22:55

#173 Recenzja książki "Nothing More" Anny Todd

#173 Recenzja książki "Nothing More" Anny Todd
W mieście pełnym ludzi najprościej wtopić się w tłum i zagoić pęknięte serce. A co, gdy pojawia się ktoś, kto pomoże złożyć je w całość?

Wiecie, że kocham Annę, to chyba żadna tajemnica, że seria After jest moją miłością i wiem, że spora część osób jej nie lubi, krytykuje itp., ale ja jestem w tej grupie osób, która kocha miłością szczerą i niepodważalną. Jestem świadoma błędów, jakie zawiera i znam opinie Pawła z Złe Książki, oglądałam te filmiki, ale nie ważne, kto, co powie, ja i tak będę to kochać. Pierwszy tom pochłonęłam migiem, drugi również, kolejne dwa, plus Before nie były gorsze i minęły mi, nim się obejrzałam. Aż przyszedł czas na Landona! Przyznam się, że bałam się tej książki, pierwszy raz, bałam się tego, co napisała Anna, gdyż Landon był taki grzeczny, spokojny, ułożony i w ogólnie nie „afterowy”. Nie byłam pewna, czy jego postać da się zrobić tak, by nie wyszedł na fajtłapę i po prostu taką ciapę. Jednak pewnego dnia, potrzebowałam dawki pozytywnych emocji, musiałam usiąść i przeczytać coś zabawnego, bo miałam już dość tygodnia. Wtedy też sięgnęłam po Nothing More, a co tam zastałam?
Landon kochał Dakotę całym sercem, kiedy się rozstali nie mógł znaleźć sobie miejsca. Rzucił się w wir pracy i nie udzielał się towarzysko, nie brakowało mu ludzi, nie chodził na imprezy jak większość jego znajomych. Wolał zostać w mieszkaniu, pooglądać coś z Tessą, która również leczyła złamane serce. Miłą odmianą dla niego były odwiedzimy z mieszkaniu przez Norę, jedną z przyjaciółek Tessy. Nora była niczym powiew świeżego powietrza, odważna, głośna, zabawna, niesamowicie seksowna, ale i tajemnicza. Landon mimo że nie mógł wyrzucić z myśli Dakoty, to coraz częściej w nich pojawiała się Nora. Gdyby problemów było mało, to miał jeszcze przyjechać Hardin, który był pokłócony z Tessą, a Nora i Dakota się znały i niezbyt lubiły. Problemów przybywało, a rozwiązań robiło się coraz mniej. Landon, sam do końca nie wiedział, czego chciał. Znalazł się w trójkącie, z którego nie wiedział jak wybrnąć. Z jednej strony miał zaplanowaną przyszłość z Dakotą, która kilka tygodni po zerwaniu, nagle przypomniała sobie o nim. A z drugiej Nora, która jest czymś nowym, miłym i przede wszystkim nigdy go nie zraniła. Chłopak miał mętlik w głowie, nie wiedział co zrobić, tym bardziej, że tajemnice stały się coraz bardziej problematyczne.

"Chcę unosić się w tej przestrzeni, w której jesteśmy tylko ona i ja, ja i ona. Żadnych zerwań, dramatów, beznadziejnych rodziców, egzaminów i pracy do późna."

Miałam z tego zrobić dwie recenzje, ale okazuje się, że mam więcej do powiedzenia o tej książce niż myślałam, dlatego robię każdy tom osobno! A teraz, co sądzę o pierwszej części? Nie zawiodłam się, to powinnam powiedzieć na początek. Nadal lubię styl Todd, jest lekki, przyjemny i miło się czyta. Nie jest to After i czuć to od pierwszych stron, możecie zapomnieć o wielkich dramach, które tam były, ale w końcu Landon to nie Hardin... Jednak mimo to, podobało mi się. Ta książka od Anny Todd jest zabawna, spostrzegawcza, cięte riposty sypią się jak piasek na pustyni, a czas spędzony przy niej to sama przyjemność. Naprawdę dawno, ale to dawno nie spędziłam tak miło czasu nad powieścią, przeważnie ostatnio wszystko mnie męczyło, ale Landon sprawił się idealnie, nie dość, że poprawił mi humor, to jeszcze zrobił chrapkę na kolejny tom. Sama byłam ciekawa, co Anna wymyśliła, jakie tajemnice uwiła, a przede wszystkim jak to się skończy!
Teraz przejdźmy do tej strony książki, która ciut mniej mi się podobała. Landon myśli, bardzo dużo myśli, ale tak serio, duuuużo. Opisy przeszłości, przyszłości, teraźniejszości, tego co robi, co widzi, co sądzi, no ten chłop dosłownie nie przestaje myśleć. Jasne, miła odmiana, przy tych erotykach, gdzie tam myślą tylko o jednym, ale jednak ciut było tego za dużo. Szczególnie dla osób, którzy znają serię i nie potrzebują przypominać sobie części rzeczy. Osobiście to trochę mnie zniechęcało i nudziło, bo mimo że nie kolidowały niczemu, to były po prostu miejscami nudne. Naprawdę nie muszę poznawać dokładnie życiorysu faceta, z którym pracuje Landon, obejdę się bez tego.
"- Zawarliśmy pakt. Nie złam go - ostrzega. [...] 

- A co jeśli to zrobię? - pytam. 

- Zniknę...
Tak samo ciut mi szkoda, że autorka podzieliła to na dwa tomu. Nie rozumiem do końca, takiego zabiegu, obawiam się, że chodziło po prostu o podwójny zarobek i tyle. Moim zdaniem, można byłoby napisać to wszystko w jednej książki i okay. Przecież trzeci tom After ma ponad osiemset stron, wcześniejsze też mają po ponad sześćset. Nie rozumiem więc po co Landon dzielić na dwa. Mimo to posiadam obie części i nie oddam nic, co pochodzi spod pióra Todd.
Podsumowując. Polecam Nothing more, to idealna książka na wakacje, na relaks i odstresowanie się. Można się pośmiać, naprawdę, miejscami śmiałam się w głos i nie mogłam przestać. Kocham postacie, które są sarkastyczne i rzucają ironiami. Uważam, że Todd dała radę i nie mogę doczekać się jej kolejnych książek!
Moja ocena to 8/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: OMGBooks
Autor: Anna Todd
Oryginalny tytuł: Nothing More
Stron: 316
Data premiery: 29 marca 2017 r.


Za książkę dziękuję

12:31

#172 Recenzja książki "W rytmie passady" Anny Dąbrowskiej

#172 Recenzja książki "W rytmie passady" Anny Dąbrowskiej
Taniec to nie tylko styl życia, on również może sprawić, że zaczynamy na nowo żyć.

Sierpień jest miesiącem kiedy na blogu była cisza, i nie dlatego, że nic nie czytałam, ale dlatego, że brakowało mi energii do napisania czegokolwiek, co nadawałoby się by tutaj opublikować. Jednak w końcu otworzyłam Worda i mogłam zabrać się za pisanie recenzji książki, którą czytałam podczas nocy czytelniczej. Jeśli nie braliście udziału to musicie wiedzieć, że organizowałam ją z przyjacielem Nieortodoksyjnym (tutaj jego blog) i wybrałam na nią Passadę, która bardzo mnie kusiła, ale bałam się za nią zabrać. Ostatnio niestety trafiałam na powieści, które nie zachwyciły mnie nawet w połowie tak mocno, jak powinny. W rytmie passady miała być książką lekką, przyjemną i która nawróciłaby moją złą passę. Ale jak było? Czy okazała się dobra czy bardzo zła?
Julita jest uczennicą liceum, klasy maturalnej. Cicha, kryjąca się w cieniu, niezbyt towarzyska i przede wszystkim bardzo bojaźliwa. Kiedyś taka nie była, ale wydarzenia z przeszłości sprawiły, że zamknęła się w sobie, wycofała z towarzystwa, ma tylko jedną przyjaciółkę, której ufa i wie, że może na nią liczyć. Mimo swojej nieśmiałości, Julita lubi chodzić na fitness, które pomagają jej się odstresować i zapomnieć. Marcel jest tancerzem, kocha tańczyć i prowadzi zajęcia z tańca. Kiedy stan jego chorej matki się pogarsza, postanawia wziąć udział w konkursie tanecznym, by wygrać pieniądze i pomóc mamie. Przyjaciel Marcela, prowadzący zajęcia fitnessu, opowiada mu o Julicie, która idealnie nadawałaby się partnerkę Marcela. Od tego momentu, drogi tej dwójki łączą się nieodwracalnie. Pierwsze spotkania są nieśmiałe i pełne niezręczności. Julicie ciężko przemóc się, by zaufać chłopakowi, jednak jakaś niewidzialna siła, popycha ja ku niemu. Gdy strach przeszłości wraca do niej, tylko Marcel umie jej pomóc. Z czasem pomagają sobie nawzajem, dostrzegają nowe możliwości, nowe rzeczy, ale także nowe uczucia, które ich łączą. Jak to wszystko się skończy? Czy mają szanse być szczęśliwi? Czy przeznaczenie będzie w końcu dla nich łaskawe?

"Musisz uwierzyć, że życie nie składa się z samych złych chwil i złych ludzi; życie to także kolory i dobre dusze, które potrafią kochać."

Jak pisałam wyżej, gdy siadałam do czytania, to bałam się. Po ostatniej tanecznej książce, którą czytałam byłam przerażona, nie chciałam znowu przerabiać tego samego, modliłam się, by ta autorka zrobiła to lepiej. O dziwo, udało się. Bez problemu wciągnęłam się powieść, nie miałam trudności ani ze stylem, ani z bohaterami, po prostu czytało się lekko i przyjemnie, tak jak było obiecane przez wydawcę. Polubiłam Marcela i Julitę, ta dwójka bohaterów, była niesamowicie sympatyczna, nie irytowali mnie, nie sprawili, że miałam ochotę rzucać książką. Dodatkowo autorka pięknie opisała taniec. Moja wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, widziałam każdy ruch, słyszałam muzykę, chemia w tańcu między Marcelem i Julitą była prawie, że namacalna. Byłam zakochana i po cichu marzyłam, by autorka tego nie zepsuła. Ta książka miała szansę na podium dla najlepszych książek z miesiąca, ale przyszło zakończenie...
Jeśli śledzicie mnie na Facebooku, to wiecie, że bardzo przeżywałam zakończenie tej powieści. Pytałam się autorki, czemu, po co, dlaczego? Byłam zdruzgotana i zniesmaczona tym zakończeniem. Musicie zauważyć, że było nad ranem gdy skończyłam czytać, nie dość, że pół nocy bolał mnie brzuch, to drugie pół czytałam i w sumie gdyby nie to zakończenie, to było idealnie, ale tym samym czuję, że zmarnowałam te kilka godzin. Gdyby nie to, przyznaję, że książka byłaby cudowna, ja zakochana, i trafiła by na półkę chwały, ale niestety tak się nie dzieje. Jestem zawiedziona, smutna, a nad moją głową widnieje wielki znak zapytania. Bo niby wszystko jasne, ale zrobienie takiego zakończenia jest dziwne. Miałam wrażenie, że autorce zabrakło pomysłu, więc postanowiła to tak skończyć i bum. Nie wspominając o wątku z ojcem, który pojawił się mniej więcej w połowie lub trochę dalej. Fragment z nim jest dla mnie jedną wielką niewiadomą, bo jest to zrobione nagle, bezsensu i jakby na siłę wciśnięte w powieść.

"Taniec to komunikat, kompozycja słów ukrytych w uśmiechu, spojrzeniu przyspieszonym oddechu, pokryciu rumieńcem, biciu serca, a także drżeniu ciała."

Dobra, koniec narzekania na książkę, trzeba podsumować. W rytmie passady to lekka książka, którą szybko się czyta, godziny lecą niepostrzeżenie, a my miło spędzamy dzień. Jednak jeśli zakończenie byłoby inne, powieść byłaby dużo lepsza i moja ocena też sięgałaby też dużo wyżej. Ogólnie to jestem chyba gotowa wam ją polecić, bo nie jest zła, styl, bohaterzy, fabuła, wszystko jest dobre, tylko to zakończenie... Myślę, że możecie miło spędzić czas i trochę się oderwać od rzeczywistości na rzecz cudownych rytmów tańca.
Moja ocena to 6/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Anna Dąbrowska
Tytuł: W rytmie passady
Stron: 392
Data premiery: 24 kwietnia 2017r.
Za książkę dziękuję


22:25

Magazyn Czytelnik! Pierwszy taki na rynku!

Magazyn Czytelnik! Pierwszy taki na rynku!
Ten post będzie inny niż wszystko, co do tej pory pojawiło się na blogu. Dziś chciałabym wyjaśnić, dlaczego, po co i jak w ogóle wpadłam na pomysł, by zrobić własny magazyn dla czytelników?

Te pytania zapewne niejednokrotnie pojawią się w ciągu najbliższych miesięcy. Sama często zadaję sobie to pytanie, po co mi kolejna rzecz, którą będę robić, gdy doba i tak jest za krótka? Wiem też, że zrobienie magazynu nie jest prostą rzeczą, wymaga mnóstwa pracy, nie tylko ode mnie, ale także to zaangażowanie innych osób i ich czasu. Wiedziałam, że złożenie wszystkiego, zaplanowanie zajmie mi dużo czasu i data premiery była przeze mnie przekładana kilka razy, gdyż cały czas coś przeszkadzało. Jednak zacznijmy od początku.

Skąd pomysł?
Na przełomie maja i czerwca, przeglądając blogi z rożnymi recenzjami i zapowiedziami, pomyślałam, że super byłoby posiadać to wszystko w jednym miejscu. Wejść na stronę czy otworzyć gazetkę i mieć każdy temat związany z książkami pod ręką. Niestety nie znalazłam takiego miejsca, bo przeważnie poruszali takie wątki, które mnie nie interesowały lub zawierały moim zdaniem, treść niepotrzebną. Chciałam, by czytelnicy mieli miejsce, gdzie poznają książki nie tylko z recenzji, ale także z wywiadów, żeby poznali swoich ulubionych autorów. Pragnęłam by polscy autorzy przez short story, mogli zbliżyć się do swoich fanów. A dodatkowo, by mogli przeczytać fragment najbardziej wyczekiwanej premiery miesiąca. Pomyślałam, że po co mam czekać na to, aż ktoś się odważy i zrobi coś takiego, jak sama mogę się za to zabrać. Tym sposobem przeszłam z pomysłów do czynów!

Dlaczego?
Wiedziałam, że to nie jest zadanie łatwe i będzie je trudno wykonać, ale w końcu trzeba wysoko mierzyć i być ambitnym, rozwijać się. Stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia, przecież to wszystko, co będę robić jest dla innych, że jeśli się uda, to będę miała ogromną satysfakcję, a czytelnicy nie lada gratkę. Stwierdziłam, że warto spróbować, że jeśli się nie uda, to trudno, ale nie będę żałować, że spróbowałam. I tym sposobem znaleźliśmy się w miejscu, gdzie moi czytelnicy usłyszeli wiadomość o tym, że na rynku pojawi się „Czytelnik”!!

Kiedy i jak?
Premiera pierwszego numeru będzie 22 września 2017r. Do tego czasu, będę informować wszystkich na bieżąco o kolejnych etapach produkcji, o wszystkim, co się dzieje i kto pojawi się w pierwszym numerze. Czytelnik będzie w formie ebooka/pdf, jeszcze do końca nie jestem pewna, ale na pewno będzie elektroniczny, ale nie znajdziecie tam ponad stu stron. Nie chcę byście zanudzili się przy czytaniu. Najlepsze i najgorętsze informacje z rynku wydawniczego, a także kilka innych bonusów dla czytelników.

Teraz najważniejsze!
Poniżej macie tabelkę z Newsletterem. Wystarczy, że wpiszecie swojego mail, a zapiszecie się na pierwszy numer! Jest mi to potrzebne, by mieć rozbieżność ile osób jest zainteresowanych. Nie wahajcie się i zapisujcie, bo w pierwszym numerze, będą prawdziwe rarytasy!!! PIERWSZE TRZY NUMERY SĄ NA DARMO!!

19:23

#171 Recenzja książki "MMA Fighter. Szansa" Vi Keeland

#171 Recenzja książki "MMA Fighter. Szansa" Vi Keeland
Gdy przeszłość puka do naszych drzwi, a my nie jesteśmy pewni, czy ją wpuścić.

Seria Vi Keeland o niegrzecznych bokserach podbijają serca czytelniczek w całej Polsce. Mnie samej, pierwszy tom bardzo się spodobał, ale gdy widziałam w zapowiedziach Szansę, wiedziałam, że to będzie mój ulubieniec. Nie wiem czemu, bo Vinniego znałam jedynie jako postać drugoplanową, a na dodatek jako dzieciaka jeszcze w Walce. Trochę poczekałam na mojego przystojniaka, wydoroślał, zaczął zawodowo walczyć i dzięki temu mogłam zapoznać się z całą jego historią. Marzyłam o tym długie miesiące, ale gdy książka do mnie przyszła, jakoś nie mogłam się przełamać i po nią sięgnąć, chyba się bałam, że nie sprosta moim oczekiwaniom. Jednak przyszedł wolny i dosyć mulący weekend, a ja wzięłam Vinniego w dłonie i go przeczytałam. Zawiódł mnie, czy sprostał zadaniu?
Liv i Vince znali się jeszcze w szkole, ona dawała mu korepetycje, ale już wtedy połączyło ich coś więcej. Jednak problemy i tajemnice ich rozdzieliły, każde z nich poszło w swoją drogę i zajęli się karierą. Teraz, kiedy są dorośli, los spłatał im figla. Ponowne spotkanie jest nieoczekiwane i pełne napięcia. W pierwszej chwili chcą się opierać temu, co ich przyciąga do siebie, ale z czasem przestają. Poddają się temu uczuciu i pożądaniu, które jest obezwładniające. Ich serca nie słuchają rozumu, który mówi, że to nie jest dobry pomysł, że to prowadzi donikąd, ale chęć spotkania się, dotknięcia jest silniejsza. Tylko, że między nimi stoją ogromne tajemnice, które mogą zniszczyć łączącą ich wieź, jeśli nie będą szczerzy, wszystkie starania pójdą na nic. Czy tej dwójce uda się przezwyciężyć przeciwności losu? Czy tajemnice będą w stanie ich rozdzielić? Co tak naprawdę ukrywają i jak bardzo może to zranić tę drugą osobę? Liv i Vince to nietypowa para, mogą być szczęśliwi razem, albo nawzajem złamać sobie serca.

"To zabawne, co się dzieje, gdy czujesz, że nie masz już nic do stracenia. Wszystko, co mówisz, jest prawdą. Nie zastanawiasz się, nie owijasz w bawełnę. Gówno cię obchodzi, co ktoś myśli."

Poprzednia recenzja nie była zbyt pochlebna i ta niestety też nie będzie zbyt pozytywna. Muszę chyba odpocząć jakiś czas od książek erotycznych, bo ich schematyczność, fabuła, która jest prawie cała w seksie i raczej płytcy bohaterzy mnie już zmęczyli. Pierwszy tom tej serii bardzo przypadł mi do gustu, nie miałam raczej żadnych obiekcji i miło mi się czytało. Ale chyba przy Vinnim postawiłam za wysokie oczekiwania, bo mnie ciut zawiódł, a godziny czytania były raczej nudne. Nie mówiąc, że sceny seksu raczej omijałam, a szczególnie pod koniec, bo każda wyglądała tak samo. Nie chcę być za surowa, ale mam wrażenie, że ostatnio na rynku wydawniczym pojawiają się książki, w których chodzi tylko o to, by były sceny erotyczne, a nie emocje. Jasne, wiadomo, że lubię powieści zabarwione scenami łóżkowymi (może być też podłoga, blat w kuchni, i prysznic. Widzicie, schemat), ale bardziej mi zależy na emocjach, (nie, nie chodzi o orgazmy bohaterów).
Szansa jest książką napisaną lekko, raczej przyjemnie dla oka, szybko się czyta, nie wymaga od czytelnika jakiegoś wielkiego skupienia. Ot taka na rozluźnienie i zrelaksowanie się w weekend, gdy chcemy po prostu poczytać coś lekkiego, ale z małym pieprzykiem. Na takie dni, ta książka będzie idealna i nie zawiedzie was. Jednak gdy chcecie czegoś z emocjami i bohaterami, którzy więcej się pieprzą niż rozmawiają to cóż... I ja wiem, że takie są erotyki, ale czy ja wymagam tak wiele? Ciuteńki emocji i jakiejś fabuły, która nie skupia się prawie tylko na seksie. Wiem też, że w takich książkach jest ogrom schematyczności, powinien taki gatunek być, by ich tam wrzucić, ale powieść może być schematyczna, a zarazem wyjątkowa. Wiele takich czytałam i dlatego ciut się zawiodłam, bo Vinnie miał być mój i nikogo innego, miał idealnie wpasować się w moje gusta, a tutaj klops.
Recenzja będzie krótsza niż zawsze, ale po co mam pisać wszystko co mi się nie podobało, skoro to moja opinia tylko. Wiem, że inni są zachwyceni tą książką i nie będę im tego zabraniać, bo jest napisana poprawnie, jest napięcie między bohaterami i zawiera wszystko co powinien mieć dobry erotyk. Dla mnie zabrakło trochę emocji i tyle. Przykro mi, bo liczyłam na nią. Teraz na pewno odpocznę od erotyków, ale za jakiś czas wrócę do serii MMA Fighter.
Moja ocena to 6/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Kobiece
Autor: Vi Keeland
Tytuł: MMA Fighter. Szansa
Oryginalny tytuł: Worth the Chance
Stron: 368
Data premiery: 29 czerwca
Za książkę dziękuję:



13:13

#170 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Dance&Sing&Love. Miłosny układ" Layla Wheldon

#170 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Dance&Sing&Love. Miłosny układ" Layla Wheldon
Nie wszystko złoto, co się świeci – czyli książka, która nie powinna się ukazać.
Premiera 17 sierpnie 2017 r.

Do napisania tej recenzji zbierałam się długo. Musiałam zmotywować nie tylko mózg, ale i ciało do pracy, nie mogłam zostawić tę książki bez … nawet nie wiem jak to nazwać. Ale zacznijmy od początku. Od blisko ponad miesiąca w sieci widać zapowiedzi i pierwsze zachwyty nad powieścią „Dance&Sing&Love. Miłosny układ”, okładka jest piękna, opis interesujący, a ilość odsłoń na Wattpadzie mówi, że to musi być prawdziwe dzieło sztuki. Więc i ja się skusiłam, zgłosiłam się do recenzji i poprosiłam o egzemplarz, który przyszedł do mnie w zeszłym tygodniu. Miałam dzień wolny, chciałam poczytać coś, co teoretycznie powinno być dobre, więc wzięłam DSL w dłonie i zaczęłam czytać. Ale, co dalej? Czy książka jest tym dziełem sztuki, czy może jednak... nie?
Livia jest tancerką, kocha to całym sercem i nie wyobraża sobie, by robić w życiu coś innego. Robi karierę solową, ale również z zespołem uczestniczy w trasach koncertowych wielkich piosenkarzy. Menadżerka załatwiła im tym razem trasę po Europie z wokalistą – Jamesem Sheridanem, którego kocha prawie każda kobieta na ziemi, tysiące fanów śpiewa jego piosenki, a on jest typowym playboyem, który imprezuje i zalicza panienki. Tych dwoje od pierwszych chwil nie przepada za sobą. Livia jest zirytowana Jamesem, który zachowuje się egoistycznie i jak narcyz, nie wolno mu nic powiedzieć, ani go skrytykować. Mężczyzna nie szczędzi sobie docinek pod kątem Livii, zaczepią ją, gdy tylko może. Jednak jednego wieczoru wszystko się zmienia, sytuacja obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, a ta dwójka nie wie, co robić. Czy uczucia zwyciężą? Czy w świecie showbiznesu jest miejsce na miłość? Jaki tak naprawdę jest James?
TA KSIĄŻKA TO ZŁO!!! Caps jest zamierzony. Serio... dawno tak nie męczyłam się przy czytaniu i dawno już nie czytałam takich absurdów. Zacznijmy jednak od początku, który był okay. Wciągnęłam się, nawet było fajnie, lekko, przyjemnie i nie miałam żadnych uwag. Byłam przekonana, że całość zostanie pociągnięta w tym stylu, no ale... nie. Im dalej brnęłam, tym bardziej było źle, strasznie, psychicznie i absurdalnie. To słowo chyba najbardziej oddaje zawartość tej powieści, bo ona jest niewiarygodnie zła. Przysięgam, nie mam pojęcia, czemu ma tyle wejść, czemu ludzie tak na nią głosowali i kurde no... czemu? To pytanie mi nie daje spokoju, od kiedy odłożyłam tę powieść, nie rozumiem tego zachwytu, a tym bardziej jej fenomenu. Pewnie wiele osób w tej chwili ze mną się nie zgodzi i zje mnie, ale to moja opinia. Mnie ona zmęczyła, książka ma 520 stron, a ja przed cztery-setną się poddałam i odłożyłam na kilka godzin, bo nie dawałam rady. Byłam gotowa rzucić w kąt i już nigdy nie ruszać.
Teraz pomówmy o tym, co w niej jest złe, by nie było, że hejtuję bez powodu. Po pierwsze, alkohol, moim zdaniem większość bohaterów powinna iść na odwyk. Na początku nic się nie działo, ale potem procenty lecą strumieniami, głowa bohaterka chyba ma kilka scen bez piwa czy innego trunka przez całą książkę. Nie mogę zapomnieć o scenie, gdzie autorka szczegółowo opisała jak palić marihuanę, by dobrze się nią upalić... to dla mnie był szczyt. Przecież tę powieść przeczyta także młodzież i ja wiem, że raczej każdy wie takie rzeczy, ale jak dla mnie to było tylko zachęcanie do palenia. Następny minus to rozchwianie emocjonalne bohaterów. W jednej chwili jest zgoda, a linijkę później już się kłócą, wyzywają, by po chwili iść do łóżka się pie... Serio? Nie wiem, kto mnie bardziej wkurzał, Livia czy James. Nie wspominając, że James to moje ukochane imię, a autorka je zbezcześciła.
A wisienką na torcie w tej książce jest zakończenie. Kiedy po przerwie wróciłam do czytania, to po prostu omijałam sceny, w których się „kochali”, bo to było już nudne i bez polotu, więc przechodziłam do momentów, gdy się coś działo. Takim sposobem dotarłam do zakończenia, które.. pisząc to, nie mogę przestać chichotać, tak absurdalne ono było. Nie chcę spoilerować, bo nigdy tego nie robię, ale gdy przeczytałam ostatnie dwie strony to miałam wielkie WTF. Takiego zakończenia jeszcze nie spotkałam i gdyby się zastanowić, byłoby idealne, gdyby nie to, że będą kolejne dwa tomy, co mnie załamuje.
Podsumowując, książka jest okropna, nudna, bohaterowie są irytujący i nieogarnięci, a sama fabuła jest niechlujna. Autorka wpychała miejscami sceny, które są zbędne i niepotrzebne. Nie wspominając o promowaniu picia i palenia trawki. Dla mnie to jest nie do polecenia. Nie chcę byście przeżywali to, co ja, byście się tak męczyli. Książka jest zła i to jest chyba najgorsze co przeczytałam w tym półroczu.
PS: Nowa nazwa tej książki to „Drink&Fuck&Hate”. Nie bijcie za to, ale idealnie oddaje treść.
Moja ocena to 2/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika


Wydawnictwo: Editiored
Autor: Layla Wheldon
Tytuł: Dance&Sing&Love. Miłosny układ.
Stron: 520
Za książkę dziękuję


13:32

#169 Recenzja książki "Nie zapomnij mnie" Anny Bellon - Ambasadorka

#169 Recenzja książki "Nie zapomnij mnie" Anny Bellon - Ambasadorka
Dziury w naszych sercach goją się bardzo długo, ale pustka po bliskich osobach, nie da się zapełnić.


Długo zbierałam się do tej recenzji, gdyż pierwotnie miałam nagrać vloga, ale zbyt wielki stres, brak czasu na nagranie i sprzętu, więc po prostu napiszę. Nie mówię nie, dla nagrania wersji „mówionej”, ale na tę chwilę, możecie po prostu przeczytać, co sądzę o drugiej książce Anny Bellon. Pierwszy tom Uratuj Mnie, tej serii był cudowny, zakochałam się w nim, fragmenty mnie totalnie rozwalały, a ja nie mogłam doczekać się kolejnego tomu. Przeczytałabym drugi tom na Wattpadzie, ale Ania zabroniła, powiedziała bym poczekała na wydanie i tak też zrobiłam. Jakiś czas temu przyszedł do mnie egzemplarz i mimo że miałam ochotę na niego się rzucić, to musiałam trochę poczekać, bo w sumie... no właśnie. Czego się bałam? Czy strach okazał się słuszny i co tym razem pokazała Ania? (Jak to brzmi).
Oliver jest na szczycie. Razem z zespołem jeżdżą w trasy koncertowe, robi to, co kocha, ma dziewczynę, na której mu zależy i mieszkanie, na które zarobił swoją muzyką. Jednak czegoś mu brakuje, nie czuje się w pełni spełniony. Ma wszystko, co powinno dać mu szczęście, ale stracona przed laty miłość nie daje o sobie zapomnieć, ciągle go nawiedza w snach, a serce nie chce o niej zapomnieć. Niespodziewanie Nina wraca, pojawia się znikąd i jest tak samo piękna, jak dawniej. Ollie nie może uwierzyć, że to naprawdę ona, ma do niej wiele pytań, chce wiedzieć, dlaczego tak nagle zniknęła i nie dawała o sobie znaku życia. Jednak Nina ma więcej tajemnic niż w momencie, gdy wyjeżdżała, nie chce mówić o tym, co się z nią działo, ale jednocześnie nie może się powstrzymać od spotykania z Olliem. Co się stanie, gdy prawda wyjdzie na jaw? Gdzie Nina była przez te lata? Czy Ollie w końcu znajdzie szczęście?

Tworzenie muzyki było uzależniające jak narkotyk. Uderzało do głowy niczym działka kokainy. Pierwszy raz jest niewinny, ale każdy kolejny sprawia, że nie możesz już bez tego oddychać. Nie możesz myśleć. Nie możesz jeść. Nie możesz spać, bo twój świat bez muzyki wydaje się niekompletny. Życie staje się niekończącą się piosenką. Niekończącą się aż do dnia twojej śmierci.”

Ania Bellon stała się bliska memu sercu, już w momencie, gdy poznałam historię Mai i Kylera. Zakochałam się i wiedziałam, że przeczytam wszystko, co wyjdzie spod jej pióra. Historia Olliego i Niny bardzo mnie ciekawiła i liczyłam na równie dużo emocji, co w pierwszym tomie. I tutaj pojawia się mały szkopuł, gdyż bardzo polubiłam główne postacie, spodobała mi się fabuła i emocje, to jednak ciut mi czegoś zabrakło. Nie chodzi o to, że jest złe, bo nie jest. Książka jest bardzo dobrze napisana, fabuła jest interesująca, a bohaterzy nie są nudni, czyli ma wszystko to, co powinna zawierać dobra powieść. Lecz zabrakło mi jakiejś głębi, która była w pierwszym tomie. Jakoś historia Mai i Kylera bardziej zapadła mi w serduszko, bardziej się do nich zbliżyłam. Przy Olliem czułam pewną barierę, jakby nie chciał dopuścić mnie do siebie, mimo że chciałam, to cały coś blokowało pełną miłość.
Ania pewnie w tej chwili się smuci, bo brzydko mówię, ale nie ma co się martwić. Drugi tom zawsze najgorzej napisać, wiele autorów polega na niby tej prostej rzeczy. Dlatego mimo tych malutkich minusików, jakich znalazłam, to książka jest naprawdę dobra. Świetnie się ją czytało, bardzo szybko poszło, wiele razy śmiałam się w głos, nawet zaznaczałam te fragmenty, pokaże je na FP w grafikach. Mało tego, po miesiącach rozmawiania z Anią prawie dzień w dzień, czułam ją w tej książce. Przy emocjach, przy dialogach, wiele z nich sprawiało, że uśmiechałam się sama do siebie, bo właśnie czułam naszą kochaną Anię na stronach Nie zapomnij mnie. To moim zdaniem jest jedna z najlepszych zalet tej książki, gdyż wiemy, że autor włożył w daną powieść swoje serce, że pisząc ją, nie zmuszał się do tego, ale naprawdę pokochał swoich bohaterów.

Jeśli w grę wchodziła Nina Mills, nie myślałem jednak racjonalnie. Nawet gdy na szali kładłem własne serce, i to kolejny raz. Bo wiedziałem, że kiedy znów będzie tak blisko, przyjaźń nie będzie mi wystarczała. Nikt jednak nie powiedział, że miłość nie jest szalona.”

Nie zapomnij mnie jest lekturą, która rozkocha czytelników od pierwszych stron. Wciągnie ich w życie Olliego, poznamy jego uczucia, jego zwyczaje, a także to, jak tworzy muzykę. W książce nie braknie też scen z pozostałymi członkami zespołu, pojawiają się nowe postacie, które zachwycają (w każdym razie ja się zakochałam). Całość jest napisana w lekkim, przyjemnym dla oka stylu, czytanie jest przyjemnością i nie czujemy, gdy mijają kolejne godziny przy Olliem i Ninie. Jestem bardzo zadowolona z czasu, jaki z nimi spędziłam, bardzo się cieszę, że Ania napisała historię od strony tego chłopaka i nie mogę się doczekać kolejnych tomów, które pokażą nam kolejne postacie z grona znajomych naszej paczki z The Last Regret.
Podsumowując, oczywiście polecam wam tę książkę. Nie żałuję, że ją przeczytałam, mimo tych paru braków, które wypisywałam wyżej, bo uważam, że miło spędzicie czas przy tej powieści i nie będziecie tego żałować. Gorąco polecam i czekam na wasze opinie!
Moja ocena 8/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: OMGBooks (Znak)
Autor: Anna Bellon
Tytuł: Nie zapomnij mnie
Stron: 320
Data premiery: 19 lipca 2017r.

Za książkę dziękuję

15:35

Typowe problemy książkoholików!

Typowe problemy książkoholików!

Ostatnio postanowiłam, że porobię inne posty niż tylko recenzje i recenzje, które publikuję. Przecież nie samymi recenzjami człowiek żyje, przyda się coś dla rozrywki, na rozbawienie, albo po prostu na rozluźnienie po ciężkim dniu. Jak zapewne widzicie po tytule, znajdziecie tutaj kilka problemów książkoholików. Najczęstsze i najbardziej popularne problemy z jakimi musimy się mierzyć. Jak się mówi „Nasze życie takie ciężkie ” :D
Dajcie znać, który z problemów najbardziej wam dokucza!


Gdzie jest moja zakładka?!
Nie ważne ile mam zakładek, nawet, gdyby do każdej książki dawali zakładkę, ja i tak miałabym za mało. Moment, w którym muszę przerwać czytanie jest wielką rozpaczą, a boli tylko bardziej to, że nie masz nic pod ręką, by zaznaczyć, gdzie się skończyło. Wiele razy służył mi do tego telefon, który potem szukałam po całym pokoju... Typowe i jakie oklepane, ale niestety prawdziwe. Tylko prawdziwy książkoholik zrozumie, że za zakładkę może posłużyć dosłownie wszystko!


Jak to już koniec?
Komu się nie zdarzyło, że książka skończyła się za szybko? Czytasz, wciągasz się, nie możesz się oderwać i nagle koniec. Najgorsze uczucie na świecie, a gorzej jest tylko w chwili, gdy dowiadujesz się, że na kolejny tom musisz czekać kilka miesięcy, a nawet i rok. Wiele razy mi się zdarzyło, zawsze sobie obiecuję, że poczekam na całą serię, no ale...


Musi się zmieścić na półce.
Kujemy nowy regał, a za miesiąc on już jest napełniony(przy dobrych wiatrach). Nowy regał, to nowe porządki, zawsze w takim momencie, robi się przeprogramowanie biblioteczki. Wszystko jest układane od początku i gdy kończymy okazuje się, że nie mamy całego regału, a ledwie pół. Kupowałam już trzy regały i za każdym razem, miejsce kończyło się szybciej niż myślałam. W tej chwili kombinuję, gdzie wcisnąć nowe półki, lub jak ułożyć książki, by zyskać trochę przestrzeni.


Głosy w mojej głowie.
Centrum handlowe, jakaś galeria, czy nawet zwykły środek miasta i na twojej drodze staje księgarnia... (Powinna tu być jakaś groźna muzyka). Nagle zaczynasz słyszeć głosy, wołają cię, każą wejść do środka i kupić jedna, dwie, trzy książki. Starasz się opierać, ale one tak głośno krzyczą, zakrywasz uszy i uciekasz. Dramaturgia tej sytuacji jest specjalna i zamierzona, ale ma ona podkreślić, jak ciężko przechodzi się koło księgarń, w których znajduje się tyle dobra i można je nazywać rajem. Sama jak przechodzę koło takich „rajów” odwracam wzrok i skupiam się na czymś innym, bo wiem, że jeśli wejdę do środka, będę stracona.


Nie muszę spać, będę żyć z czytania!
Książka wciągnęła do tego stopnia, że nie możemy się oderwać, nawet na chwilę nie chcemy odwrócić wzroku. Ale przecież jest już po północy, a rano trzeba wstać. Każdy z nas to przerabiał, ja wielokrotnie i okazuje się, że najciekawszy moment w książce następuje, gdy musimy się położyć i zasnąć. Tylko jak to zrobić, gdy w naszych głowach wciąż żyją bohaterowie, wciąż jesteśmy w ich świecie.


Nie mów do mnie teraz!
Zawsze, ale zawsze mi się zdarza, że gdy zacznę czytać naprawdę dobrą książkę to nagle wszyscy chcą coś ode mnie. To siostra, to siostrzenica, albo jakieś wydawnictwo, nie mówiąc o telefonie, na który dzwonią kurierzy. No ludzie kochani, serio?! Zastanawiam się, czy zaczynam świecić w momencie, kiedy trzymam w rękach dobrą książkę? Nie wiem jak to działa, ale po znajomych dowiedziałam się, że również, gdy zaczną czytać to nagle ludzkość domaga się od nich uwagi. A jak jest u was?



11:31

#168 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Friendzone" Sandry Nowaczyk - Patronat

#168 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Friendzone" Sandry Nowaczyk - Patronat
Przyjaźń od dziecka i miłość po wsze czasy – każdy tego pragnie, ale czy coś takiego w ogóle istnieje?

Premiera: 5 lipiec 2017r.
To nie będzie zwykła recenzja i na pewno nie będzie szablonowa. Kiedy siadam do pisania, nie do końca wiem, co chcę powiedzieć, by nie było ani za miło, ani za ostro. Nie lubię pisać takich opinii, ale jak wiadomo, muszę być szczera i nie okłamywać moich czytelników. Tak postaram się zrobić i mam nadzieję, że ułatwi wam ona zadanie czy kupować. Na początku czerwca dostałam propozycje, recenzji, patronatu, a nawet i rekomendacji do tej książki. Cieszyłam się ogromne, szczególnie że wydawca ogłaszał tę młodą autorkę, jako następną Estellę Maskame, a jak wiadomo, kocham Dimily. Nie zastanawiając się, wzięłam ebooka z treścią, patronat, ale z rekomendacją nie wyrobiłam się, a także nie wiedziałam, co miałabym przekazać czytelnikom. Zaraz przejdziemy do mojej opinii i tego, czemu wzięłam patronat, ale najpierw zapoznajcie się z opisem.
Tatum i Griffin przyjaźnią się od dzieciństwa, są nierozłączni, oddani sobie i zawsze mogą na siebie liczyć. Przyjaciele idealni, ze świecą takich szukać, wszyscy zazdroszczą im łączącej ich relacji. Jednak wszystko się zmienia, gdy idą na bal maskowy. Tatum miała przyjść z chłopakiem, ale ją wystawił, więc zabiera koleżankę. Griffin wybrał się z dziewczyną, którą kocha. Kiedy nieświadomi niczego przyjaciele zaczynają razem tańczyć, czują niesamowitą więź i pociąg, jakiego nie czuli nigdy. Mają wrażenie, że odnaleźli swoją drugą połówkę. Aż w końcu się całują... a potem ściągają maski i czar pryska. Pojawia się przerażenie, nie wiedzą, co mają teraz zrobić, skoro obudzili uczucie, którego nie da się ugasić. Oboje starają się żyć dalej, przejść do porządku dziennego, ale to się nie udaje. Tatum cierpi, nigdy dotąd nie czuła tego do przyjaciela, nie chce tego czuć, zagłusza tę emocję i stara się o niej zapomnieć, ale to nie takie łatwe. Griffin, mimo że ma dziewczynę i wmawia sobie, że nic nie czuje do Tatum, to średnio mu to wychodzi. Im bardziej sobie wmawiają, tym gorzej im idzie przyjaźń. Co się stanie, gdy tłamszone emocje wyjdą na wierzch? Kto będzie cierpiał, a kto będzie szczęśliwy?

Mówią, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Ale ja jestem gotowa wchodzić do niej raz za razem, brodzić po kostki w lodowatej wodzie. (…) Igrać z ogniem i sprawdzać, jak długo mogłabym trzymać głowę pod wodą...”

Jak widać po opisie, jest to raczej młodzieżówka z wątkiem miłosnym i różnymi wybojami. Trochę mi się myliło, gdyż imię Tatum spotkałam w innej książce i jakoś nie mogłam się przestawić, a to był tylko czubek góry lodowej. Zacznę tak.... Sandra jest bardzo młodą pisarką, która dopiero wkracza do świata literatury, który, nie ukrywajmy, jest dość brutalny dla debiutantów, a szczególnie u nas w kraju. Gratuluje pisarce odwagi, że postanowiła spróbować swoich sił, a nie schowała historii do szuflady. Przyznaję, że siedemnaście lat, to trochę mało, by wejść na rynek, gdyż pióro takiej młodej osoby nadal się rozwija, jeszcze kształtuje swój charakter i to, co myśli o świecie. Niestety widać to wszystko w tej książce. Mimo że powieść posiada potencjał, by być czymś genialnym, to moim zdaniem zabrakło trochę warsztatu. Oczywiście, jeśli brać pod uwagę wiek Sandry, to pisze bardzo dobrze, ale jednak pośród morza bardzo dobrych pisarek, wypada odrobinę cieniutko.

Obietnica, która wisi między nami, jest tylko moją fatamorganą. Ta sama obietnica mówi, że miłość jest na wyciągnięcie ręki. Że mogłabym być z nim. Że on mógłby stworzyć uśmiech przeznaczony tylko dla mnie. Że to wszystko mogłoby być moje.”

Friendzone to powieść przede wszystkim o przyjaźni. I jeśli będziemy się skupiać tylko na fabule... nie źle... na tym, co autorka chce nam przekazać, to znajdziemy bardzo dobrą powieść. Niesie przesłanie, ma morał i miejscami jest zabawna. Jednak jeśli wziąć pod lupę warsztat, to tutaj nieco siada. Nie chcę być za ostra, ale miejscami miałam wrażenie, że dana scena jest bez sensu, nad moją głową pojawiał się znak zapytania i nie wiedziałam, czemu zostało to napisane. Takich miejsc było kilka, ale prócz tego, zabrakło mi emocji, a za dużo było suchych opisów. Jeśli zebrać wszystkie za i przeciw, to znajdziemy się pośrodku skali. Wiem, że autorka jest młoda, że jeszcze się wyszkoli i zapewne za kilka lat będzie pisała genialnie, ale w tej chwili uważam, że jest za wcześnie na wydanie tej książki... źle to brzmi. Na miejscu autorki usiadłabym nad tą książką i przejrzała ją, poprawiła, usunęła niepotrzebne i wtedy byłoby idealnie i dałabym większą ocenę, ale w tej chwili jestem odrobinę zawiedziona.
Mam wrażenie, że tak zamotałam, że sami zapewne nie wiecie, czy ta książka jest dobra, czy zła. Pod względem warsztatu/techniki jest słabo i wiele bym poprawiła albo w ogóle napisała od nowa. Za to fabularnie ciut lepiej, polubiłam Griffina, Tatum lekko mnie irytowała, ale ogólnie wątek z tak silną przyjaźnią jest bardzo mile widziany na rynku wydawniczym i moim zdaniem bardzo dobry pomysł. Tylko mogłoby być lepiej wykonane.
        Teraz, czemu wzięłam patronat medialny. Chcę dać szansę tej autorce, chcę, by się dalej rozwijała. Nie będę brała patronatu i słodziła, skoro znalazłam błędy, ale jestem gotowa polecić Wam nazwisko autorki. Za kilka lat, gdy ukształtuje swój styl, będzie genialną pisarką.
Moja ocena to 6/10. Ocena i tak duża, ale to taka zachęta dla autorki, by podszkoliła warsztat.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Feeria Young
Autor: Sandra Nowaczyk
Stron: 408
Za książkę dziękuję


12:31

#167 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Blisko Ciebie" Kasie West

#167 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Blisko Ciebie" Kasie West
Każda książka to nowa historia. Jakie historie wyjdą na jaw, gdy utkniesz w bibliotece?
Premiera: 5 lipca 2017r.

Kolejna książka Kasie West, a ja szaleję z radości, że już teraz mogłam ją przeczytać. Na moje szczęście, powieści pojawiają się w systematycznej odległości i to ogromny plus dla wydawnictwa. Dzięki temu mogę co kilka miesięcy odprężyć się przy lekturze, przenieść się do kolejnej cudownej historii, która pochłonie mnie na kilka godzin, a ja zapomnę o rzeczywistości. Jak to ze mną bywa, gdy dostałam PDF od Feerii Young, nie opierałam się za długo, bo może z dziesięć minut i od razu poszłam czytać. Nie przejmowałam się tym, że coś miałam zrobić, że było trzeba zjeść obiad. Liczył się tylko plik z książką i ja, oczy chodziły od lewej do pracy, a strzałkami przejeżdżałam coraz dalej. Co mnie spotkało na tych 391 stronach? Czy Kasie po raz PIĄTY dała radę?
Autumn udało się przekonać rodziców, żeby pozwolili jej wyjechać na weekend z przyjaciółmi. Miała piękne plany, chciała spędzić czas z przyjaciółkami na plotkach, a także zbliżyć się do Jeffa – chłopaka, który bardzo jej się podobał. Niestety przez pomyłkę Autumn została zamknięta w bibliotece... na cały weekend. Myślała, że przyjaciele po nią wrócą, gdy zauważą, że jej nie ma, że rozstali się pod budynkiem, a ona nie dojechała na miejsce. Lecz to się nie dzieje, nikt nie wraca, w bibliotece jest zimno, cicho i ciut przerażająco. Straszniej robi się w momencie, gdy dziewczyna uświadamia sobie, że nie jest sama. Razem z nią jest zamknięty Dax – chłopak, który nie ma zbyt dobrej opinii wśród rówieśników, a teraz nie stara się nawet być miły dla Autumn. Oboje muszą dość do porozumienia, jak przetrwać w tej bibliotece, w której jest zimno, nie ma jedzenia, a muszą w niej przesiedzieć trzy dni. Jaki tak naprawdę jest Dax? Czy to prawda co o nim mówiono? Jaką tajemnicę skrywa Autumn i czy wyjdzie ona jaw? Co się stanie z nimi, gdy wreszcie wyjdą na zewnątrz?

Dotarłam do drzwi na parking i pchnęłam metalowy uchwyt. Ani drgnął. Nacisnęłam jeszcze raz. Nic.
[...] Obiegłam całą bibliotekę w poszukiwaniu innego wyjścia. Takie jednak najwyraźniej nie istniało. Na zewnątrz prowadziło sześcioro drzwi i wszystkie były zamknięte na głucho. To samo więc dotyczyło i mnie – opartej teraz o drzwi do podziemnego parkingu, których chłód wnikał mi pod skórę, uwięzionej w wielkiej pustej bibliotece – gdy kofeina i niepokój brały się we mnie za łby.

I love this boook! Totalnie, jestem zakochana i to tak na maksa. Ta książka okazała się idealna na ten dzień, ten okres wakacyjny, a nawet i tematy w niej poruszane. Kiedy zaczynałam czytać, byłam ufna, wiedziałam, że to Kasie i po prostu musi mi się spodobać, w końcu to moja ukochana autorka i nie mogła napisać czegoś złego. Czytanie było ogromną przyjemnością, czuję się tak zrelaksowana i wypoczęta, jakbym była po dobrym urlopie, a pozytywna energia dosłownie mnie rozpiera. Dawno nie czułam się tak rozpieszczona dzięki książce. Ostatnio większość tego, co czytałam, było takie ot okay, spoko, ale bez szału. Nie sprawiało, że moje serce przyspieszało, a ja czułam się taka szczęśliwa. A tu niespodzianka! To nie wina przemęczenia, czy złego humoru, to była wina książek, które nie miały tego ważnego elementu, jaki mają książki Kasie West. Lekkość to jest to, co sprawia, że tak chętnie sięga się po jej książki.
Blisko Ciebie to powieść, która porywa od pierwszej strony. Dosłownie jesteśmy wciągani w historię Autumn, poznajemy jej życie, przyjaciół, tragedie i tajemnice. Z każdym kolejnym rozdziałem, jesteśmy coraz bardziej poruszeni i zakochani w tej książce. Mimo że jako tako nie ma tam zawiłych wątków ani nie musimy się doszukiwać drugiego dna, to całość jest piękne skomponowana i idealnie wyważona. Przyznaję się bez bicia, że przez większą część książki doszukiwałam się drugiego dna, szukałam, kto zdradzi, kto okaże się kłamcą i przede wszystkim cały czas mój mózg chodził na wysokich obrotach. Byłam już tak przyzwyczajona do tego, że w książkach zawsze ukrywają głębszy sens, schowany bardzo głęboko, że w tej też szukałam, a nie potrzebnie. Kasie West zawsze pisze, prosto, lekko i przesłanie znajduje się „na wierzchu”.

Ale bez całowania. Jak para przyjaciół.
Przyjaciół?
Nie. Przyjaźń oznacza przywiązanie, tak? Więc nie. My jesteśmy dla siebie odmianą. Przyjaciółmi z doskoku.
Znieruchomiał, wyraźnie rozbawiony.
Okej.
Czemu nie potrafiłam przestać gadać?
A przyjaciele z doskoku się nie całują. Ci, z którymi się całuję, przywiązują się do mnie.
Uśmiechnął się na całego.
A więc żadnego całowania. – Powiedział to tak cicho i chrapliwie, że natychmiast zamarzyło mi się wywalenie tej zasady za okno. Nawet jeśli tylko ona mogła uchronić mnie przed układem, który właśnie stworzyłam.”

Jest to piąta i na pewno nie ostatnia książka tej autorki w Polsce. Każda kolejna coraz bardziej utwierdza mnie w zdaniu, że ta kobieta ma nie lada talent i jeszcze nie raz mnie zaskoczy swoimi powieściami. Posiada umiejętność pisania z taką lekkością, jakiej jeszcze nigdy nie spotkałam, dodatkowo książki obfitują w przesłanie, posiadają morał. Uwielbiam takie lektury, ale niestety ciężko znaleźć takie, w których jest coś więcej niż powtarzający się schemat. Na szczęście po świecie chodzi taka Kasie West i tworzy książki, które są idealne pod każdym względem.
Nie muszę mówić, czy polecam, bo to raczej oczywiste. Spędziłam kilka godzin na cudownej książce, która odprężyła mnie, sprawiła, że na mojej twarzy pojawiał się niejednokrotnie uśmiech, a dzień, mimo że był ciężki, to minął przyjemnie.
Moja ocena to oczywiście 10/10, nie może być inaczej.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Feeria Young
Autor: Kasie Wset
Oryginalny tytuł: „By Your Side”
Stron: 391

Za książkę dziękuję

13:10

#166 Recenzja książki "Początek Wszystkiego" Robyn Schneider

#166 Recenzja książki "Początek Wszystkiego" Robyn Schneider
Musimy wiele razy upaść, by dostrzec to, co jest naprawdę ważne w naszym życiu.

Wakacyjne książki tego wydawnictwa, do tej pory zawsze spełniały oczekiwania czytelników, nie tylko pod względem wizualnym, ale także fabularnym. Nic więc dziwnego, że kiedy zobaczyłam tę okładkę i opis do tej powieści, przepadłam. Wiedziałam, że nic mnie nie zatrzyma, by przeczytać tę lekturę, czułam, że będzie to coś niesamowitego, lekkiego i uroczego. Nie wspominając już o rekomendacjach, jakie znajdują się na skrzydełkach Początku Wszystkiego. Książka przyszła, a ja już na następny dzień rzuciłam obowiązki w kąt i zaczęłam czytać, ale... No właśnie, czy ta powieść okazała się tak dobra i wzruszająca jak wszyscy mówią?
Ezra miał wszystko. Był popularny, wielkie grono przyjaciół, piękną dziewczynę, ukochany sport i świetlaną przyszłość, którą miał mu zapewnić tenis. Myślał, że trzyma życie za rogi i nic złego nie może mu się przydarzyć. Jednak się przeliczył, nieszczęśliwy wypadek, sprawił, że Ezra stracił wszystko – świetlaną przyszłość, dziewczynę, możliwość uprawiania jakiegokolwiek sportu, a także szansę na bycie szczęśliwym. Kiedy po długiej przerwie wrócił do szkoły, musiał się odnaleźć i przede wszystkim przetrwać. Nieoczekiwanie na jego drodze stanęła Cassidy, która przeniosła się do jego szkoły, wyróżniała się pośród dziewczyn, jakie go otaczały. Wydawała się szczera, odważna, pewna siebie i przyjazna. Oboje trafili do tej samej grupy ludzi i powoli się zaprzyjaźniali, a potem nawet i więcej. Tylko, że Cassidy nie była taka jak się w rzeczywistości wydawało, miała tajemnice, które nie mogły ujrzeć światła dziennego. Czy Ezra odnalazł się w całkiem innej sytuacji? Czy przeszłość będzie go nawiedzać? I przede wszystkim czy dojrzał do tego, by podjąć odważne i dobre decyzje?

Czasem myślę sobie, że na każdego czai się jego osobista tragedia. Że ktoś, kto właśnie kupuje mleko w piżamie albo dłubie w nosie na światłach, może być sekundę od katastrofy. Że każde życie, nieważne, jak zwyczajne, ma tę jedną chwilę, kiedy staje się wyjątkowe - chwilę, po której wydarzy się wszystko, co naprawdę ma znaczenie.”

Blurby na okładce mówiły, że książka jest piękna, wzruszająca, zabawna i chwyta za serce swoją unikatową treścią. Nie ze wszystkim mogę się zgodzić. Zaczęłam czytać i w sumie szło, łatwo, gładko, ale nie czułam jakiegoś wielkiego przyciągania do tej powieści. Autorka, wprowadza nas w dość nietypową narrację, gdyż bohater opowiada nam swoją historię, ale także mówi do nas. Tak, dobrze czytacie. Są takie momenty, że Ezra dosłownie przemawia do nas, jakby chciał, żebyśmy dobrze zrozumieli jego życie. To mi się podobało, było dosyć zabawne miejscami, ale moim zdaniem czegoś zabrakło tej książce. Dialogi były spójne, dobre i śmieszne miejscami, opisy były dość monotonne? Chyba to jest dobre słowo, gdyż miałam wrażenie, że większą część książki jechałam na jednej emocji, jednym poziomie. Nie czułam czegoś takiego, dzięki czemu nigdy nie zapomnę tej książki, że poczułabym miłość, ani nic w tym stylu, to było po prostu … „spoko”.
Ezra jako bohater książki sprawdził się idealnie. Dobrze oddawał myślenie chłopaka w tym wieku i naprawdę nigdzie nie poczułam, że to wszystko pisała kobieta. Dlatego dla autorki wielki szacunek, gdyż to nie łatwe zadanie, a jej się udało to perfekcyjnie, za to jest plus. Jednak jak pisałam wyżej, czegoś zabrakło mi w tej książce, czegoś, co by ją dopełniło, czegoś, co stanowiło ważną część całości. Czasem podczas czytania spotykało mnie uczucie, że dana scena nie pasuje do całości, jakby była zapchaj dziurą, między innymi scenami. Za to polubiłam bardzo, ale to bardzo, przyjaciela Ezry – Toby'ego, który może nie był idealny, ale realny. Popełniał błędy, ale nie skupiał się na zadręczaniu nimi, lecz na naprawie, tego co zepsuły. Był otwarty, przyjacielski i wygadany. Trochę żałowałam, że to on nie był główną postacią tej książki. Jednak tak nie było, a ja cóż... zostałam zawiedziona i trochę wykiwana, gdyż spodziewałam się oceanu emocji, a zamiast tego znalazłam może szklankę.

Oscar Wilde powiedział kiedyś, że umieć żyć to najrzadsza rzecz na świecie, bo większość ludzi jedynie egzystuje i to wszystko. Nie wiem, czy miał rację, ale wiem, że ja bardzo długo tylko egzystowałem. A teraz zamierzam żyć.”

Robym Schneider ma dobry warsztat, wpadła na fajny pomysł i jej się udało wydać książkę, która poruszy zapewne mnóstwo czytelników. Jednak na moje zdanie powinna trochę odpuścić filozoficzne mądrości i skupić się na tym, by książka posiadała więcej uczuć. Historia porusza bardzo trudne tematy, znajdziemy dużo dramatów i bohaterów, którzy musieli poradzić sobie z życiem. I to jest pozytywne, takie tematy należy poruszać, lecz całości zabrakło głębi, jaką powinna mieć ta powieść. Autorka mogła bardziej zagłębić się w bohaterów, w ich ból i stworzyć coś niesamowitego, a zamiast tego wszystko wyszło nijakie.
Podsumowując Początek Wszystkiego to książka, która mówi o tym, że życie nie jest łatwe, że trzeba pokonywać problemy i iść do przodu z podniesionym czołem. Mogła to być cudowna lektura, ale zabrakło w niej czegoś głębszego i jakiejś emocji, która sprawiłaby, że czytałabym jednym tchem. Niestety nie spotkałam tego w tej książce i nie do końca mogę ją polecić. Fajna, prosta, ale ciut za płytka.
Moja ocena to 6/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Moondrive (Otwarte)
Autor: Robym Schneider
Oryginalny tytuł: The Beginning Of Everything
Stron: 352
Data premiery: 14 czerwca 2017r.
Za książkę dziękuję

 
Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger