13:56

#199 Recenzja książki "Proroctwo Cieni. Księga Pierwsza. Elementals" Michelle Madow - Patronat Medialny

#199 Recenzja książki "Proroctwo Cieni. Księga Pierwsza. Elementals" Michelle Madow - Patronat Medialny

Cienie się zbliżają, chcą wejść w nasz świat – nie pozwólmy na to!

Dziś porozmawiamy... a raczej ja napiszę, a Wy poczytacie, o moim patronacie medialnym z maja, który niestety dopiero teraz doczekał się recenzji. Jednak musicie wiedzieć, że ta seria i ta książka są szczególne dla mnie, ponieważ to moje pierwsze kroki w świecie mitologi. Wiem, że wiele osób czytało albo oglądało Percy'iego. Przyznaję się bez bicia, że ja tylko widziałam film i to raczej byłoby na tyle w kwestii mojej styczności z książkami o takiej fabule. Jednak gdy zobaczyłam zapowiedź i jeszcze ruszyły rozmowy o patronacie, wiedziałam, że tylko jedna odpowiedź może paść z mojej strony – TAK! Tak więc zaczęła się moja przygoda z fabułą, w której wykorzystuje się mitologię, historie o bogach i nie mogłam się doczekać, aż przeczytam tę książkę i Wam o niej opowiem!
Nicole przeprowadza się do Massachusetts, które z jej perspektywy ma same wady. Jest tam zimno, ponuro a przede wszystkim, dziewczyna nikogo nie zna. Pierwszego dnia w szkole trafia do specjalnej klasy, oddalonej od reszty, ze specyficznym nauczycielem. Nie dość, że przeprowadzka i nowa szkoła przysporzyły jej stresów, to jeszcze przy wejściu do klasy zauważa, że literki na tablicy same się przestawiają tak, że nagle Nicole jest w stanie je rozczytać. I właśnie w tej sposób bohaterka dowiaduje się, że … trafiła do klasy potomków bogów i jest czarownicą, która ma moce. Dla dziewczyny to stanowczo za dużo... Rozumiecie więc dlatego pierwszej chwili nikomu nie wierzy, a na domiar złego zaczynają się dziać rzeczy, których nie umie wytłumaczyć w normalny, racjonalny sposób. Kiedy nauczyciel zaprasza uczniów do siebie na podziwianie Komety Olimpijskiej, nikt nie spodziewa tego, co ma się za chwilę wydarzyć. Piątka uczniów zostaje połączona, ich moce się nasilają, a Nicole jest kluczem do spełnienia przepowiedni, która może zniszczyć świat. Czy Nicole odnajdzie się w nowym środowisku? Czy dojdzie porozumienia z rówieśnikami, którzy znają ten świat dużo dłużej od niej? I przede wszystkim, czy mają szanse na uratowanie ludzkości i powstrzymanie Cieni?

Odwrócił się do tablicy, uniósł dłoń i przesunął ją przed sobą. – Pewnie nie spodziewałaś się, że wszystko będzie wyglądać tak normalnie, ale musimy być ostrożni. Jak zapewne wiesz, nie możemy ryzykować, by ktoś dowiedział się, co się tutaj dzieje.
W tym momencie powierzchnia tablicy zalśniła – niczym rozświetlone słońcem morze – i poranne ogłoszenia organizacyjne na moich oczach całkowicie zmieniły swoją treść.”

Przyznaję, że jestem pod wielkim wrażeniem tej książki i fabuły. Autorka nie tylko połączyła coś, co teoretycznie nie powinno ze sobą współpracować, ale również stworzyła z tego coś bardzo fajnego. Do tej pory fabuły mitologiczne, boskie itp. rządziły się własnymi prawami. To samo dotyczy książek o czarownicach. Nigdy bym nie pomyślała, że można w fajny i ciekawy sposób połączyć to razem, by nie powiewało tandetą i kiczem.. Jestem pewna, że pojawią się osoby które doszczętnie skrytykują tę serię, bo będą uważali, że autorka zbezcześciła Harrego Pottera albo Percy'iego Jacksona. Dla mnie to jednak coś nowego i świeżego na rynku – mało tego, uważam, że to bardzo odważny i śmiały ruch ze strony pisarki, bo czegoś takiego jeszcze nie spotkałam, a czytam dużo książek fantastycznych.
Co mogłoby być lepsze? Uważam, że Michelle Madow trochę zaniedbała wątek rodzinny, głównej bohaterki, gdyż tego tam nie ma prawie wcale. Akcja głównie skupia się na piątce bohaterów, którzy mierzą się z przepowiednią i rozwiązują kolejne zagadki. Jednak pomimo tego minusu, uważam, że powieść jest bardzo fajna i wciągająca. Wymagający czytelnicy mogą powiedzieć, że akcja dzieje się zbyt dynamicznie i nie skupiamy się na wielu rzeczach, ale ja uważam, że pierwszy tom to taki przedsmak przed resztą. Taka rozgrzewka dla czytelników, by weszli w ten świat, by poznali go, zrozumieli o co w nim chodzi. W samej treści książki da się wyczytać podtekst: „to dopiero początek”. Podejrzewam, że autorka postawi nie lada wyzwania przed tą piątką i nie raz, nie dwa nas solidnie zaskoczą. Nie wspominając już o tym, że w wielu powieściach fantasy, gdy coś się dzieje, to udział bierze dwójka, czasem trójka bohaterów, ale potem i tak na pierwszy plan wysuwa się tylko jeden główny bohater. A tutaj fajnym zabiegiem było to, że cała piątka jest powiązana przez Kometę i razem musi rozwiązywać zagadki. Jestem szczerze ciekawa, czy to zostanie pociągnięte dalej.

„– Więc jeśli chodzi o te rozszerzone przedmioty… – zaczęła, ściszając głos. – Widziałaś, co było napisane na tablicy. Każdy kolor ma inne znaczenie. Gdy już nauczymy się panować nad energią, będziemy mogli wykorzystywać kolory, żeby robić… różne rzeczy.
Jakie rzeczy? – zapytałam.
Weźmy na przykład żółty, mój ulubiony – odparła. – Żółty poprawia koncentrację i pomaga zapamiętywać informacje. Jeśli przywołasz żółtą energię przed zakuwaniem do sprawdzianu, to powtórzenie wszystkiego zajmie ci o wiele mniej czasu, a przy tym zapamiętasz więcej. Sprawi, że będziesz mieć niemal fotograficzną pamięć. Genialne, co?”

Jak już jesteśmy przy bohaterach, to o nich porozmawiajmy. Tutaj nie ma ani wielkich zaskoczeń, ani irytujących rzeczy. Trochę pojawia się schematyczności, ale to zrozumiałe, biorąc pod uwagę fakt, że cała powieść się wyróżnia na tle książek z tego sektoru. Plusem za to jest różnorodność charakterów. Nie ma tutaj czegoś takiego, że jest dobry, zły, nijaki, niezdecydowany i ambitny. Dzięki należy się bogom olimpijskim, że autorka nie zrobiła schematycznej drużyny i cała ta piątką się dopełnia, razem tworzą idealną całość, dzięki czemu nie mamy ochoty mordować bohaterów... ani nawet zamykać ich w piwnicy (nie udawajcie, że takie coś wam się nie zdarza!).
Podsumowując, bo już zmierzam w kierunku, gdy zaczynam bredzić! Proroctwo Cieni polecam z całego serca; jest fajnie, ciekawie, oryginalnie i przede wszystkim nie schematycznie! Nie mogę się doczekać drugiego tomu, który ma premierę 17 sierpnia (w tygodniu pojawi się zapowiedź na blogu!). Jestem bardzo dumna, że objęłam tę serię patronatem medialnym i z dumą będę ja polecać.
Moja ocena to mocne 9/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Kobiece (Young
Autor: Michelle Madow
Oryginalny tytuł: Elementals: The Prophecy of Shadows (Title #1)
Stron: 288
Data premiery: 24 maja 2018r.
Za książkę dziękuję




21:19

#198 Recenzja książki "Domek na drzewie" K.K. Allen

#198 Recenzja książki "Domek na drzewie" K.K. Allen

Przenieśmy się do Domku na drzewie i zapomnijmy o potworach spod łóżka!

Czas na recenzję książki, którą czytałam bardzo dawno temu, ale przez wiele czynników, dopiero teraz mogę spokojnie zasiąść do pisania tej recenzji. Promocja tej książki była ogromna, tytuł chwytający, a o okładce nawet nie wspomnę, bo jest cudowna – choć przyznaje, że większy sens ma oryginalna okładką, która odzwierciedla ważny wątek z fabuły. Jednak wracając do książki, to po zobaczeniu zapowiedzi na stronie wydawcy, od razu do nich napisałam, że chciałabym tę powieść zrecenzować i udało się! Zostałam wpisana na listę, a potem już zostało czekać na swój egzemplarz!
Chloe była typową szarą myszką, gdy poznała dwóch braci, bliźniaków Gavina i Devona. Cała trójka różniła się od siebie diametralnie i nikt w okolicy nie myślał, że mogą złapać wspólny język. Ta trójka się zaprzyjaźnia, jednak to Gavin jest tym, który scala tę paczkę, zdaje się, że nie ma nic przeciw temu, że Chloe i Devon zostali parą i nie krępują się z okazywaniem uczuć. Jenak wszystko się zmienia, wystarczy kilka chwil, wypowiedzenie przykrych słów, wybuch agresji i następuje tragedia. Niespodziewana tragedia rozdziela przyjaciół na długi czas, Chloe ucieka, wyjeżdża i nie ma ochoty wracać, ale jednego lata, namówiona przez przyjaciółkę wraca do domu – do tego, co się wydarzyło i stawia czoła Gavonowi, który nie tylko, zmienił się fizycznie, ale również dojrzał, stał się symbolem dla miasteczka, nikt kto go zna, nie pozwoli, by kolejna tragedia znowu się wydarzyła. Ale czy na pewno?

"- Przez cały czas uważałem cię za słabą. Dopiero ostatnio zdałem sobie sprawę, że się myliłem - powiedział - możesz być cicha, ale daleko ci do słabeusza. Radzisz sobie Chloe. Mogę się od ciebie wiele nauczyć."

Opis jest krótki, bo ciężko mi napisać cokolwiek, by nie zaspoilerować wam fabuły. Chciałabym, ale to bardzo chciałabym, żeby ta książka okazała się dobra, ale ogromnie zawiodłam się tą tragedią, jaka się wydarzyła. W momencie czytania miałam wielką ochotę na coś, co powali mnie i nie pozwoli się podnieść, a zamiast tego dostałam książkę, która ocieka schematami i fabułą, która już milion razy była omawiana w innych powieściach. Liczyłam na wielkie woow, historię, która sprawi, że będę płakała jak bóbr, a tu kicha... I jasne, są plusy w tej książce, np. to, jak autorka wykreowała postacie, styl i pomysł z domkiem na drzewie, to wszystko było super i w tych rzeczach się zakochałam, ale wątek tragedii dla mnie już oklepany i nudnawy. No bo ludzie kochani, ile razy można wałkować ten sam temat, ten sam schemat i te same wydarzenia? Mnie się to już znudziło i zrobiłam się bardziej wymagająca (chyba), ale nie chcę już czytać jakby tej samej książki/fabuły, tylko z różnych perspektyw! DAJCIE MI PRAWDZIWE EMOCJE!
Wiem, że trochę ostro piszę, ale ostatnio mam wrażenie, że autorzy zafiksowali się na jednym czy dwóch tematach i ich się trzymają. Broń Boże, jeśli napiszą coś oryginalnego i niewpadającego w schemat. Czy ja o wiele proszę, jeśli chcę przeczytać oryginalna powieść, która NAPRAWDĘ złamie mi serce? Wiem, że to głupia prośba, ale chciałabym coś, czego jeszcze nie czytałam, coś takiego, co mi się wbiję w mózg i nie wyjdzie z niego przez wiele lat. Zdarzają się powieści, które naprawdę warto przeczytać i dzięki nim przypominam sobie, dlaczego tak kocham książki, ale jest ich stanowczo za mało!
"Najlepsza miłość to ta kiełkująca z przyjaźni. Wzrastająca i pielęgnowana z cierpliwością i życzliwością, rozkwitająca we właściwej chwili. Opierająca się siłom natury pragnącym ją zniszczyć, skosić i spalić – zmusić, by powróciła do źródła, zetrzeć w proch, jakby w ogóle nie istniała."
Teraz trochę o plusach Domka na drzewie. Ogromnym i chyba największym z nich jest styl K.K. Allen, która naprawdę potrafi dobrze opisywać uczucia i miejsca. Z pewnością nie jest to jej ostatnia książką, jaką przeczytam, planuję przeczytać Waterfall Effect, który swoją okładką zachwyca i gdy widziałam premierę tej książki, chciałam kupować oryginał i czytać, tylko cudem się powstrzymałam. Jednak wracając do Domku na drzewie, to ta powieść, również budziła moje wielkie nadzieje i oczekiwania, bardzo żałuję, że nie spełniła ich w stu procentach, ale no cóż.. Uważam, że lepiej, gdy autorka ma dobry styl, a fabuła trochę zawodzi, bo fabułę można dopracować, a jak autor nie ma tego „flow” przy pisaniu to i czytelnik się męczy. Mnie przeczytanie Domku na drzewie zajęło bardzo krótko i gdyby nie te schematy to naprawdę bym się dobrze bawiła. Ale niestety pod koniec to już raczej było czytanie z musu i takiego „doczytać, by mieć za sobą”, nie było w tym żadnej przyjemności, a raczej mus.
Nie chcę się rozwodzić i tutaj raczej już napisze podsumowanie tej recenzji. Powieść ma swoje plusy i minusy, moim zdaniem – ogromny minus to fabuła i schematyczność, która pojawiła się w tej powieści, ale jednocześnie dużym plusem jest styl autorki, dzięki, któremu szybko się czyta i momentami ta schematyczność zanika, dla po prostu przyjemności czytania. Ciężko mi zdecydować czy wam polecać tę książkę czy jednak nie, ale widząc jak wiele pozytywnych opinii Domek na drzewie, to jest skłonna uznać, że tylko ja się czepiam.
Sami uznajcie czy przeczytacie czy nie!
Moja ocena to 5/10
Pozdrawiam,
Dominika Szałomska

Wydawnictwo: Filia
Autor: K. K. Allen
Oryginalny tytuł:
Stron: 440
Data premiery: 7 marca 2018r.
Za książkę dziękuję


12:29

#196 i #197 Recenzje książek "Lick" i "Play" od Kylie Scott

#196 i #197 Recenzje książek "Lick" i "Play" od Kylie Scott


Stage Dive podbiło moje serce do tego stopnia, że zastanawiałam się, czy nie zmienić swojego logo na „Szalona Domi”. Na poniższym filmie, moje opanowanie poszło w niepamięć, zachowuję się jak nienormalna, a do tego naużywam imienia Malcolm, które zostało przeze mnie policzone w filmie!
Koniecznie zobaczcie, o co chodzi z tymi Davidem i Malcolmem, bo mój mózg najwyraźniej dostał zwarcia, jak to nagrywałam!!!
Zapraszam Was również do zostawiania kciuków w górę i subskrypcji, gdyż to od nich zależy czy zostanę na booktube!

Pozdrawiam,
Wasza Dominika

21:20

#195 Recenzja książki "99 dni lata" Katie Catugno - PATRONAT MEDIALNY!

#195 Recenzja książki "99 dni lata" Katie Catugno - PATRONAT MEDIALNY!


Ciepło nam gdzieś uciekło, ale ważne, że wakacje się zaczęły! Dlatego dziś chciałabym opowiedzieć (dosłownie) o książce 99 dni lata, od Feeria Young, która już jakiś czas temu ukazała się na rynku wydawniczym. Nie mogłam się powstrzymać i gdy tylko usłyszałam o tej powieści, to od razu objęłam ją patronatem medialnym i totalnie utonęłam w fabule! Jeśli jej nie znajcie, to koniecznie poznajcie.
Zapraszam do obejrzenie mojej, tym razem mówionej recenzji!!

11:32

#194 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "First Love" James Patterson i Emily Raymond

#194 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "First Love" James Patterson i Emily Raymond

Podróż w nieznane jest przerażająca, ale jeśli odważymy się wyruszyć, to może okazać się cudownym przeżyciem!!

Premiera: 4 lipca 2018r.
W końcu nadeszło ciepło. Upały zalały całą Polskę, a my korzystamy, wygrzewając się na słoneczku! Nie wiem, jak Wy, ale ja kocham ten stan rzeczy i uwielbiam moment, gdy mogę wziąć książkę i poczytać na świeżym powietrzu (wiem, że alergicy się nie zgodzą). Tak się złożyło, że ostatni tydzień pracy był bardzo intensywny i już w czwartek wieczór cierpiałam na niemoc, chciałam już skończyć, iść spać – jednak kiedy weszłam na mail, zobaczyłam, że przyszedł do mnie przedpremierowy PDF od Feeria Young z książką, która kusiła mnie od początku. Stwierdziłam, że zrobię sobie przerwę i zobaczę co to... nie przewidziałam tylko tego, że z jednej strony, zrobiło się sto, a z popołudnia, pierwsza w nocy! Ostatnią rzeczą, jaką robiłam w czwartek jest czytanie First Love, a pierwszą jaką zrobiłam po przebudzeniu w piątek, było odblokowanie telefonu i dalsze czytanie! O czym jest ta książka, że zarwałam przez nią noc!
Axi straciła w życiu już wiele. Została sama z ojcem, który, pomimo że się stara i próbuje okazać córce zainteresowanie, to zalewa smutki w alkoholu. Axi czuje, że już straciła całą rodzinę, małe miasteczko ją dusi, w szkole nie ma zbyt wielu przyjaciół, którzy by dbali o nią tak, jak robi to jej przyjaciel Robinson. Gdy dziewczyna jest u kresu wytrzymałości, proponuje przyjacielowi szalony pomysł, by ruszyć w drogę po Stanach Zjednoczonych i odnaleźć swój cel w życiu! W pierwszej chwili Robinson wybucha śmiechem, gdyż Axi od zawsze była poukładana i grzeczna, nigdy nie odważyłaby się na taki szalony pomysł. Ale jednak... Ta dwójka postanawia, że zostawi za sobą przeszłość, wyruszy w nieznane, by doświadczyć, czegoś niesamowitego w beztrosce. Axi w swoim idealnym planie, nie przewidziała tylko tego, że będzie sam na sam z chłopakiem, w którym się kocha oraz tego, że jego pomysły będą bardzo odstawały od planów! Kiedy Axi i Robinson wyruszą w podróż, każde z nich będzie uciekało przed czym innym, ale co, jeśli rzeczywistość ich dogoni?

A co w sytuacji gdy to, czego się chce, i to, co słuszne, to dwie kompletnie różne rzeczy? Co jeśli żyjąc tak, jak sobie wymarzyliśmy, równocześnie skazujemy się na klęskę. Albo, co gorsze, skazujemy na klęskę ukochaną osobę.”

TO NAJLEPSZA KSIĄŻKA, JĄKĄ CZYTAŁAM W TYM ROKU! W momencie mogłabym skończyć tę recenzję, bo zapewne, będę się zachwycać i, zachwycać i jeszcze bardziej zachwycać, ale ludzie, co to była za książka! Zaczęłam czytać i od pierwszej strony, pojawiło się ogromne zaciekawienie. Potem pojawiły się niespodzianki i przepadłam! W środku znalazłam historię, która trafiła prosto do mojego serca i duszy, zakochałam się, a po zakończeniu nie wiedziałam, co miałam zrobić ze swoim życiem. Przysięgam, że już dawno nie miałam takiego kaca książkowego i jestem pewna, że przez długi czas nic nie dorówna tej książce. A ja przez bardzo długi czas, będę wracać myślami do bohaterów, do wydarzeń i emocji, jakie towarzyszyły mi przy czytaniu. Ba, jestem pewna, że nie raz i nie dwa przeczytam tę książkę, jeszcze zanim nastąpi premiera. W tej chwili, pisząc recenzję, mam ochotę ponownie otworzyć plik i czytać od nowa!
Muszę się przyznać do czegoś strasznego. Po zobaczeniu katalogu przeważnie, gdy pojawia się nowe nazwisko, wpisuje je w goodreads i sprawdzam, jaką ocenę ma dana książka, ile autora ma ich na koncie itd. Tutaj postąpiłam tak samo, ale jak zobaczyłam, że James Patterson jest panem już raczej starszym, bardziej kimś, kto mógłby być moim ojcem, to zrobiłam się pesymistyczna. Nie wiem jak Wy, ale ja nie widzę np. swojego ojca piszącego książkę z gatunku young adult. Teraz sprawdzając, dokładnie pana Jamesa, zobaczyłam, że jest pisarzem thrillerów i kryminałów, które już pojawiły się w Polsce! Jestem niesamowicie ciekawa, jak sprawdza się w innym gatunku, nie wyobrażam sobie, jak można pisać młodzieżówki, a potem przejść do thrillera nasyconego dreszczykiem emocji. Podziwiam James Pattersona i w tej chwili stałam się jego wielką fanką. Zapewne, wiele czytelników tak powie, szczególnie po First Love.

Z perspektywy czasu nie mogę uwierzyć, że tak niewiele brakowało, bym pozbawiła się jednego z najpiękniejszych, najzabawniejszych, a równocześnie najbardziej bolesnych i dramatycznych doświadczeń w całym moim życiu.
Ależ byłam kretynką.”

Teraz pomówmy chwilę o bohaterach! Przeważnie, ostatnio, nie ważne, za jaką młodzieżówkę się wezmę, to główne bohaterki są irytujące, puste i małostkowe. Nie myślą o przyszłości, nie przejmują się niczym, a na dodatek cierpią na chroniczny brak mózgu. Jednak, dzięki Bogu, w First Love, nie spotkało mnie nic takiego! Axi jest bohaterką idealną – niepewna, nieśmiała, popełniająca ludzkie błędy, ale jednocześnie, rozumna, która dojrzewa i z czasem zmienia się nie do poznania. A Robinson, och, jaki on był idealny. No ludzie kochani, uwielbiam go, jeśli byłby turniej na największą fankę Robinsona – wygrałabym. I Axi i Robinson bardzo, ale to bardzo zmieniają się podczas podróży, jaką razem odbywają. Ich przygoda, przeżycia i emocjonalne rozmowy, sprawiają, że nie raz i nie dwa, miałam łzy w oczach. A zakończenie... ach. No naprawdę, musicie przeczytać tę książkę, by przeżyć z bohaterami, to co przeżyłam ja!
Podsumowując, bo chyba już na to czas. First Love, nie jest zwykłą młodzieżową książką, która opowiada o niczym. Ta książka jest piękna, emocjonalna i przenosi nas do świata, gdzie naszymi jednymi ograniczeniami jest nasz strach. Axi i Robinson wyruszyli na przygodę, która ich zmieniła, ukształtowała. Doświadczyli tego wszystkiego, dlatego, że przełamali strach, odważyli się zrobić, coś, co wykraczało poza ich strefę komfortu. Dzięki temu my poznaliśmy niesamowitą historię, która poruszyła mnie do głębi, a autor zyskał sporę rzeszę fanów!
Kończę już, co nigdy nie skończę zachwalać tej książki!
Moja ocena to 10/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Feeria Young
Autor: James Patterson, Emily Raymond
Stron: 320
Za książkę dziękuję!




17:35

#193 Recenzja książki "Tysiąc Pocałunków" Tillie Cole

#193 Recenzja książki "Tysiąc Pocałunków" Tillie Cole

Życie jest piękne... wszystko, co nas otacza jest cudowne, tylko trzeba się uśmiechnąć i to dostrzec.

Tillie Cole jest autorką, którą raczej znamy w Polsce z Raze i Reap, czyli brutalnych i gwałtownych książek. Mnie samej te powieści się bardzo spodobały, bo nie były to erotyki z tych słodkich, gdzie nieraz idzie „rzygać tęczą”, że tak brzydko ujmę, tylko wniosły coś nowego. Kiedy zobaczyłam w zapowiedziach tę lekturę, byłam bardzo zaintrygowana nie tylko opisem, ale tym czy autorka podoła czemuś innego. Byłam raczej pewna, że ta książka będzie zwykłym romansem z dodatkiem seksu, albo po prostu jakieś tam romansidło na letni wieczór. Kiedy dorwałam tę książkę w swoje łapki, dostałam jakby transu, byłam skupiona tylko na tym, by ją przeczytać i zobaczyć jak Tillie sobie poradziła. Co zrobiła ze mną ta powieść? Oj dużo...
Poppy i Rune znają się, od kiedy mieli po pięć lat. Rune przeprowadził się do Georgi aż z Norwegii, nie lubił nowego domu, nie chciał tam mieszkać, ale gdy z sąsiadującego domu wybiegła mała Poppy i podeszła do niego, złapali nić porozumienia. Przez kolejne dwanaście lat życia byli nierozłączni. Nie tylko ich przyjaźń była mocna jak nic innego, ale także kochali się, wszyscy wiedzieli, że Poppy i Rune są dla siebie stworzeni do życia już na zawsze razem. Jednak los lubi płatać okropne figle i pewnego dnia, ojciec chłopaka zostaje z powrotem z pracy wysłany do Norwegii, para musi się znaleźć rozwiązanie z tej okropnej sytuacji. Są dla siebie jak dwie połówki jabłka, idealne dobrane, a teraz będą dzielić ich tysiące kilometrów, a także ocean. Co się stanie z miłością, jaka ich łączy? Czy przetrwają taką próbę? Czy Rune wróci, a jeśli tak to czy ich miłość będzie dość silna?

Dlaczego trzeba stanąć w obliczu śmierci, by nauczyć się doceniać każdy dzień? Dlaczego musimy czekać, aż niemal skończy nam się czas? Dopiero wtedy zaczynamy spełniać marzenia, które mieliśmy, gdy wydawało nam się, że jesteśmy nieśmiertelni. Dlaczego nie patrzymy na ukochaną osobę, jakbyśmy mieli jej już nie zobaczyć? Gdybyśmy to robili, nasze życie byłoby cudowne. Byłoby prawdziwe i pełne...”

Opisu tej książki nie chcę robić długiego, bo nie chcę wam spoilerować, ale jedno muszę wam powiedzieć. Najlepsza książka, jaką czytałam w tym roku. Przyznaję, że to dość mocne słowa, ale Tillie sprawiła, że znowu moje serce odżyło, gdy już myślałam, że jestem zmęczona, że nie dam rady więcej i zaczęłam wątpić we wszystko, co robię, ta książka uruchomiła moje serce na nowo. Użyję teraz mocnych słów i wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą jak kocham serię Dworu cierni od Maas, i wiecie również, jak pokochałam drugi tom Dwór mgieł i furii, ale uważam, że moja miłość do Tysiąca Pocałunków jest równie mocna, jak do Dworu. Pocałunki są absolutnie cudowne, zapierające dech w piersiach, sprawiają, że zaczynamy znowu wierzyć w niemożliwe, ale także mają pewną moc. Zauważyłam w książce wiele takich momentów, gdy bohaterowie mówią coś tak romantycznego, że miód ocieka z kartek, ale jednocześnie jest to tak genialne i cudowne, że nie zwracamy uwagi na to, ile słodyczy jest w tej książce, bo to pasuje. Nie ważne jak słodko i uroczo jest, idealnie wpasowuje się w historie i gdyby zabrano z tej powieści choć odrobinę tego romantyzmu to już nie byłoby to samo.
Tysiąc Pocałunków to książka, która zabiera nas... nie, porywa nas do miejsca, gdzie rozumiemy wiele rzeczy. Główna bohaterka jest naszym natchnieniem do zrobienia czegoś ze swoim życiem, nie chcemy już być tylko widzami naszego życia, chcemy zrobić coś, spełnić marzenia. Poppy jest cudowną, pozytywną i odważną młodą kobietą, która wie, czego chce, wie jak to osiągnąć, ale także umie odnaleźć w Rune'ie dobro, nawet wtedy, gdy wszyscy już sądzili, że jest stracony. Ta książka nie jest tylko opowieścią o miłości, ale także o poświęceniu, o wsparciu, o przyjaźni, o niepoddawaniu się. Mogłabym tak bez końca, bo czytając tę książkę, czułam wszystko. Autorka nie tylko przekazała nam cudowną fabułę, ale włożyła w nią tyle emocji, że nasze serca są nimi przesycone, czujemy miłość, jesteśmy ukochani, rozczuleni, wzruszeni i przede wszystkim wiemy, że warto żyć.

Jestem dziewczyną, która wstaje wcześnie, by oglądać wschód słońca. Jestem dziewczyną, która we wszystkich chce widzieć dobro. Tą, którą porywa muzyka, którą inspiruje sztuka. - Popatrzyła na mnie z uśmiechem. - Taka właśnie jestem, Rune. Jestem dziewczyną, która czeka, aż przeminie burza, by móc zobaczyć tęczę. Dlaczego miałabym być smutna, skoro mogę być szczęśliwa? Dla mnie wybór jest oczywisty.”

Ach i zakończenie!! Przysięgam, chyba nigdy nie czytałam książki z lepszym zakończeniem. Zawsze są takie, że pozostawiają po sobie niedosyt, albo jesteśmy za bardzo rozbici, lub w ogóle były słabe, ale w tej książce... Kurcze, to było takie „To jest tak cholernie słodkie, że zaraz dostane cukrzycy”. Nawet nie wiem jak to dokładnie opisać, bo było po prosto I DE A LNE! Nic więcej, piękne, cudowne, perfekcyjne i po prostu cudo.
Książka poruszyła mnie do tego stopnia, że postanowiłam podzielić się swoimi uczuciami z autorką i do niej po prostu napisałam. Dowiedziałam się, że książka jest dla niej bardzo ważna, bliska jej sercu i dlaczego tak jest, wyjaśnienie znajdziecie na końcu powieści. Tillie bardzo cieszy się z pozytywnych opinii Pocałunków i dziękuje każdemu czytelnikowi za danie szansy tej książce.
Długa mi recenzja wyszła, ale oczywiście polecam Tysiąc Pocałunków, musicie je przeczytać, ja już każdej znajomej jęczę o to, że musi przeczytać tę książkę, że to najlepsze co zostało wydane i w ogóle jaram się tym jak niczym innym. Wam polecam tę powieść, koniecznie ją przeczytajcie, a ja pójdę czytać drugi, lub trzeci raz, bo nie mogę przestać. Ach i życzę każdemu z nas takiego uczucia, jakie łączy Poppy i Rune'a
Moja ocena 10/10, a i to za mało.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Filia
Autor: Tillie Cole
Oryginalny tytuł: Thousand Boy Kisses
Stron: 400
Data premiery: 17 maja 2017r.



23:10

#192 Recenzja książki "Osaczona" Teri Terry

#192 Recenzja książki "Osaczona" Teri Terry

Nie ufaj nikomu – nie wiesz, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.

Ostatni tom serii to najsmutniejszy moment dla każdego czytelnika – również dla mnie, gdy piszę tę recenzję. Ostatnimi czasy bardzo ciężko i z oporami podchodzę do lektur. Mam wrażenie, że wszystko, co czytam jest nijakie i zostało powtórzone już milion razy – jednak są wydawnictwa, po książki których sięgam niezależnie od mojego nastoju. Do tej grupy należy Młody Book, który niezmiennie zachwyca mnie wydawanymi książkami. Oczywiście to żadna tajemnica, że jestem wielką fanką Dnia 7 i Zresetowanej, a Czarodzieje urzekli mnie swoim specyficznym klimatem Teraz przyszedł czas, by pożegnać jedną z tych serii. Nie chcę tego robić, ale książkę przeczytałam i po prostu muszę z Wami podzielić się tą recenzją. Poniżej znajdziecie nie tylko opinię o Osaczonej, ale również podsumowanie całej serii.
Kyli sama nie wie, jak jeszcze może funkcjonować po ostatnich wydarzeniach. Boi się nie tylko o swoje życie, ale też o ludzi w jej otoczeniu. Lordowie znajdują się na każdym rogu, zabrali jej Bena i wolność; teraz musi się ukrywać i żyć w strachu, że ją znajdą. Na dodatek nie wiadomo, co ze starymi wrogami, którzy obiecali zemstę. Kyli ma wyjechać w bezpieczne miejsce, poznać swoją przeszłość, dzieciństwo. Chce dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło a przede wszystkim odzyskać wspomnienia. Lecz gdy myśli, że jest już bezpiecznie, że nie musi oglądać się za siebie, dzieją się kolejne straszne rzeczy, znowu ktoś cierpi. Dziewczyna robi w końcu coś, co sprawia, że staje się najbardziej poszukiwaną osobą przez Lordów. Musi uciekać, a czuje, że bliski jej człowiek stał się kimś innym. Kyli już nie wie, co myśleć, co robić i jak wyplątać się z tych wszystkich sytuacji, które nieuchronnie zbliżają ją do śmierci. Co się stanie? Jak kończy się historia Kyli?

"Wkrótce już ściskam w dłoni sfałszowany dowód tożsamości.
Ciemnowłosa osiemnastoletnia Riley Kain o szarych oczach może podróżować, jak chce, i żyć własnym życiem.
Jakie życie dla siebie wybiorę?"

JAK JA KOCHAM TĘ SERIĘ!! Serio, ludzie, nie wiedziałam, że można osiągnąć taki stan emocjonalny dzięki książce! Spam, jaki wysyłałam do przyjaciółki, można było zobaczyć na moim InstaStory i moim fanpage'u. Jednak nic nie równa się z tym, co czułam przy czytaniu. Jako że książka miała pewne trudności w drodze do mnie, to przeczytałam ją znacznie później od innych blogerek, ale ich opinie krążyły wokół mnie. Starałam się unikać czytania opinii by nie zrobić sobie spoilera, ale i tak zdążyłam zauważyć, że wszyscy zgodnie twierdzili, że to idealne zakończenie serii. Nie chciało mi się wierzyć i miałam ogromne wątpliwości, bo przeważnie czuję niedosyt w zakończeniach serii. Jednak tutaj - i muszę powiedzieć to z całą stanowczością - było idealnie! Sytuacja, w jakiej stawia nas autorka, sprawia, że czytelnik jest w stu procentach usatysfakcjonowany z czytania. Nie dość, że wyjaśniają się wszystkie wątki, jakie poznaliśmy przez te trzy tomy, to jeszcze są przestawione w punkt. Terry Teri wiedziała dokładnie, gdzie jest granica między dennym, a absurdalnym zakończeniem, i właśnie to wyważenie sprawiło, że postawiła kropkę nad i, a my z czystym sumieniem możemy odłożyć serię na półkę. I oczywiście wrócić do niej z przyjemnością za jakiś czas...
Teraz porozmawiajmy o bohaterach! Wielkim, ale to wielkim plusem, jest przemiana Kyli, jaka nastąpiła przez te trzy tomy. Uważam, że najbardziej możemy to dostrzec w trzecim tomie – stała się bardziej dojrzała, odpowiedzialna i w końcu nie pozwala, by inni robili za nią większość rzeczy. Co prawda nie zawsze robi to, co powinna, ale moim zdaniem dzięki temu wydarzyło się kilka rzeczy, które pozwoliły, by zakończyło się tak, a nie inaczej. Jednak muszę przyznać, że moje serce zdradziło pierwszą miłość z tej książki dla kogoś, kto pojawił się dużo później. Plus, mój potencjalny mąż przyprawił mnie o kilka zawałów oraz kilka skrajnych emocji, takich jak: szok, niedowierzanie, a czasami nawet początki nienawiści. Pierwszy raz w historii mojej przygody z książkami, zmieniłam sympatię do przyszłego męża, na kogoś całkiem innego.
Podsumujmy całość. Wszystkie trzy tomy dostarczają nam niesamowitych emocji. Teri Terry wymyśliła i napisała w końcu coś nowego, coś świeżego, bez oklepanej już schematyczności i nudnego wątku, jakie znajdujemy w innych podobnych tematykach. Moim zdaniem, ta seria jest jedną z najlepszych, jakie czytałam w całym moim życiu. Przeważnie drugie tomy zawsze są nudne, przekombinowane, a trzeci to takie wyjaśnienie, byle tylko skończyć i mieć to już za sobą. Jednak tutaj mamy całkiem co innego. W każdej części akcja się rozkręcała, czuliśmy coraz więcej, chcieliśmy już znać zakończenie i jednocześnie nigdy nie kończyć czytać. Tak się czułam w trzecim tomie. Emocje sięgały zenitu, chciałam przeskoczyć te kilkadziesiąt stron i zobaczyć jak się kończy. Pierwszy raz w życiu (dużo tych moich pierwszych razów przy tej serii), byłam bliska zobaczenia zakończenia, choć wyznaje zasadę, że to zbrodnia.

...gapię się na niego, wstrząśnięta tym, jak bardzo chcę uścisku tej dłoni, jak mocno się za nim stęskniłam. Za jego głęboko niebieskimi oczami. Radosnymi mimo podejmowanego ryzyka. Za blaskiem światła w jego włosach, za ognistymi błyskami rudej czupryny. Uśmiecham się.
Ktoś chrząka za moimi plecami.”

I jak już jesteśmy przy zakończeniu... Ostatnie dwadzieścia stron jest bardzo emocjonujące. Jestem pełna podziwu dla autorki, że umiała napisać coś, co posiada w sobie tyle napięcia i stresu. By podkreślić dramaturgię, muszę przyznać się, że zdarza mi się przeklinać i rzucać jakimiś paniami spod latarni, ale to, jakie i ile bluzgów leciało przez te ostatnie strony to przechodzi ludzkie pojęcie. Sama siebie nie podejrzewałam, że potrafię tak przeżywać, coś, co jest fikcją, co powstało w głowie – jak by na to nie patrzeć – obcej mi osoby, która postanowiła to spisać. I ta dam... ta obca mi osoba sprawiła, że zapomniałam o świecie, nic innego się nie liczyło, tylko ja, książka i świat przedstawiony przez Teri Terry.
Podsumowując i trzeci tom i całą serię, to jestem niesamowicie zakochana i usatysfakcjonowana tą historią, podejrzewam, że jeszcze nie raz wrócę do Kyli i jej przyjaciół. Ponadto muszę podziękować autorce, gdyż sprawiła, że poczułam miłość do thrillerów i po raz kolejny przypomniałam sobie, czemu tak naprawdę kocham czytać.
Moja ocena 10/10. Tego tomu i całego serii.
Pozdrawiam,
Wasza Dominika



Wydawnictwo: Młody Book
Autor: Teri Terry
Oryginalny tytuł: Shattered
Stron: 336
Data premiery: 6 maja 2018r.
Za książkę dziękuję




21:38

#191 Recenzja książki "Story of Bad Boys" Mathilde Aloha

#191 Recenzja książki "Story of Bad Boys" Mathilde Aloha

Szykujcie się dziewczyny. Nadchodzi Cameron!!

Książka, która jest nowością na rynku wydawniczym i jak sam tytuł wskazuje, możemy oczekiwać typowego bad boy'a w najlepszym wydaniu... tiaa. Która z nas nie lubi czasem przeczytać historii, o niegrzecznym chłopaku, który jednocześnie jest czuły, troskliwy i kocha nas na zabój? Ja na pewno. Przeważnie właśnie książki o takich chłopakach/mężczyznach trafiają prosto w kobiece serca. Przyznajcie się, ile takich bad boy'ów macie na swojej liście książkowych mężów? U mnie znajduje się ich całkiem sporo. Dlatego nie wahałam się, gdy zobaczyłam w katalogu zapowiedź tej książki, już sam tytuł zwiastuje to, co najbardziej kochamy. Ale do brzegu... co sądzę o tej powieści? Czy są tutaj bad boys, czy po prostu kompletni idioci?
Liliana zaczyna studia i zostawia przeszłość za sobą. Chce zacząć żyć na nowo, zapomnieć o tym, co się wydarzyło, nie myśleć o przyjaciółce, która leży w śpiączce i prawdopodobnie już nigdy się nie obudzi. Liliana robi to, co każdy gdy chce zapomnieć – wyjeżdża, do szkoły, która jest bardzo daleko od jej nadopiekuńczej matki, jak i wszystkiego, co ją spotkało. Wybiera akademik i gdy ma już się wprowadzać odkrywa, że zaszła pomyłka – Lili dostaje pokój z dwoma chłopakami – Cameronem i Evanem, dwójką przyjaciół, którzy również nie spodziewali się mieszkać z dziewczyną. Cała trójka próbuje się poznać, polubić, jednak Lili i Cameron cały czas mają spięcia, chłopak jest wrogo nastawiony i nie bardzo chce dać szanse dziewczynie. Gdy pewnej nocy Cameron i Evan wracają cali we krwi i pobici, Lili zaczyna podejrzewać, że z tą dwójką jest coś nie tak. Czy Lili zostanie wciągnięta w niebezpieczny świat chłopaków? Co tak naprawdę oni ukrywają? I przede wszystkim, co z uczuciem, które rodzi się między Lili a Cameronem?
Bojąc się, nie unikniesz niebezpieczeństwa.”
Z przykrością stwierdzam, że chyba muszę przestać mięć oczekiwania wobec książek, bo potem wychodzę na tym, jak Zabłocki na mydle. Oczekiwałam super książki, wielkim emocji i przede wszystkim, idealnego bad boy'a, który ruszyłby moje serce i nie tylko. Zamiast tego dostałam beznadziejną książkę, której nie mogłam przeczytać. Zmuszałam się do czytania, do brnięcia w tę historię, ale im dalej szłam, tym bardziej irytowali mnie bohaterzy i fabuła. Nie wiedziałam i nadal nie wiem, czy główna bohaterka jest głupia czy tylko udaje, czy Cameron serio jest takim idiotą. Ciężko mi to pisać, bo naprawdę liczyłam na super książkę, ale to było straszne, już dawno nie męczyłam się tak przy czytania, a już na pewno dawno nie czytałam tak drętwych dialogów. Przypomnijcie sobie waszą najdziwniejszą rozmowę i pomnóżcie ją razy tysiąc, to może otrzymacie coś na kształt dialogów z bohaterami.
Kolejnym ważnym i sporym minusem tej książki, była chaotyczność. Jestem w stanie zrozumieć, zwroty akcji i zaskoczenia, ale tutaj to się kompletnie nie sprawdzało. Autorka w ten jeden tom, wplotła tyle rzeczy, tyle wątków, że ciężko się było połapać, co jest na tapecie. Książka nie jest gruba, żeby nie było, że czepiam się wielkiego tomiska. Nope, powieść ma typowe trzysta coś stron i raczej miała wprawiać czytelnika w osłupienie, a zamiast tego miałam wrażenie, że głupieje....Moim zdaniem, Cameron był idealnym bohaterem bez tej całej otoczni tajemniczości i oklepanej buzi. Był dupkiem, arogantem, ale czasem bywał troskliwy i czuły, ale nie! Zróbmy z niego typa spod ciemnej gwiazdy i wykreujmy tak, jakbym bawił się w mafiozo (to nie jest spoiler, tylko spostrzeżenie). Trochę mam wrażenie, jakby autorka, przeczytała kilka różnych książek o niegrzecznych chłopakach plus jakiś kryminał, i spróbowała z tego zrobić jedną powieść.
To nie mogło się dobrze skończyć.
- Znasz After. Płomień pod moją skórą, tę powieść Anny Todd?
- Tak - odpowiadam, coś podejrzewając. - Ale nie widzę związku między tą historią a Cameronem i mną.”
Podsumowując, bo nie ma sensu ciągnąć tej recenzji i wytykać każdy błąd (mogłabym zrobić z tego nową książkę). Story of Bad Boys jest książką złą, źle napisaną, z irytującymi bohaterami i fabułą, która nie ma sensu. Moim zdaniem mogłoby być lepiej, gdyby warsztat byłby lepszy i bohaterzy mniej sztywni, sztuczni i drętwi. Miało być śmiesznie, emocjonująco i gorąco, a wyszło słabo, nijak i dziwnie.
Stanowczo nie polecam tej książki i szczerze jestem zdziwiona widząc tyle pozytywnych opinii. Nie wiem jak i nie wiem czemu, ale no okay. Ja w każdym razie jestem na nie i odraczam czytanie, bo grozi zszarganymi nerwami.
Moja ocena to 2/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Feeria Young
Autor: Mathilde Aloha
Oryginalny tytuł: Story of Bad Boys
Stron: 296
Data premiery: 18 kwietnia 2018r.


22:18

#190 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Miłość i inne zadania na dziś" Kasie West - Patronat

#190 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Miłość i inne zadania na dziś" Kasie West - Patronat

"Chodź, pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko..."

Wszyscy wiedzą, że kocham Kasie West, a jeśli ktoś nie wiedział, no to właśnie się dowiedział. Od pierwszej książki tej autorki poczułam wielką miłość, która nigdy mnie już nie opuściła. Czasem, przy którymś tytule byłam nieco zawiedziona, ale ogólnie zawsze sprawiają, że odzyskuje energię, poprawia mi się humor i jakoś tak lżej mi na duszy. Po cichu nazywam, Kasie West moim dilerem dobrego humoru, zawsze po jej książce mam chęć i siłę by zdobyć cały świąt. Po lekkim zawodzie, przy poprzedniej powieści, miałam ogromną nadzieję, że tym razem Kasie poszła na całość i dostanę całą masę pozytywnej energii. A jak było? Wszystko poniżej!
Abby jest artystyczną dusza i kocha malować. Jej marzeniem jest dostać się na dobrą uczelnie i wystawić swoje obrazy w galeriach. Jako, że jest jeszcze młoda i szef galerii w której pracuje, powiedział jej, że obrazom brakuje głębi, Abby postanawia zrobić listę rzeczy, które musi osiągnąć przez wakacje, by stać się bardziej doświadczoną osobą. Pomaga jej w tym w przyjaciel – Cooper, który nie do końca rozumie tę listę, ale pomaga Abby. Jedną z rzeczy na liście jest złamane serce, które jest już wykreślone gdyż Abby kocha się w Cooperze i już mu o tym powiedziała, ale on myśląc, że to żart, wybuchł śmiechem. Ta dwójka jest jednocześnie najlepszymi przyjaciółmi, bliskimi duszami, ale i dwójką osób, które ogromnie się od siebie różnią. On kocha adrenalinę, a ona woli spokojne atrakcje, on woli szaleć, a ona potrafi usiąść i cały dzień malować. Ta dwójka ma niewiele ze sobą wspólnego, a jednak potrafią spędzić ze sobą cały dzień i się nie znudzić. Co przyniesie ze sobą lista Abby? Jak te rzeczy wpłyną na ich relacje i przede wszystkim... Czy Cooper zrozumie, że Abby wcale nie żartowała, gdy wyznawała mu miłość?

"Najpierw pojawiły się promienie – wyciągnęły się na skraju góry, wyglądając teraz tak, jakby stawała w ogniu. A potem powoli, milimetr po milimetrze, zaczęło pokazywać się samo słońce. Sprawiało wrażenie mniejszego, niż się spodziewałam, ale im wyżej się podnosiło, tym bardziej jaśniało niebo. Pierwszy raz, odkąd się tu znaleźliśmy, usłyszałam nad nami świergot ptaków. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby świat tak nabierał życia."

Pisać opisy książek Kasie jest niesamowicie ciężko. Kocham je czytać, ale opowiadanie o nich jest dużo gorsze. Moim zdaniem by najlepiej poznać twórczość tej pani należy po postu przeczytać jej książki! Dodatkowo muszę się przyznać, że poprzednia powieść Kasie nie była jakaś spektakularna, i ciut się zawiodłam, jednak tym razem nastąpił wielki powrót mojej ukochanej autorki, która wie jak sprawić bym się uśmiechnęła! Bardzo, ale to bardzo podobał mi się motyw z malowaniem, z przedstawianiem obrazów, tego co widzi bohaterka. To chyba był mój ulubiony wątek w tej książce. Kolejny ogromny plus, za kreacje bohaterów, w tym wielki za główną bohaterkę, która nie była idiotką jak w wielu powieściach, które ostatnio czytałam. Miała mózg i go używała! Fakt, były momenty, gdy zachowywała się jak typowa nastolatka, ale można jej to wybaczyć, bo właśnie nią jest.
Kasie West jest pisarką, po którą sięga wiele czytelników, wydawca dostaje maile kiedy następna książka, a gdy już taką dorwiemy, to nie czekamy, tylko od razu zabieramy się za czytanie! Tak właśnie jest ze mną. Gdy już dostanę w łapki jakąś jej powieść, to nie mogę się oderwać aż do ostatniej strony. Bardzo się cieszę, że tym razem stało się tak samo. Wiem, że w kółko mówię raczej o tym samym, ale jakoś nie mogę się skupić na niczym innym. Jestem tak bardzo rozleniwiona i radosna po tej lekturze, że po prostu nie umiem sensownie pisać, nie umiem wytykać błędów. Za to mam ochotę iść obejrzeć wschód słońca – ci co będą mieli tę książkę za sobą, zrozumieją o co chodzi (swoja drogą, uważam, że to najlepsza scena z Miłość i inne zadania na dziś.).

"Przeczytałam, raz i drugi, listę zrobioną poprzedniego dnia. Miałam nadzieję, że połączenie wymienionych na niej najlepszych cech osób ważnych w moim życiu przemieni mnie, na podobieństwo potwora Frankensteina, w jakąś wersję ich samych. Taką niestraszną. Na liście widniało jedenaście punktów. Praktycznie dziesięć, jeśli nie liczyć tego, które już odhaczyłam. Jak uzyskać głębię w dziesięciu krokach... co najwyżej. Liczyłam na to, że wystarczy mniej"

Jednakże nie mogę skupić się na samych zachwytach i zejść na ziemie. Trzeba wspomnieć o kilku aspektach tej książki. Miłość... jest powieścią bardzo dobrze napisaną, autorka zrobiła prawdziwy resaerch na temat malarstwa, strachu przed wychodzeniem z domu, wojskowych, czy nawet o quadach. Dla mnie, piątka z plusem za przygotowanie. Czasem w tej książce irytował mnie Cooper, który jakby wcale nie widział tego, co się dzieje z Abby, jakby nie widział albo nie chciał widzieć, jakim uczuciem dziewczyna go darzy. Bardzo, ale to bardzo polubiłam postać wprowadzoną w połowie książki i uważam, że idealnie się sprawdziła w roli mentora i pomocnika dla Abby, by ta nie była zależna od Coopera.
Podsumowując, bo nie ma sensu dalej się zachwycać (choć mogłabym), wszyscy, którzy przeczytają tę recenzję, będą wiedzieć, że A) kocham Kasie West. B) kocham jej książki. I C) polecam tę książkę. Poważnie, jeśli wcześniej nie znaliście tej autorki czy jej twórczości, to koniecznie nadróbcie.
Moja ocena to 10/10
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Feeria Young
Autor: Kasie West
Oryginalny tytuł: Love, Life and the List
Stron: 415
Za książkę dziękuję 


21:48

#189 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Niepewność Violet i Luke'a" Jessica Sorensen - Patronat medialny

#189 [PRZEDPREMIEROWO] Recenzja książki "Niepewność Violet i Luke'a" Jessica Sorensen - Patronat medialny
Wszystko się gdzieś kończy, by coś innego mogło się zacząć...

Data premiery: 30 kwietnia 2018r.
Jessica Sorensen jest moją ukochaną autorką. Chyba każdy kto mnie zna, wie, jak bardzo kocham jej książki i jej twórczość, kiedy pierwszy raz dostałam pod patronat medialny jej powieść, myślałam, że umrę ze szczęścia, nie mówiąc już o rekomendacjach, które znajdują się na okładkach. Wciąż pamiętam dzień, kiedy dostałam w swoje ręce pierwszy tom z serii The Coincidence o Callie i Kaydenie. Potem dołączyli Ella i Micha, aż w końcu przeczytałam pierwszy tom o Violet i Luke'u. Tak jak uwielbiam Callie i Kaydena, tak jak bardzo pokochałam Lili i Ethana, tak Violet i Luke …. pisząc to mam ochotę płakać, gdyż to ostatni tom o losach tej pary. Tak mi smutno i jednocześnie jestem szczęśliwa. Z resztą, zamiast przedłużać ten wstęp to przejdźmy do konkretów.
Violet jest zdruzgotana po tym czego się dowiedziała – co noc ma koszmary, nie może przejść do porządku dziennego z ostatnimi wydarzeniami. Opuszcza się na studiach, odsuwa od znajomych, zatraca w alkoholu, by tylko zagłuszyć uczucia. Najpewniej i nieprzerwanie trwa przy niej Luke, który porzucił alkohol, wszystkie narkotyki, jest czysty, stara się podciągnąć w nauce, pracy, ale najbardziej się martwi o Violet, która z każdym dniem coraz bardziej traci grunt pod nogami. Chłopak chce jej pomóc, ale nie wie jak, czuje jak dziewczyna się od niego oddala i boi się, że coś sobie zrobi – albo ktoś jej. Violet boi się, że Luke w końcu obudzi się i zostawi ją, zrozumie, że nie jest warta tej walki i całego tego poświęcenia. Ta dwójka młodych ludzi, przeszła już tak wiele, że nie wiedzą, czym jest normalność, nie wiedzą jak zostawić za sobą przeszłość i ruszyć do przodu. Pomimo że chcą, że się starają, to cały czas coś się dzieje – coś, co nie pozwala im na bycie w pełni szczęśliwymi. Czy kiedyś uda im się dojść do końca tego piekła?
Spadam.
Spadam.
Spadam w najgłębszą otchłań obojętności i nie wiem, gdzie, kiedy i czy w ogóle wyląduję. Z własnego doświadczenia wiem, że może to być samo dno. Ale teraz nic mnie to nie obchodzi, ponieważ kompletnie postradałam zmysły.”
Jest mi tak cholernie smutno. Violet i Luke to para, którą kocham z całego serca i po cichu kibicowałam im obojgu. Wiele razy miałam łzy w oczach, serce na dłoni, a Sorensen prosto w nie wbijała nóż. Jednak pomimo wszystko, kocham jej książki i do historii tej dwójki będę wracać na pewno wiele razy. Nie dlatego, że są tacy kochani, uroczy, czy perfekcyjni, to co najbardziej przekonało mnie do Violet i Luke'a to ich prawdziwość. Wiele ludzi na świecie, chodzi głęboko pokrzywdzeni, w depresji, nie chcąc walczyć już o sobie, ale jeśli tylko znajdą ten jeden mały promyk światła i ktoś ich popchnie ku niemu, to mogą wyjść na prostą, znowu zacząć być szczęśliwi. Takim kimś dla siebie byli właśnie Violet i Luke, kiedy się poznali, byli w całkowitej ruinie, nie liczyło się dla nich nic i nikt. Chodziło tylko o by się uchlać, zaliczyć i przestać czuć. Ale wtedy zaczęli walczyć o siebie nawzajem, zaczęli być ważni dla siebie i nie mogli pozwolić, by to drugie opadło na samo dno. Moim zdaniem to było najpiękniejsze w tej książce. Walka o lepsze jutro.
Jessica Sorensen jest autorką, która wie jak sprawić, by czytelnik wciągnął się w tę historię i nie opuścił jej, aż do ostatniej strony. Tutaj drogi czytelniku, muszę Cię zaskoczyć, bo jeśli myślisz, że Sorensen zakończy tom jak inne autorki to jesteś w błędzie – zostawi Cię z niczym, pośrodku burzy emocji, która krąży w Twoim ciele, i będzie pławić się w tym, że tak się czujesz. Ja znam tę autorkę od dobrych 3 lat i już wiem, że jeśli sięgam po jej książkę, muszę być gotowa na to, że skończę ze złamanym sercem. Nie ukrywam, takie zakończenia bolą, ale za nic w świecie nie zamieniłabym tego, na inną autorkę. Wciąż pamiętam ból po zakończeniu pierwszego tomu z Violet i Luke'iem – byłam pewna, że wydawca mi nie dosłał drugiej połowy książki, gdyż zakończenie było no.. miażdżące. Wtedy porównałam to uczucie, do wyrwania mi serca z klatki piersiowej, rzucenie go na ziemie, poskakanie po nim, a następnie włożenie do sokowirówki. To były tak silne emocji i ci bohaterowie byli wtedy tak zagubieni, że aż nie mogę uwierzyć, jaką daleką drogę przeszli.
Potrzebuję być z nią.
Na zawsze.
Po kres czasu.
Kiedy otwieram usta, wypowiadane słowa tym razem są inne – znaczą więcej, niż gdy mówiłem je po raz pierwszy. Bo teraz wiem, że mogę to powiedzieć i spotkam się z akceptacją, a nie ze strachem.”
Niepewność Violet i Luke'a to zwieńczenie całej historii o tej parze. Właśnie tutaj odnajdują drogę, rozumieją wszystko przez co przeszli, a także wiele, wiele więcej. Kiedy skończyłam czytać tę książkę z czystym sumieniem mogłam powiedzieć, że jak każda poprzednia jest genialna, dostarczyła mi mnóstwo emocji, ale również zostawiła mnie z takim lekkim bólem serca i wiedzą, że to już – że więcej nie doświadczę takich emocji jak przy Violet i Luke'u, że już nikt nigdy więcej nie zawładnie moim sercem tak jak ta dwójka. Kocham tych bohaterów z całego serca i tak, jak nigdy nie miałam takiego uczucia, tak teraz jestem usatysfakcjonowana i szczęśliwa. Tylko Jessica Sorensen mogła dostarczyć mi tego wszystkiego. Kto jeszcze nie poznał tej autorki, niech koniecznie zakupi jej książki, bo warto!
Moja ocena to 10/10 dla tego tomu, jak i poprzednich tomów z tą dwójką. Kocham, polecam i nigdy nie zapomnę!
Pozdrawiam,
Wasza Dominika

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Jessica Sorensen
Tytuł: Niepewność Violet i Luke'a
Oryginalny tytuł: "The Certainty of Violet & Luke"
Stron: 270

Za książkę dziękuję


Copyright © 2016 Dominika Szałomska , Blogger