17:41

Zapowiedź i wywiad z Agnieszką Lis!!

Zapowiedź i wywiad z Agnieszką Lis!!

Opis: "Grzegorz ma kilka lat, gdy jego ojciec opuszcza rodzinę. Chłopiec został z matką, z którą z każdym rokiem coraz trudnej mu się porozumieć. Ojciec był mistrzem i autorytetem, matka jest łatwowierną, kochającą, uległą kobietą. Ona wybacza kolejne błędy, Grzegorz przekracza kolejne granice.
Myliłby się jednak ten, kto by uznał, że to zwyczajna opowieść o konflikcie pokoleń, toksycznych relacjach i braku zrozumienia. Bo „Latawce” to próba nieustannego poszukiwania wolności, tęsknota za nią. Ale czy Grzegorz  ją odnajdzie, czy też da się oszukać jej złudzeniu? W pewnej chwili chłopak dotkliwie się przekona, że jednak człowiek nie ma skrzydeł…
Agnieszka Lis w tej wspaniałej i wzruszającej książce udowadnia, że jest niezrównaną mistrzynią formy. Nielinearna konstrukcja, element zaskoczenia niemal na każdej stronie i oczywiście nieszablonowe zakończenie sprawiają, że od książki nie sposób się oderwać."
Wywiad

DSz: Na jesień pojawiło się wznowienie dwóch Twoich książek, teraz pojawia się zapowiedź kolejnej. Co możesz nam powiedzieć o Latawcach?
AL: To bardzo emocjonalna książka. Ojca głównego bohatera spotkałam kiedyś na kawie w korporacyjnej kuchni. W pierwszej chwili nie bardzo chciałam wierzyć w to, co mi opowiedział. Historia jego syna była – i jest – niemal nieprawdopodobna, a jednak prawdziwa. Ta opowieść jest bardzo osobista - do tego stopnia, że miałam obawy, czy bohater wyrazi zgodę najpierw na rozmowę, potem na publikację.
Kilku wydawcom zaproponowałam tę powieść – za każdym razem słyszałam, że „nie mieści się w profilu wydawniczym”. Tak jakby istniała obawa, że temat jest zbyt – czy ja wiem, ciężki? Dopiero Czwarta Strona odważnie podeszła do tego tekstu, za co jestem całej ekipie bardzo wdzięczna, jak i za wiele innych rzeczy zresztą też.
Od początku wiedziałam, że książka musi mieć tytuł związany z lataniem. Było kilka wersji, ostatecznie stanęło na Latawcach. Natomiast okładka mnie bardzo, bardzo ucieszyła. Jest inna od tych, które królują na księgarskich półkach – tak inna, jak ta książka. Oby ta inność spodobała się też Czytelnikom.

DSz: Która z Twoich wszystkich powieści była najtrudniejsza i najbardziej emocjonalna dla Ciebie?
AL: Każdą oczywiście przeżywam, ale każdą inaczej. Chyba najtrudniejsza była Karuzela, najłatwiej mi było (i jest) sobie wyobrazić, że dotyka mnie los bohaterki… Chociaż bardzo emocjonalną książką są też Latawce. Pisałam je długo, bardzo długo. Od pierwszych rozmów z bohaterem powieści minęło prawie pięć lat. Długo szukałam narracji, sposobu opowiedzenia tej historii, a potem długo pisałam, choć tekstu tam nie jest wiele.

DSz: Czy zaczęłaś już pisać kolejną powieść?
AL: Co to znaczy „kolejną”?
Są już prawie skończone trzy następne ;-)

Zauważyłaś, że każda Twoja premiera jest w styczniu? Zaczęłam z Tobą znajomość przy Pozytywce i od tamtej pory, zawsze w styczniu, masz coś dla mnie nowego.
To nie jest przypadek ;-) Mój debiut, pierwsze wydanie Jutro będzie normalnie, też był w styczniu. To taki dobry początek roku, czyż nie? W przyszłym roku też planuję coś nowego w styczniu… ale nie zapeszajmy.
Na razie kończę pracę nad redakcją kolejnej książki, która ma ukazać się jesienią. Ta powieść będzie jeszcze inna, próbuję każdą książką zaskoczyć Czytelnika – tym razem to będzie jednotomowa saga rodzinna, z kilkoma pokoleniami w tle. I też z ciekawą, jak sądzę, narracją. Jakiś tam drobny szacher–macher musiałam zrobić, nudziłabym się pisząc tak „normalnie” (tutaj należałoby wstawić najpopularniejsze słowo roku, czyli iksde ;-)
A na styczeń 2019 też plany są, oczywiście. Książka jest właściwie napisana, ale materiał póki co jest nieuporządkowany i wymaga jeszcze pracy.

DSz: Skąd bierzesz tytuły? Pozytywka, Karuzela, Latawce, wszystkie trzy kojarzą się z dzieciństwem, albo czymś przyjemnym, lekkim, za to treść, jaką znajduje się w książkach jest całkiem odmienna. Czemu?
AL: I znów ci zdradzę sekret – to nie jest przypadek ;-) Tytuły mają być wieloznaczne, mieć kilka warstw, tak jak ogry (kto oglądał Shreka, ten wie). Podoba mi się ta stylistyka – jedno słowo, które dla każdego może oznaczać coś innego. Wspomnienie z dzieciństwa, albo jego brak. Bliska osoba, pamiątka… Zaś treść książki ma wypełniać różne obszary emocjonalności Czytelnika.
Sugerować, że coś w tej lekturze jest głębiej, poza warstwą fabularną.
Myślisz, że to się udaje?

DSz: Tak, myślę, że świetnie Ci idzie. I ostatnie pytanie. Stresujesz się premierą? To już za kilka dni, recenzenci dostaną swoje egzemplarze i opinie się posypią. Boisz się czegoś najbardziej?
AL: Stresuję się i boję się. To nie jest typowa, prosta książka, bajka o codziennym życiu, w którym bohaterowie mierzą się z trudnościami, ale w przewidywalnej perspektywie wszystkie sprawy układają się należycie. Takie opowieści też umiem pisać, ale nie są dla mnie wyzwaniem. Chciałabym pisać książki, które są dla Czytelnika ważne, które z Nim pozostaną. Mam wrażenie, że jest spora grupa Czytelników, którzy takiej właśnie lektury oczekują, którzy nie lękają się pomyśleć nad tekstem.
I najbardziej boję się tego, że się pomyliłam – że grupa tak zwanych „myślących” jest tak niewielka, że książka nie znajdzie swojego odbiorcy… Wierzę, uważam, że Latawce są dobrze napisaną książką. Wiara jednak nie czyni Czytelnika… Więc się boję ;-)
Dziękuję bardzo!

19:33

Top 10. Najgorsze książki 2017r.

Top 10. Najgorsze książki 2017r.

Przyszedł czas w tym miesiącu i roku, by pojawiły się najgorsze książki 2017. Przyznaję, że przez te dwanaście miesięcy, przeczytałam więcej złych książek niż myślałam, że to możliwe. Zazwyczaj zawsze trafiałam na powieści, które od razu mi się podobały i czytało je się bez problemu, ale w 2017 stało się coś dziwnego. Z każdą kolejną książką miałam wrażenie, że poziom się zaniża. A to drażnili mnie bohaterowie, a to fabuła była tak bez sensu, że aż miałam ochotę walić głową w biurko. Nie mówiąc o tym, co zdarzało mi się najczęściej – schematyczność! Tak, stanowczo rok 2017 uważam za schematyczny, a te powieści, które zobaczycie poniżej, to cóż... nie miałam żadnych wątpliwości czy wahań, czy muszą znaleźć się na tej liście. Zapewne, wielu z was się nie zgodzi ze mną i będziecie bronić tych książek. Ale to normalne, gusta są różne i nawet z moimi przyjaciółkami nie zawsze się zgadzam, przy jakiś historiach.
Teraz nie przedłużając, przedstawiam wam, najgorsze 10 książek jakie przeczytałam w 2017r.


 Zacznijmy od tych, co jeszcze mogłam przeczytać i nie miałam ochoty tym rzucać. Do takiej książki należy kolejna powieść od Mii Sheridan, która mnie chyba najbardziej zawiodła w tym roku. Jej pierwsza powieść „Bez słów” było tak dobre, że do tej pory uwielbiam do niej wracać. Jednak z każdym kolejnym tomem, było coraz gorzej. Bez uczuć, jest dokładnie bez uczuć. Przez całą lekturę, dosłownie od początku do końca, miałam wrażenie, że czytam słaby harlequin z lat 90'. Totalnie mnie to nie ruszyło i strasznie się nudziłam przy czytaniu. Zastanawiałam się, gdzie podziała się ta Mia z Archera, co stało się z autorką, że przestała wkładać uczucia w swoje książki, a pisze je po prostu, by były? Moim zdaniem, słabe i to bardzo przez co, mam coraz mniejszą ochotę sięgać po kolejne powieści tej pani.



Kolejna zła książka, to premiera z listopada jak się nie mylę. Sięgnęłam po nią, gdyż czytała ją moja przyjaciółka, która ją zachwalała, poza tym wiedziałam recenzje booktuberów, więc stwierdziłam „Co mi szkodzi?”. Chciałam przeczytać w końcu coś dobrego, co nie jest romansem, a książką między fantasy, a przygodówką. Myślałam, że znalazłam idealnie, ale cóż.... Tak się nie stało. Przeczytałam tę powieść tylko z braku czegoś lepszego pod ręką, inaczej przerwałabym ją w połowie, albo co gorsza, gdyby była dłuższa to bym usnęła. Kolejny raz, bohaterzy wydawali mi się irytujący i nieogarnięci. Czasami jakby sami nie wiedzieli, co chcą zrobić, a akcja postępowała tak powoli, że gdyby usunąć nudne i niepotrzebne wątki, to objętość byłaby o połowę mniejsza. Mimo pięknej okładki i ciekawego opisu, Spectrum nie objawia się niczym oryginalnym i ciekawym. Raczej powiastka na nudny dzień, gdy nie chce się nic robić.


Teraz sięgnijmy po erotyk. Pierwszy tom, tej serii bardzo mi się podobał. Śmiałam się, wciągnęłam w historię i nie mogłam się doczekać kolejnej części. Myślałam, że historia Vince będzie jeszcze lepsza, byłam wręcz pewna, że będzie idealnie. A mimo to się zawiodłam. Może w tym tkwi szkopuł, bo miałam zbyt wielkie oczekiwania i dlatego tak mi się nie podobało. To nie jest może najgorsza książka, bo jest stylem podobna do Gracza, ale stanowczo jest największym zawodem. Nie bawiłam się, nie rozbawiła mnie tak bardzo jak pierwszy tom, raczej już było przewidywalne, irytująco i bardzo porywczo. Vince nie przypadł mi do gustu, raczej odepchnął mnie swoją osobą i charakterem. Żałuję bardzo, bo ta seria miała być jedna z lepszych w tym roku


Jak już jesteśmy przy erotykach, to zróbmy je wszystkie. Kolejna książka jest nie tylko głupia, wkurzająca, narwana, irytująca, ale także po prostu bez sensu. Wiem, że dziewczyny, kobiety, blogerki robiły atak na Wydawnictwo Kobiece, by wydało serie Braci Slater. Nawet mi znajome mówiły, że również mam pisać i się dopytywać, prosić. Kiedy w końcu pojawiło się na rynku, nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko sięgnąć po Dominica i zobaczyć o co tyle szumu. Ale serio, spodziewałam się wszystkiego, ale na pewno nie tego, co tam zastałam.... Bohaterowie w tej książce byli na sto procent nadpobudliwy. To, jak się do siebie odzywali, jak na siebie się rzucali (nie w erotycznym sensie), to po prostu głowa mała. Serio, gdyby ktoś mnie wkurzał w takim stopniu w jakim działali na siebie Dominic i Bronagh, to na pewno nie wchodziłabym z taką osobą w związek. Ta książka to po prostu bleh... I nie rozumiem, po co powstała część Bronagh? Ktoś mi wyjaśni?


Kolejna książka to kolejne wielkie oczekiwanie z mojej strony. Gdy promowały to moje zaznajomione blogerki, to byłam pewna, że jest to genialna książka. Więc kiedy był Black Friday, zakupiłam sobie egzemplarz w promocji i gdy przyszedł zabrałam się do czytania, bo już chciałam wiedzieć, o czym to jest. Początek, pierwsze dwadzieścia stron jeszcze było „spoko”, czytałam, nawet się zaśmiałam parę razy, ale potem zaczęły pojawiać się absurdy. Przy pierwszej dziwnej rzeczy, myślałam, że to wyjątek i sprawa zaraz się wyjaśni, ale nieeeee. Im dalej brniemy, tym absurdów jest więcej. Ta książka nie jest gruba, nie dobija się do trzystu stron, albo ma niewiele ponadto, ale za to jest w niej wszystko. Dosłownie każdy dramat z romansów znajdzie się w tej powieści. Nie tylko jest absurdalnie głupia, ale infantylna, bezsensu i zła. Nie rozumiem czym inni się zachwycali, ale ja czuję, że zmarnowałam czas i pieniądze....


Tym razem wchodzimy w fantastykę i wznowienie serii. Bardzo się na nią napaliłam, bo przyjaciółka bardzo mi polecała i sama nie mogła się doczekać. Tak się udało, dostałam książkę do recenzji i z przyjemnością zasiadłam do czytania. Chciałam dobrego wątku z wilkołakami, wampirami itd. Jako, że to egzemplarz recenzencki, chciałam napisać pozytywną recenzję i polecić to swoim czytelnikom. Jednak nie lubię was okłamywać i zawsze jestem fer wobec was. Dlatego musiałam napisać negatywną recenzję, bo kompletnie mi się nie podobało. Było nudno, przewidywanie, a główna bohaterka mnie drażniła, Boże jak ona mnie irytowała. Naprawdę sobie nie wyobrażacie, w niektórych chwilach miałam ochotę odłożyć książkę, powiedzieć, że to pieprzę i nie czytam dalej. Jednak dotrwałam do końca, napisałam recenzję i stwierdziłam, że dalszą część serii zostawię komuś innemu.


Jeszcze jedną książkę tej autorki spotkamy poniżej, ale teraz chciałabym omówić tę nowszą i wydaną w innym wydawnictwie. Zacznę od tego, że ta okładka jest złaaa... Nie żebym się czepiała, ale serio, ten pirat? No błagam Was! :D Czy grafik nie oglądał Piratów z Karaibów? Tak wyglądają piraci, nie ten pan z okładki, który się przebrał na bal karnawałowy. Wiem, że fani tej autorki, już mnie opluwają jadem, ale poczekajcie, dajcie mi dojść dalej. Po pierwsze, jeśli facet cię porywa, to nie zakochuj się w nim, po drugie jeśli inny facet cię gwałci to nie troszcz się o niego tylko go wykastruj i wrzuć do rzeki z dziurą w głowie. Po trzecie, jeśli facet, który cię porwał ma wszędzie kamery, śledzi każdy twój krok, a do tego wykorzystuje cię do własnych potrzeb seksualnych, to nie jest sexy, to nie jest troska, za takie coś idzie się siedzieć. I nie broni go to, że jest „piratem”...Po za tym, cały ten „gang” głównego bohatera, jest nijaki. Ja mam więcej w sobie hardu, zacięcia i stanowczości, niż oni wszyscy razem wzięci. Serio, jestem bardziej stanowczo dla 4letniej siostrzenicy, niż oni byli, gdy główna bohaterka ma widzi misie, przez które musieli narażać własne życia. Ta książka to takie nope...


Przeszłyśmy do książek, które naprawdę sprawiły, że miałam ochotę krzyczeć z frustracji, beznadziejności i desperacji... Jedną z takich książek jest Luonto! Tak, kolejny mój egzemplarz recenzencki, który zachwycił mnie szatą graficzną i opisem. Po prostu nie mogłam się doczekać, aż go dostanę. Zaczęłam czytać i mimo ciut irytującej bohaterki, wciągnęłam się w fabułę i naprawdę byłam ciekawa, jak się skończy. Ale potem nastąpiło coś, co mnie wytraciło? Nawet nie wiem jak to opisać. W połowie książki, następuje zmiana fabuły, robi się wielkie bum i akcja obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. I to wcale nie na dobre. Jeśli pierwsza połowa mi się podobała, tak druga połowa mnie zniesmaczyła, ogłupiła i zostawiła z lekkim WTF? Przez długi czas zastanawiałam się czemu. Teraz niby wiem, czemu autorka zrobiła tak, a nie inaczej, ale no nie mogę. To naprawdę mogło być dobre fantasy, a skończyło się tak, że książka jest gdzieś głęboko schowana między półkami i nie mam ochoty nigdy jej wyciągać. Dziwni bohaterowie, dziwny zabieg i jeszcze głupsze zakończenie...


Zostały nam dwie pozycje. Pierwszą z nich jest, książka, która była promowana bardzo głośno, okładka przyciągała z daleka, nie wahałam się przy sięganiu po nią. To było moje pierwsze spotkanie z tą autorką, a że słyszałam o niej wiele dobrego, to nie bałam się, a raczej byłam pewna, że to będzie jedna z lepszych książek tego roku. But... Nie tyle jestem zawiedziona tą powieścią, ale wkurzona tak zmarnowanym materiałem na cudowną historię. Ci co czytali, wiedzą, że główny wątek tej historii, był wzięty z życia, że autorka poznała osobę, której przydarzyło się coś podobnego. I to mnie najbardziej irytuje, nie głupia bohaterka, nie zły styl, nie infantylność i irracjonalność głównej bohaterki, nie, dziwne wątki, które się pojawiają, ale to, że taką historię, z której można było zrobić cudo, która naprawdę mogła być dobra i nieść przesłanie jakieś. To mamy kiczowaty romans dla nastolatek, bez morału, bez prawidłowych emocji, tylko taka tam opowiastka o wszystkim i o niczym. Nie rozumiem, jak można taki potencjał wgnieść w ziemię. Wiem, że wielu osobom ta książka się podobała i znaleźli w niej coś podniosłego i niesamowitego, ale dla mnie to tylko zmarnowany potencjał na coś wielkiego, co mogło naprawdę osiągnąć genialny sukces, gdyby nie zostało wciśnięty między tani romans dwójki rozchwianych i głupich ludzi. Przepraszam bardzo, jeśli ostro, ale to jest złe i nie umiem zrozumiem takiego czegoś...


I czas na ostatnią książkę. Podobno hit wattpada. Podobno jedną z najlepszych autorek, jakie pojawiły się w tym roku na rynku. Podobno sprzedała ponad 10 tysięcy egzemplarzy książki. Gdy napisałam negatywną recenzje, ludzie niezbyt mnie zrozumieli, a raczej powiedzieli, że jak mogę coś takiego pisać, jako osobą chcąca coś wydać. Jak? Normalnie... Ludzie, ta książka to skupisko tego, czego się nie powinno robić. Jeśli główna bohaterka pije przez 3/4 powieści, to nie „imprezowa dusza” to alkoholiczka. Jeśli bohaterzy kłócą się, dosłownie pieprzą się, zrywają i wracają do siebie, nie nazywajmy tego „burzliwą miłość”, tylko problemy psychiczne. Kolejny punkt, jeśli piszemy książkę o tancerce, sportowcu, no każdym, kto musi dbać o swoją kondycje, bo tego wymaga praca, to takie osoby nie mogą imprezować pięć razy w tygodniu i wypijać flaszki wódki na dzień dobry. Nie wspominając, że na początku książki, znajdziemy opis, gdy jeden bohater uczy palić trawkę drugiego. Nie chodzi o jakieś tam „zaciągnij się głęboko i wstrzymaj powietrze”, ale naprawdę dokładny opis, jak należy ćpać, by się ujarać. Wiem, że w tych czasach to powszechne i wnet przedszkolaki będą to wiedzieć, ale to nie znaczy, że mamy w książkach młodzieżowych opisywać jak ćpać, chlać i się pieprzyć... Najlepsze według mnie jest zakończenie. Ci co mnie znają, wiedzą, że miałam ubaw po pachy, uruchomił się mój czarny humor i nadal twierdzę, że to idealne zakończenie. I nadal, tak jak w recenzji, twierdzę, że te wypociny, nie powinny wyjść dalej niż wattpad. To oficjalnie najgorsza książka jaką czytałam w 2017 roku i dla mnie to niepojęte, jak ktoś może mówić, że to wartościowe, świetnie zrobione i najlepsze w tym roku.
WIELKIE NIE DLA TEJ KSIĄŻKI. NOPE!!!!

Okay, to wszystkie książki, jakie uważam za najgorsze w 2017 roku. Część z nich to totalne zawody, a inne to po prostu złe powieści, na które szkoda było zabijać drzewo. Nie bijcie za bardzo, ale to są moje opinie.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

19:54

Podsumowanie 2017 roku!

Podsumowanie 2017 roku!

 Nowy rok się rozpoczął, znów trzeba pisać podsumowanie poprzedniego, a ja mam wrażenie, że dopiero niedawno, takie pisałam! 2017 minął tak szybko, że nawet nie wiem kiedy, jedno święto, potem drugie, wakacje, jesień, zima i koniec! Domi zaś siada do pisania podsumowania, które nawet nie prezentuje się tak źle.
Jednak zacznijmy od początku. Zeszły rok był bardzo emocjonalny i w sieci działo się mnóstwo rzeczy, blogerki ścigały się w pomysłach, a także pojawiło się kilka sporych, tak zwanych gównoburz. U mnie to był rok pod tytułem „Ograniczam”. Ponieważ swego czasu nabrałam na siebie zbyt dużo rzeczy, w tym również książek do recenzji, moim postanowieniem było, by ograniczyć książki i skupić się trochę na innych elementach życia. Przyznam, że w części mi się to udało, gdyż przeczytanych powieści w 2017r. jest 115, czyli po ponad połowę mniej niż w 2016r. Zamiast skupiania się na samych recenzjach, wprowadziłam mój Magazyn Czytelnik, który jest moim największym dzieckiem. Kolejna duża rzecz, jaka się wydarzyła w zeszłym roku, to przejście na własną domenę. Równo dwudziestego czerwca, blog stracił łącznik „blogspot”, a zostało samo „pl” i jestem mega szczęśliwa z tego, że dotarliście ze mną do tej chwili.
Nie mogę także zapomnieć o książkach, które w 2017 roku znalazły się pod moim patronatem medialnym, za co dziękuję wydawnictwom tj. Czwarta Strona, Zysk i S-ka, Feeria Young, Papierowy Księżyc, Szósty Zmysł, za zaufanie i możliwość promowania tych książek, których zebrało się 15 przez cały rok.
Nie organizowałam mnóstwa imprez i wydarzeń, gdyż słowo przewodne tyczyło się wszystkiego. Jednak mimo wielu trudności, zawiłości, to uważam 2017 za udany i taki jaki miał być. Za to w 2018 ma królować kreatywność! Chcę, nie tylko zarażać innych miłością do książek, ale również ruszyć z kilkoma dużymi projektami, nie wspominając już, że ten blog będzie mega pomysłowy. Pierwszy projekt wystartował już wczoraj, na Facebooku „Czytaj i Zdobywaj w 2018roku!”, biorąc udział w tym wydarzeniu, zostaniecie wciągnięci w wyzwanie czytelnicze. Ale nie takie tam zwykłe typu „Przeczytaj 100 książek w 2018”, lub „Przeczytaj książkę ze zwierzakiem na okładce”. Razem z moją zaprzyjaźnioną blogerke Recenzje Mystic, chcemy wymyślić wam naprawdę zwariowane wyzwania! Pierwsze z nich pojawi się na dniach na wydarzeniu, dlatego zapraszam!
Jeśli chodzi o dalsze punkty, to wszystko będzie wychodziło w praniu i na bieżąco będę was informować o kolejnych akcjach, postępach i rzeczach, które wymyślę, a możecie być pewnie, że będzie intensywnie!
Pozdrawiam,

Wasza Dominika!

18:38

#180 Niekiedy wszyscy musimy zmierzyć się z demonami. Recenzja książki "Terapia" od Kathryn Perez

#180 Niekiedy wszyscy musimy zmierzyć się z demonami. Recenzja książki "Terapia" od Kathryn Perez
Nie znasz nic innego niż ból, nie wiesz co to szczęście. Chcesz po prostu, by to pasmo nieszczęść się skończyło...

Jakiś czas temu weszłam na bloga i zobaczyłam ile postów napisałam w ciągu tego roku. Z przerażenia złapałam się za głowę, gdyż nie spodziewałam się, że jest ich tak mało. Stąd postanowienie, że grudzień to miesiąc świąt, moich urodzin i nadrobienia wszystkiego, co chciało się zrobić w danym roku. Tak też postanowiłam zrobić ja i napisać tyle ile recenzji ile zdołam. Nie będę się ścigać, ale chociaż chcę nadrobić te, które czytałam w listopadzie przed chorobą. Jedną z takich książek jest Terapia od Kathryn Perez. Pojawiło się nowe wydawnictwo na horyzoncie NieZwykłe, które od samego początku obiecuje, że ich powieści będą wyjątkowe i nie raz złamią nasze serca, sprawią, że zakochamy się w bohaterach. Obietnica dość wielka i raczej ryzykowna. Jednak w listopadzie wyszła ich pierwsza książka, a ja ją przeczytałam. Jaka była?
Jessica nie była zbyt popularna w szkole. Można by rzec, że jej popularność polegała na tym, że rówieśnicy uwielbiali się na niej wyżywać, poniżać i sprawiać, że czuła się nic nie warta. Dla dziewczyny jedynym momentem ucieczki, była żyletka i okaleczanie się, wtedy czuła ulgę i namiastkę szczęścia. Pragnęła tylko skończyć szkołę średnią, by móc iść na studia, uwolnić się od tych ludzi, zacząć gdzieś żyć od nowa. Jednak jak wiadomo, życie lubi płatać figle i tak też było tym razem. Pewnego razu, gdy rówieśnicy ze szkoły postanawiają kolejny raz wyśmiać i upokorzyć Jessicę, ktoś staje w jej obronie. Od tego momentu wszystko się zmienia, dziewczyna ma w końcu kogoś, kto staje w jej obronie, ale ona sama nie wie czy uda jej się utrzymać tę przyjaźń na dłużej niż kilka tygodni. Czy kiedykolwiek będzie w stanie przestać się okaleczać? Czy spotka w końcu kogoś, kto będzie umiał jej pomóc?

Zaakceptowanie brzydkiej części życia jest częścią istnienia. Ból mówi nam, że wciąż tu jesteśmy, daje nam znać, że przetrwaliśmy. Kiedy tak naprawdę o tym pomyślisz, ból może cię wyzwolić, ponieważ bez bólu nie ma w niczym przyjemności.”

Przyznaję, że podchodziłam do tej lektury bardzo ostrożnie. Bałam się tego, co tam zastanę i czy w ogóle mi się spodoba. Jak wiadomo, gdy pojawia się nowe wydawnictwo, podchodzimy do niego niepewnie i ostrożnie, pierwsza wydana książka, może albo wybić wydawnictwo, albo sprawić, że czytelnicy zjedzą je jako przystawkę i zapomną, że takie powstało. Dlatego uważam, że taka książka jest bardzo ważna i dużo od niej zależy. Na szczęście, wszystkie moje obawy okazały się niesłuszne, gdyż Terapia jest po prostu genialna! Tyle łez wylałam, tyle emocji czułam, nie wspominając o historii, która jest tak oryginalna i wyjątkowa, że nie umiem do niczego innego porównać. Czytając tę powieść w końcu poczułam, że na rynku pojawiło się coś wartego uwagi, coś co wyróżnia się pośród tych jednakowych i schematycznych książek. A przede wszystkim, zawiera mnóstwo emocji i przesłanie. Uwielbiam Terapie dlatego, że jest o czymś, nie jest to jakaś tam historia pokrzywdzonej dziewczyny, ale powieść napisana prawdziwie z sensem i przesłaniem, by ludzie się opanowali, przystanęli na chwilę i zastanowili się nad sobą.
Kathryn Perez to autorka o której nie słyszałam do tej pory. Jakoś tak się stało, że ktoś mnie oznaczył w poście Wydawnictwa, które szukało recenzentów dla tej książki. Takim oto sposobem znalazłam się w gronie osób, które otrzymały Terapie i mogły się z nią zapoznać przedpremierowo. Przez wiele czynników, dopiero teraz mogłam usiąść do recenzji, ale książkę czytałam kilka dni po otrzymaniu i do tej pory czuję te wszystkie emocje, jakie mnie otaczały. Szczególnie jeden moment sprawił, że miałam ochotę rzucić książką i się rozryczeć jak pięciolatka. Co prawda, nie rzuciłam książką, ale łzy płynęły po moich policzkach, gdy próbowałam otrząsnąć się z szoku i tego, co zrobiła autorka. Możecie mi wierzyć, że wciąż nie umiem się z tym pogodzić i w mojej głowie krąży pytanie „Whyy. God whyy!?”. Trochę dramatycznie, ale naprawdę, moje serduszko się smuci, gdy myślę o tym momencie.

Mówią, że potwory żyją pod naszymi łóżkami.
Mylą się, bo naprawdę potwory żyją w naszych umysłach.”

Terapia opowiada o tym, jak trudno poradzić sobie z trudnym życiem, gdy nie mamy koło siebie kogoś, kto nam pomoże w ciężkich chwilach. O tym, jak ważne, by czuć się dobrze w swojej skórze. Byśmy zrozumieli, że początek dobrej passy jest wtedy, gdy zaakceptujemy swoje wszystkie wady i zalety. Jessica miała trudne życie, szkoła była traumą, a dalsze wydarzenia nie pomogły w jej zdrowiu psychicznym. Podczas czytania, trzymałam za nią kciuki i przeżywałam razem z nią każdy upadek i każdy wzlot. Powieść jest na tyle dobra, że nie zapomnę jej na długie lata, ale także będę ją polecać znajomym i nie tylko. Sama mam zamiar przeczytać ją ponownie, w najbliższym czasie.
Czyli podsumowując. Polecam wam tę powieść, gdyż nie tylko jest pełna emocji, ale także posiada cudowną historię, która niesie przesłanie i mam nadzieję, że natchnie ludzi do zmiany i zastanowienia się nad tym co robią. Chciałabym, żeby młodzież po przeczytaniu tej książki zrozumiała, że należy pomagać sobie, nie gnębić. Ważne jest, byśmy wspierali siebie nawzajem, byśmy wyszli z czasów, gdy każdy jest zapatrzony w siebie i swoje cele. Nie zapominajmy, że dobro wraca, że inni mogą potrzebować naszej pomocy.
Moja ocena to niepodważalne 10/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: NieZwykłe
Autor: Kathryn Perez
Oryginalny tytuł: Therapy
Stron: 486
Data premiery 22 listopad 2017r.
Za książkę dziękuję


20:39

Książki, które sprawiły, że pokochałam czytanie!

Książki, które sprawiły, że pokochałam czytanie!

 Niecały miesiąc temu, miałam spory remont w pokoju, gdyż robiłam regał na całą ścianę, a to równało się z reorganizacją biblioteczki. Przyszło mi sporo miejsca, zrobiłam aż osiem półek z czego sześć ma po 240cm. Jestem nie tylko szczęśliwa, ale od nowa zakochałam się w swoim królestwie. Poniżej wkleję Wam zdjęcie jak to wygląda, ale teraz chcę byście poznali książki, które sprawiły, że zakochałam się w czytelnictwie. Niektóre z nich możecie znać, a niektóre mogą być dla was nowością. Jednak właśnie one sprawiły, że zakochałam w książkach, pobudziły moją wyobraźnie i zaszczepiły we mnie chęć poznawania kolejnych ciekawych powieści. Znajdziecie ich tutaj tylko sześć, ale jeśli mam wybierać, to właśnie dzięki tym książkom czytam.
Nie wiecie tego o mnie, ale od dziecka miałam problemy z czytaniem, jeśli miałam to robić na głos, wychodziło cóż nieciekawie... przekręcałam słowa, nie umiałam połączyć ich w całość, a przeczytanie jednej strony było katorgą. Takie problemy miałam przez długi czas i wręcz nienawidziłam książek, trzymałam się od nich z daleka, dopóki nie skończyłam się uczyć. Nigdy nie ukrywałam, że przez tę niechęć miałam i nadal mam spore braki w j. polskim, ale na szczęście poszłam po rozum do głowy i znalazłam pierwszą książkę, którą przeczytałam z własnej woli i nie ukrywam, że to ona otworzyła mi drzwi na czytelnictwo. Jaka to powieść?





Wiem, że głosy przy tej książce są podzielone i zapewne wiele osób w tej chwili puka się po głowie. Jednak musicie wiedzieć, że nie ważne jak wiele osób krytykuje tę serię, jest to moja pierwsza przeczytana z własnej woli książka, a nawet seria i to ona sprawiła, że zapragnęłam więcej. Historia Belli i Edwarda jest oklepana i niezbyt dobrze napisana, nie mówiąc, że połowa społeczeństwa uważa, że nie powinien powstać film. Przyznaję, że czytałam Zmierzch zaraz po premierze filmu i w ciągu dwóch tygodni pochłonęłam cała Sagę. Teraz wydaje mi się bardzo długi czas, jak na serie i w tej chwili pochłonęłabym takie cztery tomy w trzy dni, ale wtedy to były początki miłości do książek. Nie będę ukrywać, że mam sentyment do Zmierzchu i mimo wielu jego wad, doceniam to, co dla mnie zrobił.





Mam tę książkę na półce tak długo, że nie pamiętam czy była przed czy po Zmierzchu, ale możecie mi wierzyć, pierwszy raz tak mocno zakochałam się w książce i nie mogłam się oderwać. Zmierzch jest ckliwy, ale Historyk to prawdziwa gratka dla fanów przygód i nieoczekiwanych historii. Pamiętam jak siedziałam wieczorem na łóżku i czytałam z zapartym tchem, śledziłam losy bohaterki i tego jak wypełniała swoje przeznaczenie. Zakochałam się totalnie i w chwili, gdy przekładałam książki na nowy regał, miałam ochotę otworzyć ją na nowo i kolejny raz dać się porwać tej historii. Niestety specjalnie sprawdziłam i nie jest dostępna w sprzedaży, czego bardzo żałuję. Może wydawca kiedyś wznowi wydanie i mam nadzieję, że to zrobią, gdyż uważam, że powinno się przeczytać tę książkę!






Wiem, że przeważają tutaj wampiry i nic nie mogę na to poradzić, ale wtedy królowały. Jednak, ta książka, ta seria to WOW. Jeśli dobrze kojarzę, to Nocna Łowczyni podchodzi pod ubran fantasy, ale nie jestem pewna, więc nie osądzajcie. Wiem też, że nie jest dostępna w sprzedaży (sprawdzałam chcąc dokupić tomy, których nie posiadam), jednak możemy mieć nadzieję, na wznowienie serii, gdyż była naprawdę genialna. Może wampiry teraz nie są na czasie, raczej magia i książki w stylu Sarah J. Maas, ale moim zdaniem, to jedno z lepszych fantasy z jakim miałam doczynienia i mój egzemplarz jest mocno sfatygowany, tak często to czytałam i wracałam do ulubionych scen. Od razu mówię, że powieść zawiera elementy erotyczne i raczej nie jest dla małych dzieci. Jednak największa zaletą tej serii jest poczucie humory. To ile razy się przy niej śmiałam, jest niezliczone. Serio, jeśli macie na półkach i nie czytaliście, to koniecznie nadróbcie!!




Jeśli chodzi o wyciskacz łez, to zwycięzcą jest książka Zanim Umrę. Jakiś czas temu widziałam, bardzo dużo negatywnych ocen tej powieści i nie rozumiem dlaczego. Uwielbiam czytać dramaty, bardzo polubiłam Zanim się pojawiłeś i kilka innych książek, jednak to tej mam większą sympatię. Wiele z was może kojarzyć film Niech teraz będzie, choć ja wolę wersję angielską – Now is good i to właśnie na podstawie tej książki powstał film. I jest to jedyny wyjątek, kiedy jednakowo mocno lubię ekranizację i powieść. Płakałam zarówna na jednym i na drugim, oba kocham i mogę wracać do tego niezliczoną ilość razy, a także zajmuje honorowe miejsce na mojej półce.






Czas na książkę, która aktualnie jest na czasie i pojawiło jej wznowienie w nowej szacie graficznej, która jest po prostu cudna. Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę, że Wydawnictwo Papierowy Księżyc postanowił wznowić wydanie Cinder. Nie wiem, jaką popularność miała ta książka, za pierwszym razem, ale wiem, że teraz blogerki książkowe zachwycają się nią i to nie bez powodu! Świat przedstawiony przez Meyer jest nie tylko oryginalny i wyjątkowy, ale sama główna bohaterka wyróżnia się spośród tych wszystkich rozhisteryzowanych dziewczyn w aktualnych powieściach. I nie mylcie nazwy ze zwykłą ckliwą historią Kopciuszka, bo zapewniam was, że daleko jej do tego. Moim zdaniem historia przedstawiona przez autorkę nie tylko zachęca do czytania książek, ale także pobudza naszą wyobraźnię do tego stopnia, że nie możemy i nie chcemy się oderwać od przedstawionego przez nią świata.


Tak wiem, kolejny raz wampiry i te sprawy. Ale co ja poradzę, że w tamtych czasach (boże jak to brzmi...), to było na czasie i to się czytało? Nie wspominając, że wolałam fantasy, niż ckliwe romanse. Nie wiem, ile z was słyszało o książce Winter, ale znajduje się na tej liście nie bez powodu. Swoją oryginalną fabułą i napięciem jakie odczuwałam przy czytaniu, sprawiła, że nie łatwo o niej zapomnieć. Niestety powieść zakończyła się w takim momencie, że jeszcze pamiętam ten ból serca, gdyż nie miałam kolejnego tomu. Na potrzeby tego postu zrobiłam research w sieci i okazuje się, że drugi tom pojawił się, ale dopiero po ponad roku, a nawet jest do kupienia, co chyba niezwłocznie zrobię i odświeżę sobie tę historię. Niestety nie znalazłam nic innego tej autorki, ale może kiedyś jeszcze coś wyda, a mnie uda się to przeczytać.

To już wszystkie sześć książek, które sprawiły, że zakochałam się w czytelnictwie. Jeśli jesteście ciekawi, jakie są inne powieści, o których nie mogę zapomnieć i które zawsze będą w moim sercu, dajcie znać w komentarzach, a na pewno zrobię podobną listę!
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

19:54

#179 Nie do końca dobra rozrywka - Recenzja książki "Rozgrywka" J. Sterling

#179 Nie do końca dobra rozrywka - Recenzja książki "Rozgrywka" J. Sterling
Miała być super rozgrywka, a drużyna schodzi z boiska przegrana.

Ostatnio straszna cisza na blogu, ale postaram się to nadrobić i do końca roku wstawić nie tylko recenzje, ale jeszcze jakieś książkowe posty. Niestety moje zdrowie trochę szwankowało w ostatnim czasie, co wiedzą ci, którzy śledzą mnie na Facebooku. Siły i chęci mnie opuściły, a ja długo się zbierałam by w ogóle otworzyć Worda. Jednak w Black Friday trafiłam na promocję w Empiku 3za2 i nie powstrzymywałam się. Zakupiłam dziesięć książek, a gdy przyszły zabrałam się za tą, która najbardziej mnie ciekawiła i słyszałam o niej wiele dobrego. Rozpakowałam karton, wyciągnęłam wszystko i prawie, że od razu zaczęłam czytać Rozgrywkę, która miała mi zapewnić dzień pełen wrażenie, mnóstwo emocji i przedstawić niesamowitą historię, która podbiła serca czytelniczek w USA. A co mi przyniosła? No właśnie...
Cassie kocha fotografie. Uwielbia uwieczniać dane chwile na zdjęciach, zwiąże z tym przyszłość i dlatego też jest na takim kierunku studiów. W przyszłości chce jeździć po świecie i robić zdjęcia, które zmieniają życia. Nie dopuszcza do siebie chłopaków, uważa ich za komplikacje, szczególnie z dala trzyma się od aroganckich i zadufanych playboy'ów, którzy zaliczyli cały collage. Jednak na jej drodze staje przystojny, irytujący i pewny siebie Jack, gwiazdor drużyny baseballowej, będący wszystkim, czego Cassie nie lubi w facetach. Im bardziej Jack chce się zbliżyć do dziewczyny, ta go odpycha i mówi, że nie jest zainteresowana. Ale tak naprawdę sama siebie okłamuje, gdyż on jej się podoba, nie może zapomnieć o jego oczach i dołeczkach. W końcu ulega i umawia się z nim na randkę, która jest początkiem czegoś, co łączy ich oboje i nie tylko.

Zwróciłeś kiedyś uwagę na to, jak piękne bywają słowa? Jak łatwo jest mówić coś, co się wie, że ktoś chce usłyszeć? Jak kilkoma marnymi zdaniami można wpłynąć na czyjeś całe życie? Ale kiedy w ślad za nimi nie idą czyny, słowa są zupełnie bezużyteczne. To tylko dźwięki i sylaby. Nieznaczące zupełnie nic.”

Opis wydaje się interesujący, prawda? Typowe NA, albo nawet YA i nic dziwnego, że się skusiłam. Szczególnie, że zaprzyjaźnione blogerki reklamowały i mówiły, że świetna książka, polecają itd. Tylko, że chyba urwałam się z choinki, bo totalnie mi się nie podobało. Nawet sobie nie wyobrażacie, jakie ona zawiera absurdy, nie mówiąc o dialogach, które w niektórych momentach są sztuczne i nudne. Muszę przyznać, że zdarzyło się parę sytuacji, przy których się zaśmiałam, a jedną nawet bardzo mnie rozbawiła, ale im dalej brnęłam tym bardziej czułam niesmak. Wątki, jakie wymyśliła autorka są po prostu absurdalne, nie da się inaczej powiedzieć. Pojawia się tyle sytuacji, które są bezsensu, nie mówiąc, że są przekombinowane. Jakby autorka chciała napisać książkę, ale nie miała za bardzo pomysłu na całość, więc wplotła tam wszystko, na co tylko wpadła. W tej chwili nie przesadzam, gdy opowiadałam koleżance, co jest w środku, to był jeden wielki WTF.
Rozgrywka miała być super powieścią, która rozkocha moje serce, przedstawi super fabułę i sprawi, że nigdy o niej nie zapomnę. Okładka, reklama, wszystko pięknie. Tylko, że zamiast zaliczenia bazy spotkała mnie gleba. Nie wiem szczerze, czym inni się zachwycali i nie mam pojęcia, co widzą w tej książce, choć jedno jest pewne – na pewno o niej nie zapomnę... Dla mnie to zlepek wielu wątków, które zostały wykorzystane w jednej historii, przez co stała się naciągana, nudna i strasznie irytująca. Tak samo zresztą jak główna bohaterka. Autorka może i miała fajny pomysł, mogła z tego zrobić fajną powieść, ale przekombinowała i szczerze się boję, co może być w kolejnych tomach. Obawiam się, że cała ta seria będzie utrzymana na takim samym poziomie i zamiast wartościowych historii spotkam oklepane wątki, różnych książek złożone w jedno.
Teraz powiedzmy trochę o bohaterach. I w tym akapicie nie będzie lepiej... Cassie jest Boże, jaka ona jest irytująca. Wiem, że są różne bohaterki, które są irytujące, a ich rozchwianie emocjonalne jest dość skrajne, ale Cassie przebija je wszystkie. W jednej chwili krzyczy, wyzywa, a zaraz płacze i czuje się winna, albo rozmawia i nagle drze się, bo ktoś powiedział coś nie tak (przeważnie Jack). Rozumiem, że kobieta, że hormony, ale też jestem kobietą, moje przyjaciółki są kobietami, ale nie traktujemy ludzi, jakbyśmy miały rozdwojenie jaźni i w nas walczyły dwie osoby i jedna jest ciągle zła, a druga potulna. Co do Jacka to typowy fuckboy, która pojawia się w powieściach. Uroczy, nadgorliwy, nadopiekuńczy i w niektórych momentach totalna c**a. Nie wiem czemu, ale każda autorka, kreuje sportowców na takich samych dupków, którzy nagle się zakochują i zmieniają o 180stopni.

-(...) jestem pokiereszowana.
- Wszyscy jesteśmy. Stąd wiemy, że żyjemy. Miłość to prawdziwe pole walki! (...) Nasze blizny nie pokazują nam kierunku, w którym powinniśmy zmierzać, Cass, lecz przypominają, skąd przyszliśmy.”

Mogłabym dużo opowiadać, co mi się nie podobało, co bym zmieniła, ale po co? Wypisałam już dużo rzeczy, które mi się nie podobały, i może kiedyś, gdy J. Sterling podszkoli się w pisaniu i tworzeniu fabuł, sięgnę po jej książki, ale w tej chwili... raczej będę unikać jej twórczości. Jedno tylko muszę przyznać, że autorka zna się na sporcie i to jedyna dziedzina w tej powieści, gdzie czułam się usatysfakcjonowana.
Moja ocena to 4/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: SQN
Autor: J. Sterling
Oryginalny tytuł: The Perfect Game
Stron: 304
Data premiery: 25 październik

13:09

#178 Nie zapomnij kim jesteś - Recenzja książki "Zresetowana" Teri Terry

#178 Nie zapomnij kim jesteś - Recenzja książki "Zresetowana" Teri Terry
Przeszłość kształtuje, to kim jesteśmy. Nawet jeśli usuną nam pamięć, nasze ciało pamięta o wszystkim, co przeżyliśmy!

Młody Book to wydawnictwo, o którym usłyszałam po raz pierwszy przy książce „Cela 7” i była to genialna, niesamowita powieść. Wydawca zdobył moje zaufanie i po kolejne tytuły sięgam chętniej i pewniej. Teraz przyszła kolej na „Zresetowaną”. Opis brzmi zachęcająco, ale jak to bywa przy takich książkach - mogła okazać się zarówno czymś genialnym, jak i kompletną klapą. Przyznam, że liczyłam na to pierwsze; miałam ochotę na dreszczyk emocji, chciałam dać się porwać fabule, pozwolić się jej zaskoczyć... na tyle, że miałabym ochotę krzyczeć. Tego wszystkiego oczekiwałam, a biorąc pod uwagę, że znałam poprzednie książki tego wydawnictwa... nie ukrywam, że poprzeczka była postawiona bardzo wysoko. A co z tego wyszło? Czy wydawca spadł z piedestału?
Można powiedzieć, że Kyle urodziła się... na nowo. Nie pamięta niczego z przeszłości, a od momentu kiedy jej mózg został zresetowany, czuje się kimś innym. To, co jej zrobili, zmieniło nie tylko jej charakter, ale sprawiło, że całkowicie różni się od osoby, którą była wcześniej. Musiała nauczyć się na nowo czuć, mówić, chodzić, używać przedmiotów. Tylko tutaj pojawia się problem, Kyle dostała urządzenie, które pokazuje poziom jej szczęścia. Jeśli spadnie poniżej czterech, jej życie będzie zagrożone; jeśli spadnie poniżej trzech, Kyle przepadnie, jej mózg się wyłączy, a ona sama umrze. Przyznajcie sami - kiedy jest się nastolatką i na nowo wszystkiego uczy, ciężko czuć się zawsze szczęśliwą, zwłaszcza, jeśli mieszka się z rodziną, której się nie zna. Na domiar złego Kyle ma koszmary, które dręczą ją prawie co noc, ukazując jej urywki wspomnień lub czegoś, czego nie może rozgryźć. Bardzo chciałaby być taka, jak tego oczekują inni, ale to niełatwe zadanie, gdy wszystko z każdym dniem staje się coraz trudniejsze. Nowe znajomości, nowe miejsce, przebywanie pod stałą obserwacją - wszystko to sprawia, że dziewczyna staje się bardziej nerwowa i musi na siebie bardzo uważać. , Gdyby przez nieuwagę pozwoliła, by inni dowiedzieli się tych wszystkich rzeczy, które odkryła... mogłaby już nigdy nie zobaczyć bliskich.

A co, jeśli rodzice mnie nie polubią? Nawet gdy się naprawdę staram – co, szczerze mówiąc, nie zawsze się zdarza – ludzie do mnie nie lgną. Złoszczą się, tak jak doktor Lysander, kiedy nie robię lub nie mówię tego, czego oczekują.”

OMG. Serio, jedno wielkie o mój Boże... Zaczęłam czytać tę książkę z rezerwą, bałam się, że okaże to klapą. Z thrillerami jest tak, że wtedy, kiedy powinnam czuć napięcie, po prostu się nudzę, a zagadka jaka jest w powieści wydaje mi się nietrafiona i nijaka. Jednak w „Zresetowanej” jest inaczej. To jedno, wielkie WOW. Nie dość, że wciągnęłam się od pierwszych stron, to jeszcze fabuła została genialnie poprowadzona, a zagadka kim jest Kyle'a jest nie do wykrycia. Miałam pewne poszlaki, próbowałam zgadywać, ale końcówka totalnie mnie rozwaliła. Zakładałam wiele rozwiązań, naprawdę przeszłam chyba każdą ścieżkę, jaką mogła obrać główna bohaterka, ale tego, co nastąpiło, totalnie się nie spodziewałam. Nie wspominając już o emocjach, jakie towarzyszyły mi przy czytaniu. Te wszystkie aspekty sprawiły, że nie tylko doceniałam tę powieść, ale po prostu się w niej zakochałam.
Teri Terry to autorka, którą dopiero poznałam, ale wiem, że z największą przyjemnością sięgnę po kolejne jej książki. W tej chwili nie marzę o niczym, jak tylko o drugim tomie, choć potrzebuję jeszcze trochę czasu żeby przetrawić to wszystko, co się stało w „Zresetowanej”. Jednak to nie tylko fabuła mi się podobała, ale także styl autorki, który sprawił, że powieść czytało się niesamowicie lekko. Kocham książki, które mimo, że mają setki stron, są napisane w taki sposób, że możemy czytać, godziny na zegarku mijają, a my tego nie odczuwamy, gdyż tak bardzo wczuliśmy się w losy bohaterów.” Zresetowana to właśnie jedna z książek tego typu. Ktoś do mnie mówił, ja kiwałam głową, niby ich słuchałam... ale nic z tego nie zapamiętałam..Zamiast tego, przed oczami mam fabułę książki. Przysięgam, że nie mogłam się oderwać - ta akcja, tajemnica, bohaterowie, cała kreacja przerażającej przyszłości, w której ludzie będą mieli usuwaną pamięć, gdy zrobią coś złego... Dla mnie to nie tylko cudowny pomysł na książkę, ale także mnóstwo włożonej pracy, by efekt końcowy zachwycał!

Przygryzam wargę.
Czy nigdy nie chciałaś się dowiedzieć?
Czego?
Dlaczego zostałaś Zresetowana.
Nie. Jeśli przeszłość jest nie do zniesienia, po co próbować ją znosić?
Wzruszam ramionami. B o j e s t m o j a”

„Zresetowana” to powieść, która na sto procent porwie czytelnika i sprawi, że z miejsca zakocha się w stylu i fabule, jakie stworzyła autorka. Ten thriller nie jest dziełem przypadku, stworzonym dla chwilowej rozrywki o której po chwili się zapomina.. Moim zdaniem to prawdziwe dzieło, które zostało stworzone od niewielkich podstaw, a urosło do czegoś wielkiego i genialnego. Pierwszy tom nie tylko wprowadza czytelnika w ciekawie stworzoną przyszłość, ale także przygniata emocjami i sprawia, że czytelnik chce więcej. Za to zakończenie... tego nie da się opisać słowami. Mnie podczas czytania towarzyszyły różne okrzyki, ale kiedy skończyłam czytać, jedyne co cisnęło mi się na usta, to: „CZEMU ONI TO ROBIĄ?!” Czemu autorzy kończą powieści w takich chwilach, że ma się ochotę na bieg do księgarni po kolejny tom, niezależnie od pory dnia i nocy?! Taka właśnie jest „Zresetowana” – pełna niespodzianek i mnóstwa emocji!
Moja ocena to 10/10. Nie mogę dać innej oceny, bo... właśnie nerwowo przeszukuję internet w poszukiwaniu drugiego tomu!
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Młody Book!
Autor: Teri Terry
Oryginalny tytuł: Slated
Stron: 352

Za książkę dziękuję



17:17

#177 [PRZEDPREMIEROWO] RECENZJA KSIĄŻKI "WRÓĆ, JEŚLI MASZ ODWAGĘ" ESTELLE MASKAME - PATRONAT

#177 [PRZEDPREMIEROWO] RECENZJA KSIĄŻKI "WRÓĆ, JEŚLI MASZ ODWAGĘ" ESTELLE MASKAME - PATRONAT
Tajemnice potrafią nas niszczyć od środka. Wyjawienie ich wymaga ogromu odwagi!

Data premiery: 8 listopada 2017r.
Listopad jest dla mnie miesiącem, gdy mam mnóstwo roboty. Jestem pewna, że sen zostanie odstawiony na bok, a mój mózg będzie pracował na pełnych obrotach. Dlatego raduję się ogromnie, że tę książkę miałam okazję przeczytać dużo szybciej i mogę jeszcze przed premierą dodać recenzję. Po zdjęciu już widzicie, że jest to nowa powieść Estelle Maskame, autorki, która podbiła serca czytelników serią Dimily i wcale się nie dziwię. Uwielbiam tę serię i nawet ostatnio przeczytałam ją całą, gdyż chciałam przypomnieć sobie styl Estelle i zobaczyć czy coś się zmieniło od czasów Dimily. A potem wzięłam się za Wróć, jeśli masz odwagę i pomimo wielkich obaw, strachu, przeczytałam ją. Gdy zaczynałam czytać, byłam zestresowana i bałam się, czy nie będzie denna, nudna i albo co gorsza, czy nie będzie kopią Dimily... A tak naprawę, co tam było?
MacKenzie to nastolatka, która na pozór ma dobre życie, kochających rodziców i cudownych przyjaciół. Jednak nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się w domu dziewczyny, ona sama ukrywa to przed przyjaciółmi. Udaje radosną, choć tak naprawdę ucieka, boi się stawić czoła problemom i temu, co się kiedyś stało. Rok temu było łatwiej, gdyż miała przyjaciółkę i jej brata bliźniaka, który jej się podobał, lecz tragedia sprawiła, że ich drogi się rozeszły. Teraz wszystko się zmienia, bliźniaki znów pojawiają się na horyzoncie, a Kenzie nie umie i raczej nie chce trzymać się od nich z daleka. Tylko że nie wszystko idzie zgodnie z planem. Pojawiają się kolejne problemy, tajemnice, komplikacje, które kolejny raz dezorientują Kenzie i jej bliskich. Dziewczyna będzie musiała zadać sobie pytanie, co tak naprawdę jest ważne, w którą stronę iść i przede wszystkim jak znaleźć odwagę, by to wszystko zrobić... Czy jej się uda?

„Przez moją skórę przenika ciepło i jestem mu wdzięczna za ten krzepiący dotyk i za to, że milczy, dając mi czas na podjęcie wątku, gdy już będę gotowa. Oczy nadal mam zamknięte, a nawet jeszcze mocniej zaciskam powieki, walcząc ze wzbierającymi się pod nimi łzami. Czuję się taka bezbronna, bo już się obnażyłam, a to dopiero początek.”

Okay, na sto procent, czułam w tej książce Estelle. Jako że zrobiłam sobie weekend z tą autorką, to po Dimily praktycznie od razu zaczęłam czytać Wróć, jeśli masz odwagę i muszę przyznać, że Estelle nie zgubiła tego „czegoś”, co miała przy debiutanckiej trylogii. A właściwie czułam bardzo wiele podobieństw, zaczynając od bohaterów, przez zachowania kończąc na klimacie całej powieści. Nie wiem, jak jej się to udało, ale gdyby zakryć dane autora to i tak zgadłabym, kto to napisał. Moim zdaniem to bardzo dobra kontynuacja kariery i uważam, że teraz kiedy Estelle wybrnęła z tego, że jest postrzegana jako autorka tylko jednego dzieła, zaskoczy nas kolejnymi książkami. Jestem pewna, że sięgnę po jej kolejne powieści, a i na pewno wrócę do tej, bo mi się podobała.
Wróć, jeśli masz odwagę to powieść, która niby jest zwykła, niczym niewyróżniająca się, taka kolejna młodzieżówka, ale gdy kończymy czytać i mija kilka godzin, w naszej głowie pojawiają się obrazy, wątki, historia, która w pierwszej chwili nigdzie nie pasuje. Jednak w końcu kojarzymy, że to ta książka, że to ci bohaterowie wbili nam się w głowę i nasz mózg od nowa odtwarza ich historię. W moim przypadku tak było. Kilka godzin po przeczytaniu wracałam myślami do czegoś, czego z początku nie kojarzyłam. Wiedziałam, że bardzo to lubię, że mnie poruszyło i w jakiś sposób wryło mi się w mózg, ale dopiero po chwili zrozumiałam, że to Estelle Maskame mi to zrobiła. Gdy kończyłam czytać, myślałam, że to zwykła młodzieżówka, która zasługuje na uwagę, ale nie zdobędzie jakiegoś wielkiego uznania. I przyznaję, że się myliłam. Im więcej czasu mija od przeczytania, tym bardziej doceniam i uwielbiam tę powieść, jak i bohaterów. Było to dla mnie ogromne zaskoczenie, ale jednocześnie było bardzo miłe.

„Patrzę mu prosto w oczy, analizując widoczne w nich ból i udrękę, poczucie winy i lęk, zgrozę i niepokój. […]
– Ja.... ja nie wiem, czy mogę – odpowiadam w końcu, kręcąc głową. […] Czuję, jak po policzku powoli spływa mi łza. Nie. Nie chodzi o to, kogo chcę ochronić. Rzecz w tym co jest słuszne...”

Jeśli zaś chodzi o bohaterów, to muszę dać Estelle duży plus. Naprawdę ogromny plus, nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale uważam, że odwaliła kawał dobrej roboty. Nie tylko wydawali się realni, ale także nie byli irytujący czy sztuczni. Mimo że MacKenzie może wydawać się na początku dziwna, tak samo, jak inni bohaterowie, ale jak dla mnie to zaleta. Bo moim zdaniem nie ma ludzi idealnych, nie ma takich, którzy zawsze robią idealne rzeczy, i postępują dobrze. Czasem ludzie się gubią w tym pędzącym świecie i chyba coś takiego chciała zrobić autorka. Moim zdaniem stworzyła bohaterów, którzy są ludźmi, którzy mają prawdziwe uczucia. Są irytujący, dziwni, uroczy, wzruszający, a czasem ich sekrety przerażają. Uważam, że takich właśnie bohaterów zrobiła Estelle Maskame i właśnie dlatego wbili mi się w mózg i nie chcą go opuścić. Są prawdziwi, realni i to jest największy i zarazem najważniejszy plus.
Podsumowując, bo troszkę się rozpisałam. Polecam tę książkę, uważam, że warto ją przeczytać. Ma swoje wady, ale i ogromne zalety. Nie jest lukrowata, tylko prawdziwa i to będę powtarzać do znudzenia. Wróć, jeśli masz odwagę to dobry początek po trylogii. Czekam na więcej od tej autorki, a wam z całego serca polecam!
Moja ocena to 9/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Feeria Young
Autor: Estelle Maskame
Oryginalny tytuł: Dare to Fall
Stron: 350

Za książkę dziękuję


Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger