wszystkiego, ale na pewno nie tego, co tam zastałam.... Bohaterowie w tej książce byli na sto procent nadpobudliwy. To, jak się do siebie odzywali, jak na siebie się rzucali (nie w erotycznym sensie), to po prostu głowa mała. Serio, gdyby ktoś mnie wkurzał w takim stopniu w jakim działali na siebie Dominic i Bronagh, to na pewno nie wchodziłabym z taką osobą w związek. Ta książka to po prostu bleh... I nie rozumiem, po co powstała część Bronagh? Ktoś mi wyjaśni?


Kolejna książka to kolejne wielkie oczekiwanie z mojej strony. Gdy promowały to moje zaznajomione blogerki, to byłam pewna, że jest to genialna książka. Więc kiedy był Black Friday, zakupiłam sobie egzemplarz w promocji i gdy przyszedł zabrałam się do czytania, bo już chciałam wiedzieć, o czym to jest. Początek, pierwsze dwadzieścia stron jeszcze było „spoko”, czytałam, nawet się zaśmiałam parę razy, ale potem zaczęły pojawiać się absurdy. Przy pierwszej dziwnej rzeczy, myślałam, że to wyjątek i sprawa zaraz się wyjaśni, ale nieeeee. Im dalej brniemy, tym absurdów jest więcej. Ta książka nie jest gruba, nie dobija się do trzystu stron, albo ma niewiele ponadto, ale za to jest w niej wszystko. Dosłownie każdy dramat z romansów znajdzie się w tej powieści. Nie tylko jest absurdalnie głupia, ale infantylna, bezsensu i zła. Nie rozumiem czym inni się zachwycali, ale ja czuję, że zmarnowałam czas i pieniądze....


Tym razem wchodzimy w fantastykę i wznowienie serii. Bardzo się na nią napaliłam, bo przyjaciółka bardzo mi polecała i sama nie mogła się doczekać. Tak się udało, dostałam książkę do recenzji i z przyjemnością zasiadłam do czytania. Chciałam dobrego wątku z wilkołakami, wampirami itd. Jako, że to egzemplarz recenzencki, chciałam napisać pozytywną recenzję i polecić to swoim czytelnikom. Jednak nie lubię was okłamywać i zawsze jestem fer wobec was. Dlatego musiałam napisać negatywną recenzję, bo kompletnie mi się nie podobało. Było nudno, przewidywanie, a główna bohaterka mnie drażniła, Boże jak ona mnie irytowała. Naprawdę sobie nie wyobrażacie, w niektórych chwilach miałam ochotę odłożyć książkę, powiedzieć, że to pieprzę i nie czytam dalej. Jednak dotrwałam do końca, napisałam recenzję i stwierdziłam, że dalszą część serii zostawię komuś innemu.


Jeszcze jedną książkę tej autorki spotkamy poniżej, ale teraz chciałabym omówić tę nowszą i wydaną w innym wydawnictwie. Zacznę od tego, że ta okładka jest złaaa... Nie żebym się czepiała, ale serio, ten pirat? No błagam Was! :D Czy grafik nie oglądał Piratów z Karaibów? Tak wyglądają piraci, nie ten pan z okładki, który się przebrał na bal karnawałowy. Wiem, że fani tej autorki, już mnie opluwają jadem, ale poczekajcie, dajcie mi dojść dalej. Po pierwsze, jeśli facet cię porywa, to nie zakochuj się w nim, po drugie jeśli inny facet cię gwałci to nie troszcz się o niego tylko go wykastruj i wrzuć do rzeki z dziurą w głowie. Po trzecie, jeśli facet, który cię porwał ma wszędzie kamery, śledzi każdy twój krok, a do tego wykorzystuje cię do własnych potrzeb seksualnych, to nie jest sexy, to nie jest troska, za takie coś idzie się siedzieć. I nie broni go to, że jest „piratem”...Po za tym, cały ten „gang” głównego bohatera, jest nijaki. Ja mam więcej w sobie hardu, zacięcia i stanowczości, niż oni wszyscy razem wzięci. Serio, jestem bardziej stanowczo dla 4letniej siostrzenicy, niż oni byli, gdy główna bohaterka ma widzi misie, przez które musieli narażać własne życia. Ta książka to takie nope...


Przeszłyśmy do książek, które naprawdę sprawiły, że miałam ochotę krzyczeć z frustracji, beznadziejności i desperacji... Jedną z takich książek jest Luonto! Tak, kolejny mój egzemplarz recenzencki, który zachwycił mnie szatą graficzną i opisem. Po prostu nie mogłam się doczekać, aż go dostanę. Zaczęłam czytać i mimo ciut irytującej bohaterki, wciągnęłam się w fabułę i naprawdę byłam ciekawa, jak się skończy. Ale potem nastąpiło coś, co mnie wytraciło? Nawet nie wiem jak to opisać. W połowie książki, następuje zmiana fabuły, robi się wielkie bum i akcja obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. I to wcale nie na dobre. Jeśli pierwsza połowa mi się podobała, tak druga połowa mnie zniesmaczyła, ogłupiła i zostawiła z lekkim WTF? Przez długi czas zastanawiałam się czemu. Teraz niby wiem, czemu autorka zrobiła tak, a nie inaczej, ale no nie mogę. To naprawdę mogło być dobre fantasy, a skończyło się tak, że książka jest gdzieś głęboko schowana między półkami i nie mam ochoty nigdy jej wyciągać. Dziwni bohaterowie, dziwny zabieg i jeszcze głupsze zakończenie...


Zostały nam dwie pozycje. Pierwszą z nich jest, książka, która była promowana bardzo głośno, okładka przyciągała z daleka, nie wahałam się przy sięganiu po nią. To było moje pierwsze spotkanie z tą autorką, a że słyszałam o niej wiele dobrego, to nie bałam się, a raczej byłam pewna, że to będzie jedna z lepszych książek tego roku. But... Nie tyle jestem zawiedziona tą powieścią, ale wkurzona tak zmarnowanym materiałem na cudowną historię. Ci co czytali, wiedzą, że główny wątek tej historii, był wzięty z życia, że autorka poznała osobę, której przydarzyło się coś podobnego. I to mnie najbardziej irytuje, nie głupia bohaterka, nie zły styl, nie infantylność i irracjonalność głównej bohaterki, nie, dziwne wątki, które się pojawiają, ale to, że taką historię, z której można było zrobić cudo, która naprawdę mogła być dobra i nieść przesłanie jakieś. To mamy kiczowaty romans dla nastolatek, bez morału, bez prawidłowych emocji, tylko taka tam opowiastka o wszystkim i o niczym. Nie rozumiem, jak można taki potencjał wgnieść w ziemię. Wiem, że wielu osobom ta książka się podobała i znaleźli w niej coś podniosłego i niesamowitego, ale dla mnie to tylko zmarnowany potencjał na coś wielkiego, co mogło naprawdę osiągnąć genialny sukces, gdyby nie zostało wciśnięty między tani romans dwójki rozchwianych i głupich ludzi. Przepraszam bardzo, jeśli ostro, ale to jest złe i nie umiem zrozumiem takiego czegoś...


I czas na ostatnią książkę. Podobno hit wattpada. Podobno jedną z najlepszych autorek, jakie pojawiły się w tym roku na rynku. Podobno sprzedała ponad 10 tysięcy egzemplarzy książki. Gdy napisałam negatywną recenzje, ludzie niezbyt mnie zrozumieli, a raczej powiedzieli, że jak mogę coś takiego pisać, jako osobą chcąca coś wydać. Jak? Normalnie... Ludzie, ta książka to skupisko tego, czego się nie powinno robić. Jeśli główna bohaterka pije przez 3/4 powieści, to nie „imprezowa dusza” to alkoholiczka. Jeśli bohaterzy kłócą się, dosłownie pieprzą się, zrywają i wracają do siebie, nie nazywajmy tego „burzliwą miłość”, tylko problemy psychiczne. Kolejny punkt, jeśli piszemy książkę o tancerce, sportowcu, no każdym, kto musi dbać o swoją kondycje, bo tego wymaga praca, to takie osoby nie mogą imprezować pięć razy w tygodniu i wypijać flaszki wódki na dzień dobry. Nie wspominając, że na początku książki, znajdziemy opis, gdy jeden bohater uczy palić trawkę drugiego. Nie chodzi o jakieś tam „zaciągnij się głęboko i wstrzymaj powietrze”, ale naprawdę dokładny opis, jak należy ćpać, by się ujarać. Wiem, że w tych czasach to powszechne i wnet przedszkolaki będą to wiedzieć, ale to nie znaczy, że mamy w książkach młodzieżowych opisywać jak ćpać, chlać i się pieprzyć... Najlepsze według mnie jest zakończenie. Ci co mnie znają, wiedzą, że miałam ubaw po pachy, uruchomił się mój czarny humor i nadal twierdzę, że to idealne zakończenie. I nadal, tak jak w recenzji, twierdzę, że te wypociny, nie powinny wyjść dalej niż wattpad. To oficjalnie najgorsza książka jaką czytałam w 2017 roku i dla mnie to niepojęte, jak ktoś może mówić, że to wartościowe, świetnie zrobione i najlepsze w tym roku.
WIELKIE NIE DLA TEJ KSIĄŻKI. NOPE!!!!

Okay, to wszystkie książki, jakie uważam za najgorsze w 2017 roku. Część z nich to totalne zawody, a inne to po prostu złe powieści, na które szkoda było zabijać drzewo. Nie bijcie za bardzo, ale to są moje opinie.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger